Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Nowiny (strona 2 z 40)

Półksiężyc

To pół przylegało niesymetrycznie. Już dawno przesunęło się czarnym półokręgiem. Najpierw na kole pojawiła się rysa. Od wnętrza przybiegała zygzakiem do krawędzi i czarny półksiężyc odsunął się. Mógłby odsunąć się w różne miejsca. Przed nim otwarte stały czarne przestrzenie. Mógłby się po nich wznieść, mógłby dryfować, dać się zepchnąć do narożnika, wepchnąć w kąt jakiejś sile, jednej czy drugiej. Mógłby dążyć, zdążyć, spóźnić się. Zniknąć też. I mógłby spaść. Niech tam. Niech będzie, że nawet na Ziemię. Albo prawie. Na parapet mógłby, gdzie leżałby w ciszy kontemplując stan zawieszenia pomiędzy niebem a chodnikiem. Mógłby spaść na sposób pozytywistyczny. Zostać czarnym dachem chroniącym przed słońcem lub deszczem. Mógłby wpasować się w życie biologiczne planety i zająć miejsce czarnego kapelusza na odnodze grzybni. Zamiast tego opadł półkolistym obcasem tuż pod moją stopę. Jedną nogą sięgam teraz Ziemi a drugą księżyca.

W Domu nad Łąkami

Pamięć o tym wyjątkowym dniu chowam do szuflady z najpiękniejszymi widokami. A właściwie nie tyle pamięć, co spojrzenie Zofii Nałkowskiej. Bo tego dnia ona, we własnej osobie, ze ściany Muzeum im. Nałkowskich, gdzie miałam zaszczyt opowiadać o książce „W cieniu sławy”, słuchała mojej opowieści o zapomnianych rodzeństwach. Nie umiem wyrazić jak bardzo jestem wdzięczna za zaproszenie do Domu nad Łąkami, kiedyś rodzinnego domu Zofii Nałkowskiej a dziś muzeum. Radość, miłość, wzruszenie!

Doładuj haiku

Gniazdo ptaka po
słusznie rozśpiewał się do
zgonu baterii.

Haiku o świcie

Porwało ciało
rozszerzoną źrenicą
ze snu bibułkę,

Ballada o lataniu

Nie będzie to opowieść o balonie. Że balon powinien latać, on sam wiedział. Że nie powinien siedzieć zamknięty w szufladzie, dobrze rozumiał swoim gumowym zmysłem. Gumowy zmysł balona jest nader rozciągliwy. Rozciąga się na samą myśl. Myśl balona stawała się coraz intensywniejsza. Siedział w dusznej szufladzie od zbyt wielu balonowych lat. Pamiętał, gdy jasność zaczęła zawężać się z koła do kwadratu, z kwadratu do prostokąta aż stała się cienka jak nitka i znikła. Balon patrzył w miejsce, w którym znikła i czekał. Gumowe oczy przywykły do ciemności. Zmiażdżony pod brakiem światła balon leżał płaski. Tylko, że to wcale nie jest opowieść o nim. Balon miał nader rozciągliwy zmysł. Jego zmysł wypełniał się potrzebą coraz bardziej aż stał się zbyt pękaty dla szuflady biurka. Biurko, bo to o nim jest ta opowieść, zmysły miało drewniane, oszlifowane, pomalowane bejcą i polakierowane. Zmysły biurka otwierały się, uchylały, skrzypiały, stukały i choć bardzo się starały, elastyczne nie były.
– To nic – powiedział balon i rósł.
Im był okrąglejszy, tym biurko stawało się bardziej rozciągliwe. Powyrzucało z wnętrza szuflady. Pootwierało drzwi, żeby balon mógł w nim rosnąć. Balon więc rósł i gdy oderwał się od podłogi, razem z nim oderwało się biurko. Gdzież oni razem nie latali?

