Obudziły go dwie krople na nosie. Nie była to jednak woda, za którą Kaj tęsknił, tylko łzy. Dwie kolejne, gotowe do lotu czekały na czarnych rzęsach dzieci. Zmartwione twarze Yin i Yanga wisiały tuż nad Kajem.
– On żyje. – Yin wstała z kolan, wytarła łzy i nos rękawem. Kaj uśmiechnął się w duchu, widząc płaczącą dziewczynkę. Ale zaraz spochmurniał, patrząc na sukienkę i chustę zawiniętą wokół jej głowy. Przypomniał sobie o owcach i całej tej historii ciągnącej się za dywanem jak nitka za starym swetrem.
– Co to za miejsce? – spytał, wstając. Nie pamiętał, co się wydarzyło wcześniej, ani jak wyszli z tajfunu. Pamiętał tylko, że zabrakło mu tchu.
– Jesteśmy w Mekce. – Yang także wstał. „Nieduży jak siostra”, przemknęło Kajowi przez głowę. „Nie kłócą się. Po raz pierwszy widzę ich razem w zgodzie”. Kaj stanął koło dzieci. Czuł się przy rodzeństwie wysoki i stary, bo górował nad nimi, wyższy o dwie głowy. Ale i bardzo młody, w porównaniu z nimi nawet niedojrzały. Yang mówił dalej:
– Nad nami jest Kaaba, świątynia Adama i Abrahama z Czarnym Kamieniem. – Pokazał sufit szerokiej sali.– Nad nami? – spytał Kaj zdziwiony. – Stoimy pod nimi? 
– Niedokładnie, dwadzieścia metrów dalej. Nie mógłbyś przybyć tu w miesiącu zul-hidżdżah, gdy trwa wielka pielgrzymka do świętego miejsca, którą kończy Święto Ofiarowania. Wtedy są tu tłumy!
– A, właśnie! – wykrzyknął Kaj, wystawiając palec. Słysząc o ofiarach, przypomniał sobie własne oburzenie.
– Święto Ofiarowania! – krzyknął i rozejrzał się po sali, słysząc echo. Niewiele w niej było prócz metalowej barierki zdobionej wzorami, które Kajowi coś przypominały, ale nie miał czasu zastanowić się, z czym mu się kojarzą.
– Wiele już rozumiem z waszej religii, jest jeden Bóg i jego prorok, którego słowa są dla was święte. – Kaj starał się mówić powoli, chociaż słowa nie chciały na niego czekać. Musiał siłą zmuszać je, żeby wyskakiwały wolniej.
– Rozumiem, że w waszym islamie jest wiele dobrego. – Chłopiec westchnął. – Jest miłość, jest pokój i jest potrzeba wspólnoty. Chociaż są też tacy, którzy uważają, że miłość islamu jest głęboko ukryta pod warstwą tradycji, która ją zmieniła i którą terroryści wykorzystują…
– Ale terroryści nie mówią językiem islamu, tylko udają – bronił się Yang.
– Właśnie! – znowu krzyknął Kaj. – Posłusznie was słuchałem, wyrzuciłem z głowy myśl o terrorystach jako tych złych, co nie słuchają lub nie rozumieją mądrych słów proroka, ale o owcach, o rytualnym uboju zwierząt nie mogę zapomnieć. Po prostu nie mogę. Nie mogę zapomnieć i nie mogę zrozumieć!
Kaj cały płonął. Trząsł się z rozżalenia. Zapomniał, że chciał zobaczyć Mekkę, zapomniał o wszystkim dobrym, czego się dowiedział i co spotkało go tej nocy. O dozorcy-sułtanie z magicznego lustra, o dywanie, który unosił go nad światem. Opuścił głowę. Wiedział, że nadchodzi, że wraca. Poczuł uprzedzenie, z którym znowu przegrywał. Nawet sukienka Yin przestała być ładna, a chusta na głowie dziewczynki stała się w tej chwili po prostu brzydka, chociaż wcześniej Kaj się nią zachwycał. Czekał, aż Yang coś powie. Wiedział, że tak będzie, bo chłopiec spojrzał na niego, uniósł brodę i popatrzył gdzieś daleko, jakby szukał myśli, jakby musiał ją gonić i sprowadzić na miejsce. „A może jego myśl jest nieposłuszna i wcale nie chce tu przybyć. Może jest rozbrykana jak dziki koń? Opiera się, walczy?”, zastanawiał się Kaj, obserwując chłopca. Wreszcie Yang znalazł to, czego szukał, i powiedział:
– Posłuszeństwo. O nim dziś mówiłeś, o posłuszeństwie. Jeśli w islamie składamy ofiarę w czasie Hari Raya Haji, nie robimy tego z nienawiści do zwierząt, ale po to, żeby okazać Allahowi, że jesteśmy mu posłuszni w każdym, nawet trudnym momencie wymagającym ofiary, ponieważ ufamy mu bezgranicznie. Nawet jeśli każe nam, jak kazał Abrahamowi, złożyć syna w ofierze, syna Izmaela…
– A nie Izaaka? – spytał Kaj, bo wiedział z Biblii, że Abraham miał złożyć w ofierze syna Izaaka, ale dłoń Boga go powstrzymała w ostatnim momencie.
