Pół człowiek pół jeż nie oddychał. Zbadał sobie tętno. Przystawił lusterko do ust. Czynności brak. To dziwne, pomyślał, bo żył jeszcze wczoraj. Tu, w tym pokoju, chwilę zanim zasnął. W ciemności nic nie robił. Tylko sobie leżał. Całą noc bez ruchu. Nie mógłby się poruszyć. Sen na nim siedział. Przewrócił go. Rzucił na poduszkę. Schował go pod kołdrę. Złapał za przeguby. Ścisnął nadgarstki. Uderzył głową o kamień. Podarł o krawężnik. Kolce się rozsypały. Wykrzesały iskry. Spalił go. Popiół utopił w kałuży. Usta dotykały ziemi. Błoto na palcach aż po ramiona. Oczy pełne snu. Gdy je otworzył, sen się uniósł. Zawiesił palce na styku z podłogą. Rozłożył ramiona, złapał wiatr i odleciał. Pół człowiek pół jeż żył jeszcze chwilę. Sen o lekkość przygniótł go.