Najpierw była niepewność. Niepewność niepewna istnienia. Gdyby istniała mogłaby być jakaś. Ale ona nie zarysowywała konturów. Nie określała składu. Nie mierzyła się z przestrzenią. Czuła się wieczna i nieskończona a zarazem nieważna, mikra i niepewna czasu, którego doświadczyła. Albo nie doświadczyła. Doświadczała, chyba, że jej nie było. Wtedy nie doświadczała. Nie była pewna. Gdyby była wieczna i nieskończona, musiałaby być dojrzała. A zachowywała się jak nastolatka. Każde z pytań, które sobie stawiała, kłuło jej nieokreśloną formę swoją pewnością. Dzięki nim czuła się jeszcze bardziej niepewna. Nie mogła udzielić im jednoznacznej odpowiedzi. Powinna chcieć je z siebie zrzucić. Jednym ruchem, może dwoma, strzepnąć z siebie ukłucia pytającej pewności. Ale tego nie chciała. Niepewność westchnęła. Zatraciła siebie. Skoro zrozumiała, że niepewność jest siłą, stała się zbyt siebie pewna. W tej samej chwili znikła.