Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Potwór dnia (strona 1 z 27)

Z cyklu refleksje nikomu niepotrzebne

Dużo myślałam ostatnio o Tolkienie i „Władcy Pierścieni”. Nie pierwszy już raz. Dzieci czytają po raz piąty, cały dom więc ponownie żyje przygodami z pogranicza Mordoru i Rivendell. Po raz pierwszy jednak uderzyła mnie niesprawiedliwość i manipulacja, która na poziomie odautorskim wydarza się we „Władcy Pierścieni”. Że autor musi czytelnikiem manipulować, wiadomo. Na tym polega literatura, że pisarz kieruje skojarzeniami w stronę dla siebie wygodną i pożądaną. Tolkien jednak przekracza granice dobrego smaku a nawet, nie boję się użyć tego słowa, etyki. Gdy się nad „Władcą Pierścieni” zastanowić, odrzucając tolkienowe odwracanie kota ogonem, widać wyraźnie, że jest to opowieść o biednych, zgnębionych orkach i bogu ducha winnym Sauronie, któremu złe elfy, rękami hobbitów, ukradły jego własność. Sam ją sobie zresztą Sauron wykuł. Bo przecież autorem pierścienia jest nie kto inny, lecz właśnie on. Nie dość, że elfy ukradły, to, co do nich nie należy. Uczyniły jeszcze z Saurona przyczynę wszystkiego złego. A kto rządzi światem? No kto? Rządzą elfy i nastawiają go przeciwko Sauronowi i jego żołnierzom. W porządku. To jeszcze mogłabym wybaczyć. Naturalna walka o dominacje. Ale że elfy kpią sobie z wiernych żołnierzy Saurona, tego już wybaczyć nie mogę. Bo dlaczego kpią? Tylko dlatego, że orkowie są odrażający. A kto powiedział, że dobro jest piękne a brzydota zła? Kto ustawił świat w sposób, który jest dla jego brzydszej, ułomnej, nie dość doskonałej części wykluczający? Oczywiście Elfy.
A po co to wszystko? Żeby odebrać pierścień, który im się nie należy, i przekonać postronnych świadków, że czynią słusznie. Jak dla mnie spisek jest jawny. Wystarczy popatrzeć na te biedne, niesłusznie oskarżane, szlachetne istoty, dzielnych wojaków zaklętych pod postacią brzydkich orków, które w dodatku kiedyś były elfami. W swej bezbrzeżnej lojalności biorą przecież udział w sprawie z góry przesądzonej. Im pisarz wyznaczył los przegranych a mimo to stoją u boku swego władcy. Zasługują na najwyższy szacunek. Uważam, że najwyższy czas oddać Sauronowi i jego ludziom sprawiedliwość i skończyć z kłamstwami Tolkiena. Precz z elfami! Orki wyklęte!

Pycha

Metrem jadą dwie kobiety młode. Siedzą blisko siebie. Jedna włosy ma jasne a druga włosy ma jasne. Jedna włosy ma upięte wysoko a druga włosy ma upięte wysoko. Jedna ma futerko włochate ze skórzanymi rękawami a druga ma futerko włochate ze skórzanymi rękawami. Jedna ma spodnie obcisłe. Dżinsy przylegają do jej szczupłych łydek. Druga ma dżinsy, które opinają jej łydki. Jedna ma buty na wysokim obcasie brązowe a druga ma stopy schowane w buty na wysokim obcasie brązowe. Torbę ma jedna brązową, z której wyjmuje telefon. Uderza w niego palcem zakończonym paznokciem pomalowanym na różowo. Druga z torby brązowej wyciąga telefon, w który uderza palcem z pomalowanym na różowo paznokciem. Jedna nie mrugnie nawet rzęsami pokrytymi grubą warstwą tuszu, gdy ta druga szepcze jej do ucha:
– Wiesz, co przytrafiło mi się wczoraj?
Jedna nie odpowiada. Mięśnie ma wciąż nieruchome pod warstwą podkładu i różu. Stuka palcem w telefon. Druga w oczekiwaniu stuka palcem w szybę telefonu. Stacja mija za stacją. Mięśnie pierwszej drgają. Zwraca twarz ku drugiej:
– Wiesz, co przytrafiło mi się wczoraj? – pyta. Druga słucha z uwagą.

Zdjęcie Paula Kuimeta przedstawia pracę Olafura Eliassona pod tytułem „Twój nieoczywisty cień”, 2010.

