Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Nowiny (strona 1 z 30)

Rozbijalnia Szklanych Sufitów

To jest niesamowity moment. Ta chwila, gdy wkraczasz na scenę. A ze sceny wszystko widać inaczej. Widownia jest daleko i tonie w mroku. Źrenice walczą ze światłem. Płynie głos, który nie należy do mnie, choć ja podpowiadam mu słowa. Pomiędzy słowami czas płynie inaczej a świat widziany ze sceny zostaje zniekształcony. Jak to dobrze, że znika w momencie zejścia z niej. Gdy szóstego października zeszłam ze sceny, odnalazłam się w świecie najcudowniejszym, bo kobiecego ciepła, mocy i wsparcia uczestniczek i uczestników Konferencji Rozbijalnia Szklanych Sufitów VI.

Wspaniałym organizatorkom Konferencji w Oleśnicy i Bibliotece w Długołęce gorąco dziękuję za możliwość opowiedzenia o artystkach walczących o prawo do tworzenia. Jednak przede wszystkim chciałabym podziękować nie za to, że mogłam mówić, ale za to, że mogłam słuchać i poznać historie wspaniałych kobiet, które swych działaniem przywracają wiarę w sens.
Oczywiście bez mężczyzny też by się nie udało. Za pomoc pięknie dziękuję Agencji Zetzet.

Sklep

Sklep papierniczy. Za ladą kobieta po czterdziestce. Ma włosy jasne, cerę lśniącą i uśmiech.
– Wie, pani – zagaduje mnie pakując zielony atrament. – Zastanawiam się, skąd to się bierze, że ciągle zapominam.
– Może stres? – podpowiadam, bo ja też ciągle zapominam i też zastanawiam się dlaczego.
Kobieta porzuca na blacie atrament, unosi dłonie i połączone kładzie na piersi.
– Stres – mówi z zadumą – ale ja nie mam się czym martwić. Praca w sklepie jest spokojna a moje życie… Moje życie jest szczęśliwe. Od lat jest mi tak dobrze, tak spokojnie, tak wygodnie, że… że….
Twarz kobiety rozjaśnia się. Spojrzenie wędruje daleko, poza zeszyty, temperówki i pióra wieczne. Trwa tak przez kilka chwil, po których jej usta zaciskają się, mięśnie twarzy się kurczą. Kobieta spogląda na mnie zdziwiona:
– że… że panicznie się boję. Wie, pani, tyle szczęścia musi się kiedyś skończyć.

Ilustracja: Paul Klee, 1939.

Olej

Żółte krople kapały do zlewu. Olej nie spływał. To znaczy trochę, ale nie za bardzo. Patelnia lśniła od tłustej warstwy i gorący strumień nie potrafił pomóc. Potarłam gąbką wnętrze czarnego koła. Pod okrężnym ruchem zapieniły się krawędzie. Po oleju ślizgała się gąbka. Przycisnęłam mocniej. Jeszcze mocniej, aż wystąpiło tarcie. Zapach oleju wcale nie znikał. Znikała patelnia. W dłoni pozostał mi tylko uchwyt. Bez patelni po co mi uchwyt? Machnęłam gąbką. Trochę zbyt gwałtownie. Z uchwytem wymyłam rękę do samego łokcia. Podniosłam kikut, żeby poprawić na nosie okulary. Zaczęły się zsuwać, podtrzymałam ręką, tą drugą, tą z gąbką. I po okularach. Nosa też już nie ma. Tyle dobrego, że zapach oleju zniknął. Ale z nim wszystko inne. Sama nie wiem. Coś mi się zdaje, że z tym zmywaniem należało poczekać aż obraz wyschnie.

