Koralik. Ale koralik nie może być jeden, bo koraliki się ze sobą łączą. Nitką, sznurkiem, rzemykiem, na bransoletce, na wisiorku, na skojarzeniu. Nie skojarzyłam, że pomiędzy kostkami brukowymi leży jeden. Jeden koralik nie może leżeć. Ten leżał. Okrągły, niebieski i sam, przebity na wskroś brakiem powiązania. Zobaczyłam przez niego niebo. Niebo znikło. Koralik wysunął się z palców. Mężczyzna potrącił mnie ramieniem. Nie zdążył koralika złapać. Ja klęczałam bez powodzenia. Z zaciśniętymi na szyi dłońmi wydłubywania nie polecam. Od męskich dłoni uwolniła mnie kobieta. Na ręku poczułam ukłucie jej obcasa. Za łydki chwycił ją inny mężczyzna. Zadudniło ciało uderzeniem. Kobieta otarła uchem o kamień. Siwa staruszka spieszyła, żeby zdążyć. Wcisnęła laskę pomiędzy kostki. Laska pękła w dwóch miejscach od buta. Nastolatek wyjął z dresowej kurtki scyzoryk i rozciął koralik na pół. Pomiędzy kostkami leżały teraz dwa koraliki. My leżeliśmy połączeni nad nimi.