Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Rzeki świata (strona 1 z 2)

Ganges

Kuchnia była jasna. Kobieta siedziała na krześle i trzymała stopy w pustej, białej miednicy, której granatowy rant zataczał na białej podłodze koło. Kobieta włosy miała siwe, siwiuteńkie i jasną, luźną koszulę, która przylgnęła do ciała, gdy tylko woda z dzbanka zaczęła spływać w dół. Za każdym razem, gdy kobieta unosiła dłonie i przechylała nad głową dzbanek, woda w miednicy stawała się coraz bardziej srebrna a włosy coraz bardziej ciemne. Gdy włosy kolorem zbliżyły się do granatowej krawędzi miednicy a miska wypełniła srebrzystą wodą, kobieta zaczęła machać stopami i rozchlapywać ją na całą kuchnię. Gdzie kropla padała, tam wyrastał świerk srebrzysty. Gdy już cała kuchnia porosła lasem kobieta wstała i resztę wody z miednicy wyrzuciła tak wysoko w górę, że ta uderzywszy o sufit spadła na iglaki śniegowymi płatkami a potem spłynęła po pniach do ich korzeni i pomknęła wartkim strumieniem przez szparę drzwi kuchennych, po schodach klatki schodowej na podwórko a potem, wciąż jeszcze będąc strużką niewidoczną raczej niż rzeką, popłynęła śmielej rozszerzając się w poważną i dostrzeżoną na światowych mapach rzekę. Ale że powstaje w pewnej białej kuchni, tego już geografowie w atlasach nie podają.

Łyna

Być może nikt tej historii nie słyszał i nie znalazła miejsca w księdze mitów. Być może. Jej nieobecność świadczy o głębokiej tajemnicy, bo przecież nie o kłamstwie. Znam tajemnicę mazurskiej rzeki Łyny. Lecz tajemnica wymaga milczenia. Źródła jej są ukryte, chociaż właśnie o źródłach jest ta opowieść. Do źródeł wiedzy postanowił dotrzeć pewien rzeczny sum. Działo się to bardzo dawno temu. Sum mieszkał na dnie jeziora, przez które przepływała rzeka, lecz muł, który unosił się dookoła niego odbierał mu ostrość widzenia. Sum postanowił popłynąć pod prąd, aby dotrzeć do początku rzeki. Wierzył, że każde źródło jest czyste, ma w sobie prawdę, która ginie w błocie. Brnął więc w górę rzeki, a że nie był mały, szurał brzuchem po dnie. Woda była w strumieniu coraz płytsza a wielki sum coraz głębiej wdzierał się w bagnisko i wędrował po wzgórzu, z którego wypływały wody Łyny. Gdyby ktoś go wtedy widział? Opasłe cielsko ledwie łapiące oddech, gramolące się pod górę, pod prąd i wbrew rozsądkowi. Wreszcie sum dotarł do początku rzeki, ale całej wiedzy, na którą liczył i której szukał, nie zdobył. Wsadził więc wąsaty łeb do otworu, z którego strumyczek ciurkał, i zaczął przeciskać się, drążąc korytarz, aż wpadł do wnętrza góry i opadł na dno świata podziemi. Postanowił podążać dalej, przecież wciąż widział drogę przed sobą. Podobno sum wędruje po podziemnym świecie po dziś dzień, poszukując jego początków. I dlatego właśnie źródła Łyny wciąż się cofają.