Najbardziej

Że jesteśmy połączeni, to banał. Ale banał, którego jeszcze wczoraj nie rozumiałam. Dopiero, gdy spod buta wyskoczył mi kamień i trafił kobietę w kostkę. Kobieta szła blisko. Kamień był mały. To nic, że nie poczuła. Ja o nim wiedziałam. Tego samego dnia, kilka minut wcześniej odkryłam, że z Placu Bankowego można dojść do Hali Mirowskiej. Naprawdę wcześniej nie wiedziałam. Miasto przecinałam głównymi ulicami bez świadomości istnienia czegoś pomiędzy. Tymczasem wszystko się łączy. Kamień uderza o kamień, ulica przechodzi w ulicę a oddech w oddech.
– Czy pani dobrze się czuje? – zapytałam starszą kobietę obsługującą toaletę na stacji metra. Blada wsparła się o drzwi. Popatrzyła na mnie z wdzięcznością. A wtedy ja też zbladłam. Przed oczami stanęła mi siedemnastowieczna królowa Szwecji, żądna wiedzy Krystyna, która zaprosiła na dwór królewski Kartezjusza. Myśliciel chłodu nie wytrzymał. Zmarł po kilku miesiącach i można właściwie powiedzieć, że ambicja młodej królowej zabiła sławnego filozofa. Zacisnęłam mocniej usta. Skoro boli mnie gardło nie powinnam się wcale odzywać. I nie odezwałam się więcej, tylko uciekłam. Bo jakbym miała wyjaśnić pobladłej kobiecie, że moje dobre intencje są nosicielem złego wirusa? Wszyscy jesteśmy połączeni na różne sposoby, ale najbardziej to chyba przypadkiem.

Jak wszyscy

Wnętrze piekarni jest ciasne. Gdy jest kolejka, wszyscy stoją blisko. Dziś tak stoimy. Duża kobieta na wysokich obcasach. Tuż za nią mężczyzna niższy od niej o te obcasy. Kobieta patrzy na rękę, liczy resztę, ale potem zwraca się do mężczyzny.
– Zamiast pieniędzy mogłabym wziąć pana.
Ich spojrzenia się łączą. Ja stoję blisko. I nagle, w środku ciepłej piekarni, przypominam sobie o wronach. Kilka tygodni temu rozwłóczyły mięso po jednej z ulic Mokotowa. Pewnie zwierzę zabił samochód. Mogły zabić je też same wrony. Potrafią, pomyślałam obserwując z jakim poczuciem siły i władzy rzucają się na mięso. Ta władza przypomniała mi scenę sprzed kilku dni. Trzej kontrolerzy w czarnych kurtkach otoczyli młodego mężczyznę. Ten po polsku mówił słabo. Nie rozumiał, dlaczego został zatrzymany i dlaczego musiał zapłacić sto osiemdziesiąt złotych kary. Panowie tłumaczyli, nie wypuszczając jego rękawa, że bilet mężczyzna skasował o dwie minuty za późno.
– Ale przecież skasował – wtrąciłam się. – O co więc chodzi?
– To nie pani sprawa. Niech pani stąd idzie. – U szyi kontrolera wisiał identyfikator.
– Chciałabym zobaczyć jego numer.
– A ja go pani wcale nie pokażę.
Zostawiłam mężczyznę wśród kontrolerów, którzy obsiedli go na przystanku, jak sępy. Odeszłam. Nie miałam wiele do zrobienia. Prawa natury pokryły się z prawem. Wracałam do domu blisko parku. Szłam i było mi wstyd, że tego niepolskiego chłopaka zostawiłam samego. Zobaczyłam wtedy starszą kobietę. Siwą babcię, która wstała z ławki. Biegła do niej dziewczynka, wnuczka. Musiała przyprowadzić ją mama lub opiekunka. Dziewczynka biegła do babci z rękami wyciągniętymi w jej stronę. Babcia niecierpliwie wystawiała ramiona. Ale dziewczynka nie dobiegła. Ukucnęła kilkanaście metrów przed nią. Wcale nie do babci, tylko do kasztana spieszyła się. Przez dłuższą chwilę babcia nie potrafiła rąk opuścić.
Tymczasem w piekarni kobieta na obcasach i mężczyzna wciąż jeszcze na siebie patrzą. Ona jakby urosła a facet zrobił się jakiś taki niewielki. Pochyla głowę. Usta mu drgają nie w uśmiechu i z zakupionym chlebem przeciska się już do wyjścia. Nie chce patrzeć na ludzi. Dopiero, gdy mija kobietę na końcu kolejki, taką najmniejszą ze wszystkich, zwalnia, przybliża się do niej. Jest wyższy od niej o głowę. Idzie patrząc tylko na nią. Szuka jej spojrzenia. Szuka ratunku, pomocy, potwierdzenia, że wciąż jeszcze ma nad kimś władzę. Ale kobieta na niego nie patrzy. Bo ona też ją lubi. Jak wszyscy.

