Sonda kosmiczna Giotto wcale nie umarła. Nie umarł także jej patron, Giotto di Bondone, któremu sonda stworzona w latach osiemdziesiątych XX wieku do badania komety Halleya zawdzięcza swoje imię. Jezus nie umarł i święty Franciszek także nie. Oni wszyscy mieli zapewnione życie po śmierci. Oni i wszyscy Rzymianie, którzy tak chętnie przystępowali do chrześcijańskiego kościoła, który w czasach upadku moralności na ziemi dawał nadzieję na bezpieczne życie wieczne. Chińczycy, hindusi, muzułmanie, nawet buddyści, wszyscy po śmierci trafiali gdzieś. Tak było, ale niestety bezpowrotnie się skończyło. Niebo zamknęło się niepostrzeżenie. Więcej ziemskich mieszkańców nie przyjmuje. I moim bardzo skromnym i być może równie naiwnym zdaniem, w XX wieku, z winy oczywiście nauki, po raz pierwszy w swojej historii człowiek zaczął umierać naprawdę. A skoro tak, będzie musiał sobie ze swoją śmiertelnością pierwszy raz poradzić i przeżyć porządną żałobę.

Oczywiście jest to wielkie uproszczenie, bo żyję w kraju, w którym przynależność do kościoła katolickiego deklaruje dziewięćdziesiąt procent mieszkańców. A jednak rozwój techniki, nauki i biologii, możliwość poznania mapy genów, biologiczności człowieka i procesów, jakie nim wstrząsają i kierują, sprawiły, że śmierć przestała być jedynie etapem, klamką do piekła, nieba, czyśćca, szeolu, oświecenia lub innej mitologiczno-religijnej reszty. Po raz pierwszy śmierć stała się faktem.

Mitów o śmierci było mnóstwo. Śmierć bywała kobietą i bywała mężczyzną. Tylko, że ja wcale nie chcę cytować mitów jej poświęconych i nie chcę o niej pisać. Interesuje mnie jak świadomość śmierci pozbawiającej nadziei życia wiecznego, musiała i wciąż musi zmieniać ludzkość. A że świadomość jest świeża, dopiero co, w XX wieku nabyta, proces oswajania z nią musi się dziać właśnie teraz. Jak się zmienimy, gdy zrozumiemy, że wieko nieśmiertelności zatrzasnęło się już ponad nami? Czy złagodniejemy? Czy będziemy bardziej sobie współczuć? Pozostawmy na dłuższą chwilę powyższe pytania i powróćmy do Giotta di Bondone. Zamrożona w jednej trzeciej sonda jego imienia niech przemierza lata świetlne. Ją pozostawmy także. Zajmijmy się jej patronem a przy okazji łagodnością i współczuciem.

Asyż

Bo nie byłoby Giotta, gdyby nie święty Franciszek. Asyż, miasteczko we włoskiej Umbrii, część dziedzictwa Unesco, do dzisiaj żyje życiem biedaczyny, który w XII wieku urodził się na zboczach góry Subasio a gdy dorósł odrzucił dobra materialne i postanowił żyć ubogo, pomagając innym. Przekroczenie progu bazyliki świętego Franciszka w Asyżu jest wydarzeniem z gatunku cudownych. Nie kto inny, lecz właśnie Giotto pracował przy freskach cyklu życia świętego i utrwalił jego legendę. Od chwili, gdy Franciszek postanowił czynić dobro i służyć ludziom, aż po chwilę jego śmierci. Bo jednak Franciszek umarł. Zanim jednak umarł, włoski święty, patron całej Italii, był niezwykle ruchliwy i aktywny. Stał się kimś w rodzaju menadżera, bo wiele kościołów w Asyżu zawdzięcza powstanie lub naprawę właśnie jego działalności. I to jeszcze za życia świętego, który jednak długo nie był w stanie w Asyżu usiedzieć. Gnało Franciszka po świecie, oj gnało. Był więc i w odległym o kilkadziesiąt kilometrów Arezzo, i w otoczonym górami Gubbio, w którym oswoił wilka mordercę ofiarowując kościołowi kolejny mit. Był nawet u sułtana tureckiego, który nie dał się nawrócić na wiarę chrześcijańską, ale puścił Franciszka wolno, chociaż ten chciał koniecznie zostać wrzucony w ogień i skonfrontować siłę swojego kościoła z siłą islamu. Przeżył jednak, bo sułtan nie dał się podpuścić. Biedaczyna wędrował więc dalej. Na szlaku jego podróży stoją poświęcone mu bazyliki i do dziś pojawiają się w nich Franciszkanie zaskakująco bogaci obfitością ciała, która, można mieć taką nadzieję, prócz dobrostanu fizycznego oznacza także siłę ich ducha.

Gdy Franciszek chciał podziwiać przyrodę wdrapywał się po kamienistym szlaku, wiodącym ponad Asyżem i usianym białymi i różowymi kamieniami, do groty. Rozmyślał w niej, rozmawiał z ptakami i zachwycał się wszechświatem, którego częścią jest człowiek, stworzenie boże. Stwórcę Franciszek odnajdywał w każdym kamieniu, trawie i tak dalej. W pobliżu swojej groty obserwował pierzastego anioła na niebie, najpewniej serafina, bo takim namalował go kilkadziesiąt lat później Giotto na ścianach bazyliki wybudowanej po śmierci świętego. Czy serafiny unosiły się ponad Franciszkiem, bo umbryjskie chmury o zachodzie słońca są wspaniałym zjawiskiem a Franciszek miał chore oczy? Nie rozstrzygniemy. Nie ma to zresztą żadnego znaczenia z punktu widzenia historii sztuki, bo gdy Franciszek sprowadził Boga z wyżyn na piękną, włoską ziemię, bezpowrotnie zmienił sztukę. Niezależnie od autorstwa fresków bazyliki św. Franciszka, ten, kto je wykonał, zrozumiał przesłanie świętego.

