Gdyby ktoś mnie zapytał, kim chciałabym zostać, gdy dorosnę, odpowiedziałabym bez zastanowienia, że skrybą. Starożytnym. Wymarzona praca. Praca wyznanie wiary, bo wierzę w pisanie. W nic innego. Dobro, religia, bóg, przyszłość, przeszłość, kapitalizm, komunizm. Nie są dla mnie ważne. Liczy się jedynie słowo. Ale samym słowem trudno zarobić, szczególnie jeśli się nie mówi. Nie mówię. Mało. Nie potrafię. A już takie frazy jak:
– Umiem. Dam radę. Zatrudnijcie mnie.
Ona są dla mnie niewypowiadalne. Dławię się nimi. Sinieję. Rzygam. Milczę więc lub używam tematów zastępczych. Tak zwykłam. Mogę napisać Wam kim jestem. Ale opowiedzieć tego nie potrafię. Nie opowiem więc, ale napiszę, co fantastycznego mi się przydarzyło. Wspaniałego. Przygoda z gatunku wymarzonych. Przygoda? Spełnienie życia. Znalazłam pracę. Marzenie pracę, zatrudnienie cud. Bo szukam. Szukam od lat miejsc, gdzie mogłabym pisać, dla których mogłabym pracować. Szukam nieskutecznie, bo nie potrafię znaleźć, przebić się, dobić. No, nie. Dobić akurat bym się potrafiła. Czasem nawet myślę, że to jedyne wyjście. Jedyne skuteczne działanie, które umiem podjąć. To znaczy myślałam, dopóki nie znalazłam cud zatrudnienia. Bo znalazłam. Choć stanowisko administratora platformy kiepskie dla historyka sztuki, który zajmuje się pisaniem i na informatyce się nie zna. Ale to bez znaczenia, bo miejsce. Miejsce jest nagrodą. Dla miejsca mogę zostać nawet administratorem. Aplikuję więc i czekam. Choć bez wielkiej nadziei. Tymczasem odpowiedź przychodzi i to w krótkim czasie. Cóż za zaskoczenie! Zapraszają mnie na rozmowę. Łapię plecak. Nie! Łapię walizkę. Upycham w nią ubrania. Ciepłe i te lżejsze. Buty sportowe. Muszą się dobrze trzymać podłoża. Jestem szczęśliwa. Żegnam się z dziećmi. Zamykam mieszkanie. Biegnę na dworzec i podmiejskim jadę za miasto. Najpierw drogą asfaltową, potem piaszczystą kieruję się w las a potem staję na szerokiej polanie. Zadzieram głowę i widzę. Widzę ją, kropeczkę świetlistą na niebie. Drzewa zaczynają szumieć. Trawa się kładzie. Włos mi się rozwiewa. Nogawki spodni furkoczą na wietrze. Przymykam powieki, żeby piach nie wpadał do oczu. Zdejmuję z twarzy jesienne liście. Już są. Wylądowali. Wychodzą ze statku z rozwartymi ramionami, kapitan Kirk, Spock i inni. Wchodzę na statek. Siadamy na mostku i z zachwytem patrzę jak Ziemia oddala się ode mnie. Ja, nowy administrator platformy na Enterprise.
– Ale tak naprawdę? – zapyta ktoś teraz.
– Tak naprawdę to nie wiem, co powinnam odpowiedzieć