Pół człowiek pół jeż nie wracał do swoich początków. Nie pielęgnował mitu założycielskiego. Żadnego dnia stworzenia. To znaczy dzień był, tylko pół człowiek pół jeż o nim nie wiedział. Ani, że dzień istnieje, ani że istnieje on sam. Nie. Żle. Przesadziłam. Pół człowiek pół jeż wiedział, że istnieje, ale nie wiedział jak. Dlatego nie mógł wiedzieć, kiedy się zaczął. A on zaczął się przypadkowo. Od błędu. Wielokrotnego potknięcia. Pół człowiek pół jeż jadł nad klawiaturą i wdmuchnął pod klawisz mały okruszek kruchego ciasta. Wdmuchnął przypadkowo, jednak nie bez świadomości okruszka. Okruszek nie pozwoliłby się wykorzystać. Sam rzucił się pod klawiaturę. Tak bardzo chciał lepszego, nowoczesnego życia. Bycie wałkowanym, pieczonym, jedzonym i wydalanym okruszkowi już nie wystarczało. Marzył o nowoczesności. Jednak ukryty pod klawiszem sprowokował błąd. Długi myślnik przestał działać. Zrobił sobie przerwę. Przedłużająca się, lecz niedokonana pauza podzieliła pół człowieka pół jeża. Uwierała go i wrastała niepokojem. Zanim okruszek został odnaleziony, a pauza zakończona, pół człowiek pół jeż był już innym człowiekiem. Jego życie podzieliło się długim myślnikiem, a on najeżony doświadczeniem utknął na zawsze w przerwie. A los okruszka? Ten był przesądzony. Zniszczyło go marzenie.