Resztki miodu

Metro rusza i trzeba szybko znaleźć dla siebie miejsce. Pora taka, że pustawo, jednak wszystkie fotele zajęte. Stanąć więc nad kimś należy. Starsze panie w beretach, młodzi, szczupli mężczyźni. Dwie nastolatki. Najbliżej drzwi mężczyzna z zarostem. Czerwoną kurtkę zapiął wysoko. Do niego ciągnie. Staje się więc nad nim i wącha, bo zapach się wokół niego unosi miodowy. Miód, wosk pszczeli. Jakby prosto z pasieki jechał i jeszcze palce miał utytłane. Oczywiście nie może mieć palców w miodzie. Zresztą nie widać ich, bo mężczyzna trzyma je schowane w luźnych rękawach kurtki. Kurtka czysta. Żadnych resztek. Tylko ten zapach jak z ula. Metro jedzie. Prawie puste, pasażerowie zapatrzeni gdzieś indziej. I właśnie wtedy mężczyzna dłoń z kurtki wysuwa. Do ust unosi. Resztki miodu językiem zlizuje. Rozpina kurtkę i drapie się po porośniętym brunatną sierścią brzuchu czarnym pazurem wyrastającym z niedźwiedziej łapy. Metro zatrzymuje się, mężczyzna wstaje. Kurtkę szybkim ruchem zapina i łapy w czerwone rękawiczki chowa. Zapachu miodu znika razem z nim. I nie wiadomo kto kogo i po czym podrapał.

Nie tylko o owcach

Przydarza mu się to coraz częściej. Umykają. Same, nieproszone, nienamawiane. Człowiek jak pasterz stara się je do zagrody zagonić, w porządku ustawić, miejsce odpowiednie w szyku znaleźć, lecz rady nie daje. A to wiatr zapach wilka z lasu przyniesie. Owce instynktem gonione rozbiegają się i w niewyjedzonej trawie chowają kopyta albo do sąsiada idą w szkodę. A to samolot nad łąką przeleci lub ryczący ją przetnie. Spłoszone owce gubią. Najpierw jedna, potem. Pasterz próbuje owce po, lecz skutek nie, bo coraz. I wtedy woła, żeby zagonił ten, lecz jego imienia zupełnie nie. I posiwiały w pustej już wie, że nie o owcach wcale, lecz. Bo mu coraz się.

Mech

Nie wiadomo, skąd w naszym mieście pojawił się mech. Mech miękki, głęboki. Taki mech, w którym można zanurzyć się, zawleczony z lasu mrocznego i wilgotnego, do którego wstęp mają tylko zwierzęta, bo człowiek, nawet, gdyby się odważył, dotrzeć by nie zdołał. I pewnej nocy mech objął w swe posiadanie całe miasto od schodów po furtki. Podszedł zieloną falą pod okna, zaczął wspinać się na schody, ale nie pukał do drzwi. Pokonywał je miękko. Nie forsował tylko pochłaniał. Pewnego poranka przeniknął do snów i zakorzenił się w nich. Od tamtej chwili ludzie naszego miasta mają dla siebie taką miękkość o jakiej wcześniej nie śnili.

Ewa

Wyszłam z pracy na obcasach i w cieniutkich rajstopach, które uciskały te miejsca, które powinny zostać uciśnięte. Spódnica opinała się ciasno i swędziała od kołnierzyka szyja. Szłam krokiem powolnym, było piątkowe popołudnie i światło podkreślało krawędzie. Drzew nie było po drodze wiele. Przy pierwszym rozpięłam kołnierzyk. Przy drugim zsunęłam spódnicę. Szłam wzdłuż ulicy palcami obrywając białe guziki i paznokciami drąc na udach rajstopy. Obcasy porzuciłam na wysokości trzeciego drzewa. Przy czwartym zdjęłam majtki. Obtarłam łydki, brzuch i uda, a gdy się już wspięłam się na drzewo wyrzygałam resztki jabłka. Adam odbierze dzieci z przedszkola. Ja się dzisiaj spóźnię.