Giotto (?), kazanie do ptaków, bazylika świętego Franciszka, Asyż

Pośród dwudziestu kilku scen cyklu znajdują się figury tak realistyczne, tak wspaniałe, że zgodnie z tradycją przypisane zostały Giottowi. Historycy sztuki uważają jednak, że różnice stylistyczne pomiędzy uznanymi freskami Giotta a tymi z bazyliki świętego Franciszka są zbyt duże, aby był on autorem tych drugich. Nie jestem specjalistką od Giotta, przychodzą mi jednak do głowy dwa pytania. Skoro nie Giotto namalował freski, kto to zrobił? Kto był tak znakomitym mistrzem, tak nowatorskim, że był w stanie nadać na przełomie XIII i XIV wieku postaciom nieobecny wcześniej w sztuce realizm, niebo pozbawić złotego tła, wprowadzić zaczątki perspektywy, czyli wszystko to, co kilka lat później pojawi się we freskach Giotta w Padwie, w kaplicy Scrovegnich? Gdzie jest ów mistrz? Czy możliwe, że pozostał zapomniany? Że wykonał jedno dzieło, które podpatrzył zza kotary Giotto, i świat o nim nigdy nie usłyszał? Druga myśl, która przychodzi mi do głowy w związku z freskami w bazylice w Asyżu, dotyczy samego Giotta, skoro nie on malował powyższe cykle, gdzie pracował w latach, o których mowa? Oczywiście pytania zadaję nadzwyczaj przewrotnie, bo nie da się na nie odpowiedzieć. Dokumentacja została rozdeptana przez konie Napoleona, który rabował z wojskami okolicę w czasie kampanii włoskiej. Pamiętam jednak, że freski z Padwy, które zostały zamówione u Giotta, są tak różnorodne, że Giotto sam, w obrębie swojego stylu, potrafił malować bardziej i mnie odważnie, cieleśnie i bardziej duchowo, z ekspresją i bardziej skromnie, nowatorsko i tradycyjnie. Może Giotto namalował niezwykły cykl życia świętego Franciszka jako młody człowiek. Wiadomo przecież, że pomagał swojemu nauczycielowi, Cimabuemu w wykonaniu fresków w tym samym kościele, ścianę obok. Może mógł poszaleć, może pozwolono mu na ekspresję, którą kolejni zleceniodawcy nie zawsze chcieli widzieć na swoich ścianach? Bo jeśli nie Giotto, to kto? I jeśli nie Giotto, dlaczego miałby pojawić się dwuwiersz o nim w dziele samego Dantego w „Boskiej komedii”?

Wszak Cimabue sądził, że promieni
sławy malarskiej jego nic nie zgasi,
a przyszedł Giotto i wnet go zacieni.

Oczywiście są to całkiem niepoważne rozważania, bo sprawiedliwość dziejowa nie istnieje i nie można zakładać, że ludzie w czasach Giotta byli lepsi i bardziej uczciwi niż w czasach dzisiejszych, że Dante zasłużenie Giotta wychwalał i gdyby taki żył, nie pominąłby z premedytacją innego malarza, którego Giotto naśladował na początku swojej kariery, a który z braku znajomego literata nie przeszedł do historii sztuki. Ponieważ rozważania są niepoważne zakończę je w tym miejscu mając jednak w pamięci niezwykłe, zrozpaczone anioły, które Giotto namalował wokół krzyża i ponad ciałem Jezusa. Mam w pamięci także fresk z kaplicy Scrovegnich w Padwie, przedstawiający rzeź niewiniątek, tak makabryczną, tak cielesną i realistyczną i powtarzającą się w dolnym kościele w Asyżu, lecz jeszcze bardziej rozwiniętą w swej dramaturgii. Cienia nawet łagodności w rzezi niewiniątek odnaleźć nie można.

Giotto, Rzeź niewiniątek, Kaplica Scrovegnich, Padwa

Wracam zatem do łagodności i współczucia, które święty Franciszek zainicjował w XII wieku a które powinno, według mnie, powrócić w połowie XX wieku, w chwili, gdy uświadomiono sobie, że religie przestały już tłumaczyć świat, że śmierć istnieje i że jest nieodwołalna. Dlaczego łagodność miałaby powrócić? Bo jesteśmy mądrzejsi, bo rozumiemy mechanizmy działania zła, wojny, zwierzęcości. Rzecz tylko w tym, że ze świadomością śmierci łagodność się nie pojawiła i żadne doświadczenie jej nie zapewniło. I wydaje mi się, że nie tylko nie pojawiła się łagodność i współczucie, lecz zamiast nich pojawiła się drapieżność, agresywność i brak skrupułów, bo skoro nie ma nic dalej, po co się starać. Z pewnością wykazuję się nieskończoną naiwnością i płytkością spostrzeżeń, mam jednak nieodparte wrażenie, że mieszkańcy demokratycznego świata, który powinien kierować się sprawiedliwością, uczciwością i współczuciem, kierują się narastającą bezwzględnością i bezlitosną rywalizacją. Tak jakby ze świadomością umierania ciała, które jest jedynym przejawem istnienia, powróciła zwierzęcość, bo jedynie jej zasady mogą porządkować naturę. A skoro umieramy, nie należymy do nieba a jedynie do świata zwierząt i nie tylko możemy, ale nawet powinniśmy znowu zdrapieżnieć. Przed śmiercią obronić się widać nie sposób. Umarł nie tylko Giotto i święty Franciszek, ale nawet jego chrześcijańska łagodność. I jedynie sonda kosmiczna wciąż jeszcze po wszechświecie krąży.