Rok 1656. Marie Meurdrac, francuska chemiczka, dorzuca drewno do pieca. Ma czterdzieści sześć lat. Opatula się wełnianym szalem i wraca do pracy. Stopą zawadza o szklaną menzurkę. Ta szczęśliwie nie pęka, lecz toczy się pod stół, na którym Marie pisze właśnie wstęp do swego największego dzieła, traktatu chemicznego „Przydatna i łatwa chemia dla dobra kobiet”. Jest z niego bardzo dumna. Pierwsze wydanie z wielu, bo będą następne i nie tylko we Francji, także w Niemczech i we Włoszech. Marie więc siedzi i myśli. We wstępie powinna napisać coś, co spełni oczekiwania mężczyzn. Od nich przecież zależy, czy ona zostanie uznana. Zaczyna pisać. Pióro zatacza koła coraz śmielsze. Marie zna oczekiwania. Powinna być milcząca, słuchająca i ucząca się, bez pokazywania wiedzy. Przerywa zdanie i unosi pióro. Ten moment jest najciekawszy. Chwila wahania albo raczej podjęcia decyzji, zrozumienia, kim się jest, kim się chce być. Marie nie chce być więcej wtłaczana w ciasną formę, która uczyni ją niemą i nieobecną. Nie pozwoli na to, więc gdy jej pióro ponownie dotyka papieru, ona jest już innym człowiekiem. Jest świadomą kobietą. Dlatego ze spokojem pisze dalej, że byłoby grzechem, gdyby kobiety ukryły wiedzę, którą bóg im dał, a która może być korzystna dla świata. I tu Marie stawia kropkę. Nic więcej nie ma do dodania. Najważniejsze już padło. Musiałaby być bardzo zdziwiona dziś, po prawie czterystu latach, że kobiety wciąż muszą szarpać się z tą samą ciasną formą. A może akurat ona wcale by się nie dziwiła.