Obraz autorstwa Jędrzeja Jałochowskiego

Łąka

To miejsce, w którym dziś stoję, jest pomiędzy. Jedna ścieżka biegnie górą po skosie od prawej do lewej. Druga styka się z nią po prawej i rozchodzi dołem na lewo. Trzecia ścieżka pędzi z dołu na górę przecinając tamte dwie. Pomiędzy trzema zakreślonymi ścieżkami jest miejsce, przez które nie przebiega ani aleja, ani ulica, żadna polna droga. Jest tam łąka a na łące ja. Łąka rośnie wysoko. Spoza niej nie widać nic. Ani mnie ani patyka. Pochylam się, chwytam go i rzucam. Patyk unosi się. Widzę, jak go gonię, jak chwytam w zęby i jak biegnę z powrotem. Układam patyk przed swoimi stopami i głaszczę się po głowie. Dobra ja.
– Pobawisz się jeszcze? – pytam siebie.
– Pobawię – odpowiadam sobie.
Patyk leci ponad łąką, bo rzucam go ponownie i czekam, aż do niego podbiegnę i sobie sama przyniosę. Wyciągam do siebie rękę i gdy do niej podbiegam, udaję, że nie chcę wcale patyka oddać. Przez chwilę się mocujemy. Ja ze sobą. I w końcu ja wygrywam. Jednocześnie po łące biegnę jeszcze trzecia ja. Ta, która także wyruszam za patykiem. Ale ta ja go wcale posłusznie nie przynoszę. Chowam się z nim przed sobą i sama nie umiem siebie w wysokiej trawie odnaleźć.

Nikt raczej

Słonecznie przedpołudnie Z głośnika wydobywa się muzyka. Robotnik nuci na rusztowaniu a na drzewach ptaki.
– A, to ten… – mówi syn – coś z serca biciem.
– Ten – przytakuję.
– Zaucha.
– Andrzej.
– Andrzej Zaucha. – powtarza syn – Jak on umarł? Jakoś zginął?
– Zginął – potwierdzam. – Zastrzelił go Francuz, mąż kochanki, pistoletem w Krakowie.
Przez chwilę w milczeniu pozwalamy Andrzejowi śpiewać:
– … byłaś serca biciem. Wiosną, zimą, życiem. Marzeń moim echem. Winem, wiatrem, śmiechem.
– Nikt raczej nie chce umierać – odzywa się wreszcie syn – ale to jest w sumie całkiem niezła śmierć.

haiku

uchyliła noc
słowik wyrazów bliskich
niejednoznacznie

Zrób sobie selfie z mamutem! 


Kto by pomyślał! Przed nami wydarzenie epokowe. I to dosłownie. Z epoki minionej przybywa zwierze dawno wymarłe. Mamut jak żywy, rumiany i zdrowy. W sobotę, 25 maja, o godzinie 13.00, mamut zasiądzie przy stoliku gotowy podzielić się z człowiekiem współczesnym. Podzieli się swoją odwieczną mądrością, to w książce „Smutek mamuta. Prawie wszystkie mity świata”. Ale przede wszystkim podzieli się sobą. Nie bądź słoniem. Zrób sobie selfie z mamutem!

Warszawskie Targi Książki, Świadomi Wydawcy, Wydawnictwo Nisza, stoisko 21/D3

I wtedy

I wtedy zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Leżałam na łące. I wtedy zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Zamknęłam oczy. I wtedy zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Było pusto. Znikła trawa, łąka, ziemia i ja. I wtedy zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Mnie nie było. To znaczy byłam, ale nie w jednym miejscu, lecz we wszystkich. Wypełniałam wszechświat aż po krawędź. A nawet poza nią. Bo wtedy zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Wszechświat zrobił menisk i zaczął się wylewać z kubka po ściankach. Wylewałam się po ściankach, płynęłam po podłodze. I wtedy zdarzyło się coś naprawdę bardzo dziwnego. Bo dwie klepki były przesunięte. Pomiędzy nimi była szpara i ja w nią wsiąkłam. I nie byłam już wszędzie i nie wypełniałam już wszechświata aż po krawędzie, lecz siedziałam pod drewnianą klepką. I wtedy zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Ta niewielka kępka trawy, która wyrosła z podłogi, to ja.

Starsze wpisy Nowsze wpisy

© 2019 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial