W jednym ze swych opowiadań, zamieszczonych w zbiorze „Opowieści kosmikomiczne”, Italo Calvino w piękny sposób przedstawia historię powstania pierwszego znaku, rysy na wszechświecie. Powstaje ona trochę z nudów, żeby przekonać się, jak znak się zmienia. I rzeczywiście znak nie pozostaje taki sam. Przekształca go pamięć, ale nie tylko. W tak zwanym międzyczasie, ktoś coś znakowi dorysowuje. Znaki są zakorzenione w naszych głowach, a więc i w tradycji tak głeboko, że trudno dociec, w którym momencie powstały, kto pierwszy wpadł na pomysł, żeby naskrobać coś na ścianie, czy kamieniu, oraz oczywiście, kto i co po drodze doszkicował.

Dla dzieci i wnuków niewinnie wydrapana kreska staje się nośnikiem całkiem nowych znaczeń. Już nie służy jedynie zapamiętaniu ścieżki, ale zamienia się w drogowskaz, przykazanie pozostawione przez przodków. Bardzo chciałabym móc dotrzeć do miejsc, w których powstają pierwsze znaki. Na przykład taki znak nieskończoności. Załóżmy jednak, że uda się nawet dotrzeć do początku znaku, czy uda mi się go zrozumieć? To jest chyba ważniejsze pytanie.

Muszę się jednak najpierw wytłumaczyć, skąd niespodziewanie pojawił się znak nieskończoności. Symbol ten znany jest zresztą z imienia. Wołają go „śriwatsa” i związany jest z buddyzmem. Nie poznałam go jednak w Indiach, lecz w lutym. I dobrze się składa, że teraz też jest luty. W lutym, w Singapurze jest upalnie i właśnie pewnego upalnego miesiąca, jednego z dziesięciu, które spędziłam w Azji, zobaczyłam znak nieskończoności. Trudno było go zresztą nie zobaczyć. Luty jest miesiącem, w którym Chińczycy najczęściej obchodzą Nowy Rok, a znak nieskończoności jest także znakiem przynoszącym im szczęście. W czerwonym kolorze, bo wtedy całe miasto przywdziewa czerwone barwy, wiszą na chińskich straganach figurki, zakończone czerwonym supełkiem, który towarzyszy Chińczykom w chwili przejścia.

image

Wydarzenie to nie jest, jak w kulturze Europy Zachodniej, związane z jedną tylko nieprzespaną nocą i skacowanym noworocznym dniem, lecz łączy się z kilkutugodniowym czasem przygotowania, wieczorem świątecznym, samym dniem Nowego Roku i dwutygodniowymi obchodami, które następują po nim. Prócz czerwonego koloru ten czas kojarzy mi się z drzewkami mandarynkowymi, które stoją wszędzie i ich zapachem. Mandarynki mają symboliczne znaczenie i dzieci darowują je dorosłym, dziękując za ofiarowywane im w kopercie pieniądze. Wszędzie znajdują się wizerunki boga pomyślności i złote miseczki pełne pieniędzy, które mają zapewnić Chińczykom powodzenie w biznesie. Dnia ostatniego, piętnastego po Nowym Roku, Chińczycy obchodzą Święto Lampionów i wtedy na ulice wychodzą tancerze ze smokiem. Inni tancerze, przebierający się za lwa, wspólnie z bębniarzami obchodzą całe miasto, oczywiście nie tylko tego dnia, aby tradycyjnym tańcem lwa „poświęcić” sklepy. Zresztą zwyczajów, które mają uczynić następny rok szczęśliwym jest znacznie więcej. Biały, drewniany koń, ustawiony przed świątynią boga miasta, przeżywa oblężenie. Na drewnianym korpusie Chińczycy, odwiedzający świątynię, zapisują kwoty, o które proszą. Piece do palenia ofiar pracują całą parą. Płoną papierowe pieniądze na niby. Intencje są jednak naprawdę.

