To się jednak często zdarza, tak często się zdarza, że igłę i nitkę należy nosić zawsze ze sobą. Dnia dowolnego idzie się ulicą i mija rowerzystę. Prosta sytuacja. Miły, serdeczny, wygląda dość spójnie. Stopy na pedałach opiera. Dłonie na kierownicy zaparł. Kręgosłup do ramy ułożył, wzrok kieruje przed siebie, bo cele ma tam konkretne. Przednim kołem po zobowiązaniach szura. Do przodu jedzie ku oczekiwaniom rowerową ścieżką, nie robiąc na niej przerwy. Z rzadka tylko musi zatrzymać się na pasach. Rower hamuje, on nogi na chodniku stawia. Trwa to króciutko. Zaraz na siodełko ciało rowerzysty dźwiga. Nagle płynność ruchów traci. Coś go blokuje, coś mu przeszkadza. O siodełko trwale zaczepia. Szarpie. Szew puszcza, materiał pęka, kieszeń zwisa zniszczona. Rowerzysta zamiera. Zdumiony nic nie rozumie. I w tej chwili właśnie przydaje się igła. Nawleka się ją pędem, biegnie się do niego i od tylnej kieszeni, przez żołądek, śledzionę, przez serce aż po umysł rozbity, zszywa się rozdartą na połowy postać miejskiego rowerzysty. Tylko o supełku warto pamiętać.