Niewielki czarny kamyk leżał na ścieżce pod moimi stopami. Nie miał w sobie łagodności. Nie był obły. Powietrze, woda i ziemia nie toczyły go latami. Ktoś go odłamał lub wyciął gwałtownie. Powstał dziwny kamień, kanciasty. Odłamek raczej niż kamień. Nóż raczej niż odłamek o barwie nieprzejrzystej. Nie czerń Malewicza, w którą się zagląda i widzi przestrzeń, otchłanie, wymiary. Raczej barwa zamykająca, kończąca. Choć kształtem kamień świetnie nadawał się do otwierania. Raczej krojenia. Ścisnęłam go aż palce zbielały. Okolice serca nacięłam gwałtownie. Wypadło na chodnik. Odłamek raczej niż serce. Kamień dziwny, kanciasty.