Tylko, że obchody zaczynają się przecież znacznie wcześniej. W Singapurze, w którym od XIX wieku mieszka bardzo wielu Chińczyków, trzy tygodnie przed Nowym Rokiem wywieszane są dekoracje, zapalane światła w Chinatown i następuje oficjalne rozpoczęcie obchodów. Na stragany wykładane są zielone owoce pomelo, które mają symboliczne treści. Jedną z największych atrakcji jest konkurs, wspominanego już, tańca lwa, który w niektórych częściach Chin symbolizuje noworocznego demona Nian. W czasie zawodów rywalizują ze sobą akrobaci z wielu krajów azjatyckich. Przykryci płaszczem w kształcie drapieżnika potrafią zrobić lub raczej fiknąć cuda. Atmosfera w Chinatown zagęszcza się, mnóstwo ludzi krąży pomiędzy stoiskami. Jest to czas wzmożonego handlowania. Sprzedawcom zależy, żeby sprzedać towar, kupującym żeby kupić go po jak najniższej cenie. Można wykupić drobiazgi, związane z kończącym się rokiem. Do 18 lutego trwa rok konia. 19 lutego zaczyna się rok 2015, rok kozy. „Koza jest bardzo dobrym znakiem” tłumaczył nam Wiktor, mieszkający w Singapurze Chińczyk, chrześcijanin, który zaprosił nas do siebie do domu, w dzień Nowego Roku 2013. „Koza jest wytrwała, może znieść najtrudniejsze warunki i się nie poddaje”. To chyba dobra wróżba na nadchodzący rok.

image

Dwa lata temu, u Wiktora spędziliśmy bardzo przyjemny wieczór, jedząc tradycyjne, słodkie ciasteczka i przyglądając się chińskiej rodzinie we wszystkich pokoleniach, od najmłodszych po najstarszych, grających w piwnicy w madżonga. Według tradycji Chińczycy odwiedzają się przez dwa tygodnie po Nowym Roku. Chińskie części Singapuru zamierają, stoiska z pierogami na bazarkach są zamknięte, co odczuliśmy szczególnie dotkliwie. Jest to czas, gdy Chińczycy świętują. Zwyczajów zapisanych w słownikach jest mnóstwo. Jednym z nich jest mycie podłogi przed zakończeniem starego roku i niedotykanie szczotki przez pierwsze dwa dni nowego, żeby nie wymieść pomyślności. Podobne zwyczaje, związane z wymiataniem, znane były także i na polskiej wsi. W książkach przeczytać można o chińskim bogu kuchni, Zaojunie, którego podobiznę należy spalić określonego dnia przed nowym rokiem, a potem przyczepić w kuchni nową. Także o potrawach, które mają symboliczne znaczenie, jak karp, który oznacza odwagę i wytrwałość. Karp pojawia się także na polskich stołach w czasie Świąt Bożego Narodzenia, czy jest to jednak ten sam znak, z tym samym znaczeniem dla nas, co dla Chińczyków? Miło byłoby tak sobie móc napisać, ale czy odpowiedzialnie – nie mam pewności. Zastanawiam się też, czy chiński symbol nieskończoności, który zawędrował ze Wschodu aż do Celtów, pozostał tym samym znakiem, czy dostał nowe konotacje? Czy można wciąż łączyć go z węzłem chińskim i hinduskim, do których jest tak podobny? W Singapurze spędziłam prawie rok, nie znaczy to jednak, że znam chińską tradycję. Wiem o niej bardzo niewiele. A nawet jeśli już coś wiem, nie znaczy to niestety, że rozumiem. Myślę znowu o znaku z opowiadania Italo Calvino. Być może znaki innej tradycji nigdy nie będą dostępne, bo zawsze będą przesączane przez własne wychowanie, przyzwyczajenia i symbole. Czy istnieje więc jakikolwiek sposób, aby zbliżyć się do rzeczywistego znaczenia, do tego pierwotnego znaku, w tym wypadku chińskiej rysy na wszechświecie? Wierzę, że należy próbować. I nie obejdzie się bez rozmowy z kimś mądrym, kto zna się na rzeczy. Tym kimś jest Lu Yin, doktor fizyki NUS, rodowita Chinka, od lat mieszkająca w Singapurze, która zgodziła się opowiedzieć o Chińskim Nowym Roku, jaki zna i pamięta z dzieciństwa.

Rozmowa z Lu Yin znajduje się tu: Guo Nian