Jest taki moment w ciągu roku, gdy na niebie pojawiają się chmury jesienne. Niby nic, ale różnią się odrobinę od tych wiosennych, letnich i zimowych. Chmury jesienne są delikatniejsze, są rozciągnięte w czasie, bo wcale nie chcą odrywać się od lata i nie spieszy im się do zimy. Wyciągają się więc pomiędzy nimi na niebie, ziewają i przewracają na drugi bok prosząc o ostatnie pięć minut drzemki. Ponieważ zanurzone są w snach, nie mają czystej bieli, lecz jesienną, wymieszaną. Ale wcale nie z liśćmi jesiennymi, jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać, a z żółtkiem, bo chmury jesienne, chociaż ulepione zostały z pół kilo białego sera, muszą zawierać dwa żółtka. Lekkość nadaje im ubita ubijaczką piana. Mąka działa odwrotnie i przybliża je odrobinę ku ziemi, aby całkowicie nie odleciały. Wrzuca się je pocięte nożem do czerwonego garnka, z którego one same wypływają leniwie kierując się w stronę otwartego na oścież nieba.