Czarna rzeka

Dla nikogo nie było tajemnicą, co się wydarzyło. Dla nikogo poza nią. Ani wiatr, ani deszcz, w którego strugach stała, ani słońce, którego widać nie było, ani ziemia, na której bose stopy postawiła, nie miały wątpliwości. Tylko ona jedna nie rozumiała, skąd czarny strumień wypłynął. Bo przecież przybiegła w deszczu, jak od dziecka robiła, po mchu miękkim przez las. Na otwartej łące stanęła, w locie ptaka złapała i z piór go oskubała a potem, łebek mu urwawszy, mięso z kości wyssała, a resztki za siebie rzuciła. Niczym nie różnił się ten poranek od wszystkich innych, deszczowych, od początku swojego życia. Budziła się rano w łóżku, w pokoju na piętrze. Zasłon nie musiała nawet odsłaniać, bo światło było deszczowe i dźwięk. Wybiegała więc w koszuli nocnej, czasem tylko sweter wyciągnięty na nią narzucając, włosy z oczu zdejmowała i biegła przez las i na łąkę po ptaka, którego ruchem błyskawicznym zawsze chwytała. Czasem wystarczyło pazury wystawić i sam się na nie nadziewał a czasem podskoczyć należało. Spadała potem drobnymi, porośniętymi czarną sierścią stopami na trawę. Poranki więc nie różniły się od dzisiejszego. Dlaczego więc akurat dzisiaj miałaby czarna rzeka spod mchu strumieniem wypłynąć i wezbrać tak, że po kolana, uda, biodra, piersi, szyję i głowę dziewczyny o kocich ruchach, urosła? Może tylko jedna myśl w dzisiejszym poranku była nowa. Myśl, że zabija pojawiała się wprawdzie już w jej głowie wcześniej, ale zawsze już po, w czasie przeszłym. Dzisiaj pojawiła się tuż przed, zanim przyszłość się stała. Ziemia, na której dziewczyna stała, i wiatr, i deszcz, i las, i ptak tę myśl usłyszały. I czarna rzeka usłyszała ją także.

Morze Aralskie

Mężczyzna nie miał spodni, bose stopy miał, szarawe, podobnie jak i kalesony. Kufajkę wypłowiałą atramentowej barwy. Na głowie jednak, wbrew wizerunkowi budowanemu od dołu, cylinder zatknięty drżał. Drżał, bo drżała i głowa, i szyja, i caluteńkie ciało dygotało. Nie tylko z zimna, ale także z poprzedniego wieczora, który płynął jeszcze w żyłach pana w kufajce i kalesonach, lecz w pamięci raczej się zmierzch poprzedni nie ostał. Wypłowiał od alkoholu jak kufajka. Mężczyzna rysy miał wschodnie, chociaż cylinder zmieniał je, wyszlachetniał. I po dłuższej chwili można by spokojnie powiązać pana w kufajce ze światłami wielkiego miasta. Wokół jednak świateł nie było, step wyleniały, światło słoneczne poprzez mgły i drżenie alkoholowe ciała. Na progu drewnianym, przed nagimi stopami stała butelka, którą dłoń mężczyzny chwyciła. Pił. Długo, aż wypił wszystkie ryby i wszystkie wodorosty Morza Aralskiego. Dopiero wtedy mężczyzna przestał drżeć. Założył spodnie i skarpety i poszedł narąbać drew. Ale cylinder do rąbania zdjął.

Instynkt

Dziewczynka miała czarne włosy związane sznurkiem na plecach. Nie wszystkie pasma chciały siedzieć spętane, wysmykiwały się więc i spływały jej na twarz, muskały okrągłe, wesołe policzki, które unosiły się, gdy uśmiechały się oczy zamknięte w czarnej oprawie. Mogła mieć sześć, siedem lat. Wiatr te czarne wstążeczki włosów porywał i do tańca zapraszał. Dziewczynka w kurtce po kolana stała, w miękkich butach ze skóry zwierzęcej aż po łydki. Nie walczyła z wiatrem, pozwalała mu zaczepiać się i dotykać, przyzwyczajona do jego ciągłej obecności na ogorzałej twarzy. Ukucnęła i rozsunęła stopy a strumyczek pomalutku zaczął wypływać jej spomiędzy ud i spływać z piaskiem w dół. Ciurkał powolutku, powoluteńku lecz, gdy minął pięty, zaczął wzbierać raptownie, wić się i pienić. Zamieniał się w rzekę rwącą dekoracyjnie wijącą się spiralami. Dziewczynka wstała, poprawiła ubranie, była zadowolona, lekka i spełniona, posłuszna instynktowi. Butem zamszowym, jak pies zasypała swoje ślady. Nikt nie musi wiedzieć, że to ona rzekę wyschniętą do życia przywróciła.

