Ja to mam sens, pomyślał sobie pewnego dnia gwóźdź na parapecie. Niebo było białe, wiatr wiał lekki a na ścianie ołówkiem krzyżowały się dwie linie w punkcie przeznaczenia. Gwóźdź czuł się gwoździem. Pogodzony wsłuchiwał się w stukanie młotka. W warsztacie stolarza powstawały piękne meble. On jednak wiedział, że nie stanie się ich częścią. Nie połączy drewna z drewnem. Z desek nie powstanie dach. Dach nie będzie chronił głowy. Głowa nie zbuduje iluzji bezpieczeństwa i nie będzie się czuła szczęśliwa. Będzie, ale nie za jego sprawą, nie za sprawą tego gwoździa, ale innego. Ten gwóźdź wiedział, że jego losem będzie tkwić w ścianie i unosić ciężar. Ciężar odpowiedzialności. Bez niego obraz nie zyskałby odpowiedniej wysokości. Nie dorósłby do oczu patrzącego a zatem bez niego, gwoździa, sztuki by nie było. Jestem gwoździem z sensem.
Wtem zawiał wiatr, przeciąg chwycił okiennicę, okiennica popchnęła książkę, książka się potknęła i przewróciła na gwóźdź, który stoczył się z parapetu prosto do ogródka. Zrobił w powietrzu kilka fikołków i wbił się ostrzem w ziemię. I nagle przestał być gwoździem.