Arbuz. To dziwne słowo kryje w sobie wszystko to, co niezbędne jest do nieustającej miłości. Słodycz, wilgoć i świeżość. Kocham go więc nieustająco i z tej miłości postanowiłam napisać dziś do niego odę. Postanowiłam napisać ją także z innego powodu. Stałam właśnie z ośmiokilogramowym okazem w torbie na progu warzywniaka. Droga przede mną była daleka, więc zdecydowałam ubogacić ją sobie wymyślaniem radosnej pieśni. Po stu metrach z dziesięciokilogramowym arbuzem w torbie z zamierzonej ody pozostało tylko od… A po kolejnych dwustu metrach z dwunastokilogramowym arbuzem w torbie, z radosnej ody pozostało jedynie płaczliwe ooo. I wtedy zobaczyłam je na horyzoncie. Ławki! Cudowne ławki ustawione tuż przy trzypasmowej jezdni. Doczołgałam się do nich i na pierwszej z nich złożyłam piętnastokilogramowego arbuza. Jakiż to wspaniały pomysł, pomyślałam sobie, takie ławki ustawione po drodze z bazarku do domu. Ta myśl zawstydziła mnie jednak bardzo a to dlatego, że nie dalej jak rok temu pozwoliłam sobie obśmiać i wyszydzić nie żadne inne, ale właśnie te trzy ławki ustawione bardzo głupio, jak sądziłam wtedy, bo tuż przy Alei Niepodległości zamiast na przykład w jakimś pełnym drzew parku. Dziś, gdy podnosiłam z ławki dwudziestokilogramowego arbuza, czułam dla jej pomysłodawcy jedynie wdzięczność. Choć więc mogłabym spointować tę opowieść bardzo łatwo, na przykład zdaniem jak ulał pasującym do ody: arbuz określa świadomość, napiszę inaczej, bo jest mi za siebie tak najzwyczajniej wstyd. Łatwo jest krytykować ławeczkę, gdy się jej nie potrzebuje.

Ilustracja: Agostinho da Mota, Mamão e melancia, 1860, commons.wikimedia.org.