Miluo

Mężczyzna zanurzył palce prawej stopy w wodzie. Właściwie nie tyle zanurzył, ile wystawił stopę i czekał aż fala doskoczy do niej. Udało się, więc się uśmiechnął. Nie był młody, ani nie był stary, był przede wszystkim zadumany. Dzień był piękny i ciepły, z mgłą po horyzont. Rzeka Miluo sunęła leniwie, jak zwierzę. Nie było to jednak zwierzę łagodne i nie należało go bagatelizować. Miało wielką siłę, lecz nie było w niej ostentacji. Mężczyzna patrzył przed siebie ze spokojem. Lubił biec myślą pomiędzy odległe góry, zapuszczać się w wilgotne lasy. Tym razem nie mógł. Uczniowie stali za jego plecami i czekali na najlżejszy jego ruch. A on musiał pokazać im, czym jest honor w świecie pozbawionym zasad. Chciałby się wycofać, bo kto by chciał umierać. Nawet on nie chciał, chociaż poeta wielbiony powinien odejść u szczytu sławy. Skoro jednak postanowił, nie mógł stchórzyć. Mógłby, bo nikt o jego wewnętrznej obietnicy nie słyszał. Nie byłby jednak wtedy wierny sobie. Odwrócił głowę i spojrzał na nich, uczniów lojalnych i w oczekiwaniu, w miłości do niego. Czy mógłby postąpić inaczej? Czy mógłby dla nich nie zrobić kroku naprzód? Nie zamknął oczu, otworzył usta. Zrobił krok szybko, żeby nie móc walczyć, nie móc się ratować. Woda wypełniła mu uszy, nos i usta. Słyszał szum, dudnienie. Wplątał stopę w rośliny na dnie i spokojnie czekał na śmierć, mając nadzieję, że uczniowie pojmą jego poświęcenie, że dla państwa, z miłości do niego, że nie mógł dłużej żyć na wygnaniu. Taką śmiercią powinien umierać poeta. Ocknął się na drugim brzegu kilka godzin później. Jeszcze słyszał krzyki, rozpoznawał znajome głosy tych, którzy go szukali po tamtej stronie rzeki. Łodzie krążyły wzdłuż brzegu, bliscy płakali. Przybiegli mieszkańcy okolicznych wsi i przekazywali sobie wieść, że Qu Yaun, wielki mistrz słowa, umarł dziś. Nie wiedzieli, że Qu Yuan rozpaczał na przeciwległym brzegu i zadawał sobie pytanie, jak się z wody nieprzytomny wydobył. Nic nie pamiętał. Był sam. Nurt musiał go znieść, instynkt zdradzić. Miał umrzeć a jego śmierć zapisana miała zostać w słownikach na wieki, pozostać manifestem przeciw nieuczciwości urzędników państwowych. Tymczasem on, na własną zgubę, wybrał życie. I chociaż żył, nie był już żywy. Wiedział, że drugi raz umrzeć nie zdoła.

Wylew

Nikt w tę historię nie uwierzy, chociaż ona nie tylko się wydarzyła, lecz wydarza się wciąż. Ciągle od nowa czarodziejskie źródło ruchomej rzeki wybija niespodziewanie. Kto wie, czy odkręcając kran, spuszczając wodę w toalecie, wkraczając w kałużę, a nawet zdejmując kapsel butelki lub naprawiając pęknięte rury kryjące się w głębokich, ziemnych dołach, nie styka się człowiek z wędrownym źródłem, które uwalnia gwałtownie kaskady wody zalewające ulice, piwnice, łazienki i chodniki, doprowadzając do miejscowych podtopień. Skoro nikt w rzekę nie wierzy, nikt też nie przeprowadza badań, nie mierzy siły ciurkania, jej szerokości, głębokości, składu wody, zagrożeń nagłymi powodziami, toksyn w niej krążących, wylewów wewnętrznych i podduszeń. Nikt nie stara się źródła odnaleźć, gdy więc wybija, wybija naprawdę, lecz i na niby, bo nie mieści się w ludzkiej świadomości. I skoro ty teraz płaczesz, muszę ci powiedzieć, że nie płaczesz łzami słonymi, lecz owym słodkim tajemniczym źródłem zaczarowanej rzeki, która w tobie się odrodziła. Poza tobą i mną nigdy się jednak nikt o niej nie dowie.

