Będzie banalnie. Język się zmienia. Wiadomo. Unowocześnia. Nic nowego. Robi fikołki, zawija się w supły, bo zmienia znaczenia. Nowe znaczenie odbiega od starego. Wciąż banał, ale uprzedzałam. A czasem to nowe znaczenie jest sprzeczne. I teraz robi się dopiero ciekawie, bo z tego banalnego wstępu wyłaniają się tak wspaniałe sytuacje językowe jak wczorajsza.
Jechałam autobusem linii pięćset dwadzieścia dwa. Pora wieczorna. Miejsca siedzące zajęte. Tłoku nie ma. Przy mnie siedzi młoda kobieta z dzieckiem na kolanach. Miodowe włosy Jurusia spływają miękko na jasną kurtkę, zaś krótkie nogi chłopca sterczą sztywno w świeżych butach. Mama chwyta dziecko w pasie lewą ręką. Prawą pokazuje mu w telefonie kolorowe, psychodeliczne filmiki. Filmik się urywa. Rozbrzmiewa dźwięk telefonu.
– Koteczku! – Wita się babcia w połączeniu video. Rozmowa trwa dłuższą chwilę. Chłopiec zapatrzony jest w babcię. Jej głos nagle zamiera. Chłopcu ramiona unoszą się w górę w geście protestu.
– Oj, Juruś – tłumaczy mama przysuwając telefon do oczu – babcia nam się zawiesiła.