C.W. pamiętał swoje najpierwsze chwile. Właściwie nie te najpierwsze, po których powstał, lecz te najostatniejsze, w których go jeszcze nie było. Nie wiedział, że go nie było aż do pewnego poranka i bulgotu czajnika. Woda wychlupywała się raz po raz i ciepło od palnika rozchodziło po kuchni. W istocie C.W. nie miał nie tylko świadomości, że go nie ma, nie miał w ogóle żadnego pojęcia o niczym, ani wielkości kuchni, ani wzorze posadzki, mieście, państwie, czy też konstelacji. Nie umiałby nawet określić pory dnia. Dzień? A co to jest dzień? Że jest, uświadomił sobie nagle, choć nie sam. Z niebycia wyrwał go kobiecy krzyk:
– Uwaga!
Dłoń unosząca czajnik zakołysała się i pod jej ruchem po okręgu z dziubka wyskoczyła ciecz w formie przeźroczystej kuli, która spadając rozciągnęła się nieznacznie, żeby następnie roztrzaskać się o podłogę. Gorące krople padły na odsłonięte łydki i bose stopy kobiety sięgając ud a nawet tego, co powyżej.
– Caution – kobieta powtórzyła po angielsku, tym razem z jękiem, i wylizując łzę z kącika ust dodała:
– Wrzątko.
Tak właśnie powstał on. Pośród jęku, łez, krzyku oraz nieostrożności wychynął z rozgrzanych czeluści pełnych wilgoci zadając matce ból, czyli dokładnie tak, jak zwykły przychodzić na świat wszystkie dzieci. Leżał na posadzce starając się określić formę i granice istnienia, które właśnie się dla niego rozpoczynało.
– Ciauton Wrzątko – powtórzył za matką swoje imię, choć nie rozumiał jeszcze, co ono znaczy.