Siedzę w bibliotece. Wokół cisza. Ale jaka cisza! Taka, że słychać szeleszczącą kartkę. Wcale nie z tej czytelni, tylko czytelni w drugiej części miasta. Przesadzam? Wcale nie. Bo siedzę w ciszy i nagle słyszę dzwonek. Rozglądam się, wokół mnie nikt nie dzwoni. Wszyscy zapatrzeni w książki. Zawieszony w powietrzu kurz jaśnieje nieruchomą smugą światła. Znowu słyszę. Wstaję. Na stoliku zostawiam wszystko. Prowadzi mnie dźwięk coraz mocniejszy. Ponagla i strofuje.
– Już biegnę! – wołam – Już idę.
Przemieszczam się korytarzem w lewo, i znowu lewo, po schodach w dół. Na dworze i biegnę. Alejka. Pomiędzy drzewami. Jest dzwonek. Słyszę go. Tu brzęczy, jak nadjeżdża. Patrzę na kierowcę, uśmiecham się, on macha do mnie ręką. Rzucam się na cztery łapy. Uczepiam jedną roweru. Ujadam, ślina kapie na chodnik. W pysku mam suche liście. Łapię zębami nogawkę. Odrywam sznurowadło. W uszach mam huk. A ten wiatr, jak on w nosie miło gwiżdże. Dzwonek cichnie. Wracam po schodach do biblioteki. Zajmuję miejsce w swoim rzędzie i pochylam nad książką. Wokół unosi się cisza. Taka cisza, że aż… Czy ja dzwonek słyszałam?