Najpierw zrywam się z łóżka. Potem wiem, że zaspałam. Spóźniona jestem, więc chciałabym biec, jednak się nie ruszam. Biegnie mnie. Tornister się chwyta, płaszcz się zarzuca, buty wciskają się na palce a sznurówki wiążą. W ustach czuje mi się smak masła i chleba. Słońce świeci. Trawa rośnie. Płot stoi na niej prosto. Tylko ja się przewracam. Potykam się o pudełko kredek. Kredki mnie potykają. Zapomniałam zebrać je wieczorem i schować do pudełka. Rozrzuciły się same po podłodze, gdy kolorowałam rysunek. Narysowałam słońce, trawę, płot, dach, ściany. Masło i chleb na stole, tornister, płaszcz i buty w kącie pokoju. Z każdej strony murowanego domu wykreśliłam okna, ale drzwi tylko z jednej. Za oknem stoją ludzie. Pukają. Zaglądają przez szyby. Narysowałam psa w budzie, który dawno zjadł narysowaną mu kość, więc zasnął i na ludzi, którzy wchodzą do domu przez rozbite szyby nie szczeka. Śpi, gdy zabierają masło, zjadają chleb, z tornistra wyrzucają moje zeszyty, odrywają od mojego płaszcza rękawy i kopniakiem rozbijają stół. Butami rozgniatają kredki. Zdziwieni patrzą na puste wnętrze. Ja także jestem zdziwiona. Przecież wcale ich nie narysowałam. Szczęśliwa jestem, że siebie nie narysowałam także.