Wisła

Most był stary. E, tam most. Mosteczek, kładka raczej. Dobrze, więc drewniana deska leżała na brzegu rzeki. Jakiej tam rzeki? Na brzegu strumyka! A zatem niedługa deska łączyła dwa brzegi strumyka, który, prawdę powiedziawszy, przeskoczyć by można. Lub nawet przejść krokiem nieszczególnie rozwartym. Kobieta rozwarła krok i przeszła na drugą stronę, jednak, gdy szła po desce bosymi stopami na niej stąpając, do wody spadały jej czerwone maliny. Niosła je w spódnicy schowane, bo przed chwilą z krzaka zrywała. Jedną zrywała, drugą zjadała, aż obskubany krzak jedynie zielony pozostał, miała więc usta czerwone i słodkie od soku. I chyba wtedy, gdy sok z ust językiem zlizywała, stwór skrzydlaty znad lasu się pojawił. Tak ludzie powiadają, że leciał. Inni, że unosił się, bo skrzydeł nie miał. Powiadają, że duch. Dusza zagubiona i robaczywa. Powiadają, że duch matki, a inni, że ciotki zazdrosnej o wdzięki, a inni, że teściowej, której pokój dziewczyna o malinowych ustach po śmierci zajęła. Dość powiedzieć, że dziewczyna, co boso po desce szła, zakołysała się nagle, ramiona w bok, powietrze na ratunek wołając, wyrzuciła, ale go nie chwyciła należycie mocno, lub powietrze nie utrzymało, bo maliny w górę z fartucha wyskoczyły i razem z dziewczyną do wody opadły. One lekkie były, na powierzchni nietknięte się zatrzymały i dalej z potokiem popłynęły, dziewczynę z głową o kamień rozłupaną samą, bez ich czerwonej słodyczy zostawiając.

Wiluj

Mężczyzna przysiadł. Buty lśniły mu tak bardzo, że wnikliwy obserwator dostrzegłby odbijający się w nich ruch wody. Rzeka płynęła wartko i wkrótce pojedyncze krople osiadły na czarnych noskach. Mężczyzna chwycił drewnianą, ciemną laskę, z metalowym, rzeźbionym uchwytem na górze i oparł się na niej z całej siły. Laska zagłębiła się w trawie wygniatając całkiem spory dołek w ciemnej, tłustej ziemi. Właściciel lakierowanego obuwia ukucnął raz jeszcze i z butonierki wydobył śnieżnobiałą chustkę do nosa, którą zanurzył w mokrej ziemi, nabierając jej w materiał garść. Widownia stała na drugim brzegu i przykładając eleganckie lornetki obserwowała każdy jego ruch. Kobietom zza gorsetów wydobywały się niepewne westchnięcia, nie do końca wiadomo, czy spowodowane brakiem powietrza, czy ekscytacją. Podnosiły dłonie w rękawiczkach i machały w stronę przeciwległego brzegu i sylwetki w czarnym fraku pochylającej się z chustką w ręce nad wodą. Niedługo zanurzał białe zawiniątko, wyciągnął je wysoko i z dumą. Publiczność czekała w napięciu. Czując je magik wyrzucił w górę i jednocześnie daleko przed siebie chustkę, z której na głowy zebranych posypały się nie grudki ziemi, lecz diamenty najprawdziwsze, oszałamiając kobiety a na twarzach mężczyzn wywołując szeroki uśmiech.
– Czarodziej.
Tłum szeptał a magik kłaniał się nisko.

Wezera

O tej chwili nikt nie napisał pieśni, ani jednego wiersza, ani jednego rymu. Są linijki dla chwili, gdy siostrzeniec króla Karola, Roland, rycerz zdradzony przez Ganelona, umiera na zielonym pagórku. Są słowa pieśni dla chwili, gdy Roland oddaje prawą rękawicę bogu. Lecz dla lewej rękawicy żadnych słów już nie ma, chociaż i ona ma swoją historię. Śmiertelnie raniony mężczyzna więc na trawie leży, miecz układa pod sobą i ostatnie tchnienie z ust wydmuchuje. Wtedy archanioł Gabriel po rycerza przybywa i za prawicę duszę jego do nieba prowadzi. Zmierzch zapada i ukrywa trupy rycerzy ciepłe jeszcze. Kilka godzin wcześniej walczyli dzielnie, każdy dla swojego władcy, a teraz wspólnie bez ruchu leżą, w śmierci wymieszani. Karol jest w drodze jeszcze. Gdy przyjedzie, jego płacz i zemstę poeta opisze, ale moment poprzedzający francuski pieśniarz pominie. Słowem nie wspomni o niemieckiej rzece, która na wieść niesioną przez wiatr o śmierci Rolanda, z koryta występuje i płynie prosto pod sosnę, gdzie rycerz martwy. Rany przed przybyciem króla mu obmywa, pot i krew z czoła ściera. Duszę zostawia bogu, ciało zostawia Karolowi, sobie jedynie lewą rękawicę, symbol ludzkiej słabości zabiera i ukrywając go na zawsze w głębinach, na własną ścieżkę powraca.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial