Pół człowiek pół pies zadarł głowę. Ponad nim zachwycała go łąka. Wstawała zielonością o poranku i płowiała cieniem ku zachodowi. Zachód zieloności przemieniał błękit w czerń. Ze środka czerni pół człowiek pół pies wył do glinianego księżyca. Ten obracał się na kole garncarskim i świecił światłem odbitym od lampy naftowej tak odległej, że nawet przeskakując susami świetlnymi lata pełne trawy i błota, pół człowiek pół pies nie mógłby dotrzeć do niej. Dlatego nie próbował. Z mroku lepił sobie psią budę. Na szyi zapinał obrożę, do obroży mocował łańcuch a ten zaczepiał o pustkę. Był szczęśliwy, że wreszcie nie jest nieswój. Był pół człowiekiem pół psem należącym do mroku.