Język jak kopna ziemia, kryje w sobie cuda. Do jednego się właśnie dogrzebałam a właściwie wyłowiłam go z butelki lemoniady.
– Dobra lemoniada? – kilka dni temu zapytał przyjaciel. Siedzieliśmy na ławce w parku w dłoniach trzymając po butelce.
– Dobra lemoniada – odpowiedziałam.
– Powtórz – poprosił przyjaciel a w jego oku pojawił się uśmiech – jak powiedziałaś?
– Lemoniada – odparłam zdziwiona pytaniem.
– Nie – sprostował teraz już otwarcie rozbawiony przyjaciel – nie mówisz lemoniada, lecz lemońjada.
– Nie – zaprotestowałam – mówię przecież tak, jak należy, czyli lemońjada.
Dopiero teraz usłyszałam różnicę. Moja lemoniada jest przedłużona, zaciągnięta, z „j” zamiast „i”. Musiałam rzecz sprawdzić, więc poszłam do męża.
– Powiedz „lemoniada”. – poprosiłam grzecznie.
– Lemoniada – powiedział mąż.
– Na pewno nie „lemońjada”? – zapytałam.
– Na pewno.
Skoro tak, zaczęłam się zastanawiać. Mam czterdzieści pięć lat i dopiero teraz usłyszałam tę zabawną różnicę. Skąd się wzięła? Nie ma innej możliwości. Jest jedno, jedyne wytłumaczenie. „Lemońjada” jest wspomnieniem a właściwie prezentem od dziadka, który pochodził spod Lwowa a urodził się w 1895 roku. To on musiał nauczyć moją mamę, mojego brata a potem i mnie wymawiać słowo „lemońjada” na ten charakterystyczny dla Kresów sposób. Czuję się dziś o lemoniadę bogatsza.