Na widowni zapadła cisza. Przez chwilę w powietrzu trwało jeszcze kasłanie, szuranie i szeptanie publiczności. Choć ucichła, jej odgłosy trwały w pamięci. Pół człowiek pół jeż każdy dźwięk przyjmował z wdzięcznością i niepokojem. Wdzięczność nie wymaga tłumaczenia. Dźwięki stwarzały mu świat. Do tamtej chwili, pewny był tego, nikt nie stwarzał świata samymi dźwiękami. Słowem, obrazem, obrazem i słowem, piaskiem, wodą, ogniem, lodem, a nawet siekierą, ale nikt nie użył jako budulca samego dźwięku. A teraz świat miał powstać tylko w oparciu o niego. Niepokój pół człowieka pół jeża nie miał odpowiednika w brzmieniu, bo był jeszcze niestworzony. Ciszę przerwało tupnięcie dyrygenta. Krzesła skrzypnęły, gdy orkiestra wstała. Rozległy się oklaski. Pół człowiek pół jeż słyszał kolejne etapy wydobywania się z nicości. Widzieć wciąż nie mógł. Jego oczy nie były przypisane do żadnej nuty. Czekał na swoją kolej, na swoją chwilę stwarzania. Dyrygent uniósł batutę. „To już!”, pół człowiek pół jeż chciał krzyknąć. Zamiast tego zapadła cisza. Musiał stracić przytomność. Gdy się ocknął, bolała go głowa. Rozcierał guz na głowie i słuchał dobiegającej ze wszystkich zakamarków powstałego dopiero co wszechświata melodyjnej opowieści o pół człowieku pół jeżu, z którego nie wydobył się żaden dźwięk pod uderzeniem pałeczki cymbalisty. A zatem pół człowiek pół jeż był już stworzony, choć nie takiego brzmienia się spodziewał.

Ilustracja: Wassily Kandinsky. Ściana A, 1922.