Kalendarz

W pierwszym miesiącu jest zaledwie niewidocznym zadatkiem. Niewypowiedzianą nadzieją, którą chce się zatrzymać tylko dla siebie. W miesiącu drugim jej rozwój powoduje już pierwsze dolegliwości. Lekkie zawroty głowy. Miesiąc trzeci jest istotny. Kontakt ze światem zewnętrznym przestaje być najważniejszy, chociaż proces ten jest jeszcze nieuświadomiony. Umykają pierwsze słowa. Z miesiącem czwartym pojawia się świadomość rozwoju. Wypowiadane zdania skracają się. Najczęściej orzekają kropką kończąc rozmowę. Miesiąc piąty daje pierwsze sygnały widoczne z zewnątrz. Spowolnienie ruchów. Kroki wstecz pojawiają się częściej niż te do przodu. Ciało ogarnia melancholia. Miesiąc szósty staje się prawdziwą rewolucją. Schwytane dźwięki zostają uwięzione. W miesiącu siódmym proces postępuje. Rozwój daje się zauważyć gołym okiem i nie można go już ukryć pod zwiewną koszulą. Wchłaniane zostają tylko wybrane dźwięki. Część zostaje odrzucona. O ile w miesiącu siódmym któremuś z nich udaje się wydostać, w ósmym staje się to niemożliwe. Bariera pomiędzy tym co w środku i tym, co poza środkiem, jest nieprzepuszczalna. A wszystko po to, by w miesiącu dziewiątym na zewnątrz mogła wydobyć się dojrzała jej postać. Kalendarz mojej ciszy.

Kosmyk

Kolczyki, obcasy i szminka. Najpierw szminka. Kolczyk jeden i jeden obcas. Drugi w drzwiach. Kolczyk zahaczony o rękaw. Kosmyk włosów, który się wymyka. Spódnica. Kosmyk raz jeszcze, bo się wymyka. I jeszcze drzwi. I wreszcie drzewa i chodnik. Ale spódnica wąska. Żakiet ciasno dopasowany. Kołnierzyk biały i w szmince. Poranek cichy i ulice puste. Miasto daleko. Jeden tylko samochód spośród zaparkowanych światła ma włączone. Koszulę brudną można zakryć. Drzwi samochodu otwierają się z obu stron. Mężczyzna i kobieta podnoszą klapę bagażnika. Samochód granatowy, czarna folia, którą strzepują jak prześcieradło. Folia pod nogami. W bagażniku kolczyki, obcas i szminka. Spódnica ciasna, drugi obcas został na chodniku. Kosmyk włosów w bagażniku wciąż się wymyka. Jutro rano znowu wstanę i spróbuję dojść dalej.

Kamienie

Wychodzę z domu rano. Codziennie rano wychodzę z domu. Poprawiam włosy, nakładam na twarz krem, żeby skóra była elastyczna. Na nogi zakładam trampki, które w zetknięciu z asfaltem są sprężyste. Dzięki nim ja także jestem sprężysta. Odskakuję od twardego chodnika i sięgam wysoko, coraz wyżej gumowego nieba. Źródło jest tuż tuż. Czuję jego zapach. Jeszcze jeden skok. Jestem kauczukową piłką, ale źle stawiam stopę, która wygina się, kładzie i wpasowuje w przerwę. Kamieniem się nie skacze, więc następnego ranka znowu wychodzę z domu i kamienieję na tej samej płycie. Jutro trzeba będzie się za siebie nie oglądać.

Chmury jesienne

Jest taki moment w ciągu roku, gdy na niebie pojawiają się chmury jesienne. Niby nic, ale różnią się odrobinę od tych wiosennych, letnich i zimowych. Chmury jesienne są delikatniejsze, są rozciągnięte w czasie, bo wcale nie chcą odrywać się od lata i nie spieszy im się do zimy. Wyciągają się więc pomiędzy nimi na niebie, ziewają i przewracają na drugi bok prosząc o ostatnie pięć minut drzemki. Ponieważ zanurzone są w snach, nie mają czystej bieli, lecz jesienną, wymieszaną. Ale wcale nie z liśćmi jesiennymi, jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać, a z żółtkiem, bo chmury jesienne, chociaż ulepione zostały z pół kilo białego sera, muszą zawierać dwa żółtka. Lekkość nadaje im ubita ubijaczką piana. Mąka działa odwrotnie i przybliża je odrobinę ku ziemi, aby całkowicie nie odleciały. Wrzuca się je pocięte nożem do czerwonego garnka, z którego one same wypływają leniwie kierując się w stronę otwartego na oścież nieba.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial