To miejsce, w którym dziś stoję, jest pomiędzy. Jedna ścieżka biegnie górą po skosie od prawej do lewej. Druga styka się z nią po prawej i rozchodzi dołem na lewo. Trzecia ścieżka pędzi z dołu na górę przecinając tamte dwie. Pomiędzy trzema zakreślonymi ścieżkami jest miejsce, przez które nie przebiega ani aleja, ani ulica, żadna polna droga. Jest tam łąka a na łące ja. Łąka rośnie wysoko. Spoza niej nie widać nic. Ani mnie ani patyka. Pochylam się, chwytam go i rzucam. Patyk unosi się. Widzę, jak go gonię, jak chwytam w zęby i jak biegnę z powrotem. Układam patyk przed swoimi stopami i głaszczę się po głowie. Dobra ja.
– Pobawisz się jeszcze? – pytam siebie.
– Pobawię – odpowiadam sobie.
Patyk leci ponad łąką, bo rzucam go ponownie i czekam, aż do niego podbiegnę i sobie sama przyniosę. Wyciągam do siebie rękę i gdy do niej podbiegam, udaję, że nie chcę wcale patyka oddać. Przez chwilę się mocujemy. Ja ze sobą. I w końcu ja wygrywam. Jednocześnie po łące biegnę jeszcze trzecia ja. Ta, która także wyruszam za patykiem. Ale ta ja go wcale posłusznie nie przynoszę. Chowam się z nim przed sobą i sama nie umiem siebie w wysokiej trawie odnaleźć.