– W naszej tradycji Abraham miał złożyć w ofierze syna Izmaela – powiedział spokojnie Yang.
– Przecież imię niewiele zmienia. Liczy się akt posłuszeństwa, zaufania i zawierzenia woli Allaha – dodała Yin.
– Nie chcemy nikogo skrzywdzić – kontynuował Yang. – Owce nie giną na marne, mięso dostają biedni. Przecież ty sam także jesz mięso, nie jesz samych warzyw.
Kaj nie odpowiedział. Znowu mieli rację, przecież jadł mięso zwierząt. Nie mógł z tym dyskutować. Czuł, że się nie zgadza na wszelkie zabijanie, ale jedząc kotlety, sam w nim bierze udział. Westchnął ciężko.Yin dotknęła jego ręki.
– Nam też nie jest łatwo, jest nam przykro, jak tobie, ale musimy być posłuszni, musimy zaufać woli Allaha, tak jak zaufała jej Hagar, służąca Abrahama, którą prorok Abraham wywiózł na pustynię z małym Izmaelem i zostawił samą – przemawiała Yin językiem dorosłych. „Jak  mówca lub jak ksiądz”, pomyślał Kaj. A dziewczynka mówiła dalej: – Nieszczęsna matka nie miała wody, by dać ją synowi. Siedem razy biegała od wzgórza do wzgórza, szukając źródła, gdy nagle anioł je przed nią odsłonił…
Kaj, który stał do tej pory na własnych nogach, usiadł na myśl o wodzie. Nie miał już siły. Siedział na dywanie ze zwieszoną głową i szukał w ustach śliny. Płakałby, gdyby miał czym, ale nie miał. Wysechł jak piasek pod nogami Hagar. Jak bardzo jej teraz zazdrościł, bo jej anioł pokazał wodę, ale on, Kaj, przecież nie wierzy w anioły. Kto pomoże jemu? Nie chciał się wcale kłócić z Yin i Yangiem, bo rozumiał dzieci. Zrozumiał, że w Święto Ofiarowania wierni są poddawani próbie, za każdym razem, każdego roku muszą wybrać i pokazać sobie, że są posłuszni Allahowi. Kaj zakrył twarz i skulił się na dywanie. Szeptał, że bardzo chce mu się pić, że już nie może, nie pił od ta dawna. Dłoń Yanga złapała Kaja i pociągnęła do góry.
– Chodź, zobacz! Oto studnia Hagar! Przecież Yin o niej właśnie ci mówiła! Studnia Zamzam! Jest tutaj w Mekce!Kaj stanął przed metalową barierką, zdobioną wygiętymi prętami, która coś mu przypomniała. „Wiem! Pierścionek mamy miał podobny wzór”, pomyślał chłopiec, a potem obszedł dookoła barierkę, starając się zajrzeć w głęboką czarną dziurę.
– Studnia! Woda! – powiedział szczęśliwy i zobaczył Yin, która wyciąga do niego butelkę pełną wody. Uśmiechnął się, bo dziewczynka promieniała.
– Myślałeś, że nie znamy opowieści o psie, którego trzeba napoić? – spytała. – Nieważne kim jesteś, pij. Woda ze studni Zamzam jest dla wszystkich. To jedno najbardziej chciałam ci powiedzieć. – Yin podała Kajowi butelkę. W tej samej chwili, w której palce chłopca chwyciły ją, wysoko ponad nimi zabrzmiał silny głos.
– Muezin wzywa do modlitwy – szepnęła Yin, słuchając śpiewu mężczyzny. – Świt się zbliża.
Kaj zamoczył usta i spojrzał na wyjście, w którym pojawił się pierwszy promień słońca. I nie wiedział, czy stało się to od tej kropli wody, czy to wschód słońca sprawił, że nagle wszystko wokół zawirowało. „Nie zobaczyłem jeszcze nawet Kaaby”, starał się krzyczeć Kaj, ale nikt go nie słyszał. Ostatnim wirującym spojrzeniem zobaczył jeszcze kręcącą się wokół jego głowy salę, dwójkę dzieci, Yin i Yanga. Poczuł, że znowu coś go wsysa, nie butelka i nie światło. „Chyba wciąga mnie studnia”, pomyślał, a jego myśli dudniły echem w czarnej dziurze… I już po chwili zamiast na dywanie w Mekce siedział w swoim łóżku, słuchając śpiewu muezina tuż przed wschodem słońca. W prawej ręce wciąż trzymał butelkę pełną wody, z której w niezwykły sposób nic nie ubyło, ani kropla nie rozlała się w czasie drogi. Kaj westchnął z ulgą, napił się porządnie i zasnął.

Fragment książki dla dzieci i młodzieży, Duchy Singapuru