Że jesteśmy połączeni, to banał. Ale banał, którego jeszcze wczoraj nie rozumiałam. Dopiero, gdy spod buta wyskoczył mi kamień i trafił kobietę w kostkę. Kobieta szła blisko. Kamień był mały. To nic, że nie poczuła. Ja o nim wiedziałam. Tego samego dnia, kilka minut wcześniej odkryłam, że z Placu Bankowego można dojść do Hali Mirowskiej. Naprawdę wcześniej nie wiedziałam. Miasto przecinałam głównymi ulicami bez świadomości istnienia czegoś pomiędzy. Tymczasem wszystko się łączy. Kamień uderza o kamień, ulica przechodzi w ulicę a oddech w oddech.
– Czy pani dobrze się czuje? – zapytałam starszą kobietę obsługującą toaletę na stacji metra. Blada wsparła się o drzwi. Popatrzyła na mnie z wdzięcznością. A wtedy ja też zbladłam. Przed oczami stanęła mi siedemnastowieczna królowa Szwecji, żądna wiedzy Krystyna, która zaprosiła na dwór królewski Kartezjusza. Myśliciel chłodu nie wytrzymał. Zmarł po kilku miesiącach i można właściwie powiedzieć, że ambicja młodej królowej zabiła sławnego filozofa. Zacisnęłam mocniej usta. Skoro boli mnie gardło nie powinnam się wcale odzywać. I nie odezwałam się więcej, tylko uciekłam. Bo jakbym miała wyjaśnić pobladłej kobiecie, że moje dobre intencje są nosicielem złego wirusa? Wszyscy jesteśmy połączeni na różne sposoby, ale najbardziej to chyba przypadkiem.