Zaczynając pisać książkę o księżycu nie myślę nawet o wyczerpaniu tematu. Przecież księżyc jest okrągły, nie ma początku ani końca a w dodatku wciąż się od Ziemi oddala. Jego temat jest więc nieskończony, codziennie matematycznie nowy i archiwalnie nieprzebrany, bo są setki tysiące księżyców, aż do znudzenia: pod nim, w świetle, wierszy, obrazów, szkiców, hołdów, opowiadań i ołtarzy mu poświęconych. Nie zamierzam dotykać nawet drzwi, za którymi kryją się wszystkie nauki świata, religie, duchy, święta, wierzenia i skojarzenia. Księżyc nie ma właściciela, nie należy do nikogo, a więc należy do wszystkich i to od tysięcy lat. Myśleli o nim Chińczycy, Słowianie, Hindusi, i nawet genialny Italo Calvino, i nawet Rene Magritte.

Chociaż akurat dla Magritte’a księżyc nie zawsze był księżycem, bywał po prostu środkiem do opowieści o kimś innym. Na obrazie „Carte blanche” surrealista składa księżycem cześć poecie Mallarmemu i jego rozważaniom na temat niemożliwości pisania na niezapisanej karcie. Wcale więc nie o księżyc malarzowi chodzi. Nie o księżyc, a jednak właśnie poprzez obrazy Magritte’a księżyc przyszedł do Leonida Tishkova, rosyjskiego artysty, który zadziwia księżycowymi instalacjami świetlnymi. Rosjanin zobaczył obrazy belgijskiego mistrza i postanowił zabrać z nich charakterystyczny kształt sierpa, metaforę pozostawiając Magrittowi i krytykom.

Jak widać o księżycu można myśleć na wiele różnych sposobów. A ja, chociaż podziwiam zarówno Magritte’a jak i Tishkova, a nade wszystko Italo Calvino, księżyc spotkałam na zupełnie innej ścieżce. Jakiej – tego jeszcze zdradzić nie mogę, bo tajemniczy księżycowy projekt wciąż pozostaje nieskończony. Chociaż mam nadzieję, że dokona się już niedługo.

Zdjęcie pochodzi ze strony Leonida Tishkova Leonid Tishkov, Private moon