List do samobójcy

Wolałabym o Tobie nie wiedzieć, wolałabym Cię w tych okolicznościach nie poznać. Ale Ty nie możesz pozostać anonimowy. Pamiętam Cię więc na każdej Twojej stacji. W czwartek na stacji Pole Mokotowskie miałeś lat dziewiętnaście. Na Racławickiej skoczyłeś w niedzielę w sile wieku. Dziesięć minut później przejeżdżałam metrem w przeciwnym kierunku. Widziałam, jak strażacy starają się wydostać spod kół Twoje ciało. W zeszłym roku zginąłeś na stacji Wilanowska. A ja mieszkam przecież tak niedaleko. Wiadomość o Twojej śmierci rozchodzi się gwałtownie z ludzkim niezadowoleniem. Ze zmianą ruchu komunikacji i wyrzekaniem babci, która chce czym prędzej odwieźć wnuczka do córki. Unosi się co piętnaście minut autobusem zastępczym. Ludzie wydają się źli, że im pokrzyżowałeś plany. Nie wierz im jednak. Nikt nie ma do Ciebie pretensji. Tak naprawdę trochę się tylko boimy. Uświadamiasz to, co nieuchronne. W pewnym sensie każdy z nas jest niedoszłym samobójcą. A Ty zmuszasz do ponownego dokonania wyboru. Żałuję, że nikt nie potrafił dodać Ci siły. Żałuję, że nie umiałam pomóc. Myślę o Tobie i pamiętam.

Gdyby nie było kobiet

A ja byłam wczoraj na ostatnim piętrze. Naprawdę. Wyżej nie ma już nic. Trochę więc tak, jakbym była w niebie. Ale też trochę tak, jakbym była w lesie, bo na tarasie rośnie mech. A jeszcze trochę tak, jakbym była na łące, bo obok mchu rosną kwiaty i zioła. Ale nie tylko. Na ostatnim piętrze rośnie wspólnota i ja wczoraj, przez chwilę, razem z tą wspólnotą rosłam.
Dziękuję Spółdzielni Mieszkaniowej „Służew nad Dolinką” za zaproszenie i możliwość poprowadzenia spotkania z seniorami, „Gdyby nie było kobiet. Kobiety w nauce od Hypatii do Marii Skłodowskiej – Curie”. Zaszczyt, radość i przyjemność.
Spotkanie nie odbyłoby się bez pomocy Biblioteki Publicznej Dzielnicy Mokotów i Agencji Zetzet. Za wszystko bardzo dziękuję!

Na zdjęciu: Maria Mitchell, amerykańska astronomka.

Tam, gdzie

Ławki. Betonowe boki i drewniane siedziska. Ani ładne ani brzydkie. Estetyczne. Dwa lata temu założyłam się z Jędrkiem, młodszym synem, że na tych ławkach nikt i nigdy nie usiądzie.
– Nikt? Nie masz racji. Będą na nich siadać. Ja ci to mówię – z przekonaniem tłumaczył dziesięcioletni dziś Jędrek. Nie uwierzyłam. Trzy ławki z budżetu partycypacyjnego zwrócone w stronę jezdni. Od ulicy oddalone o trzy, cztery metry, których część stanowi zasypany psimi kupami łysawy trawnik. A nad tym wszystkim huk silników i spaliny.
– Nie, synku. Zapomnij. To jest niemożliwe.
– Możliwe, mama! Sama zobaczysz!
Żeby sprawdzić, które z nas ma rację, obiecaliśmy sobie, że przez następny rok będziemy wracać ze szkoły drogą obok ławek. Pierwsze miesiące zapowiadały się obiecująco. Padał deszcz, mokre ławki stały puste. Zima także zakończyła się sukcesem. Nawet, gdy było sucho, ławki nie miały wzięcia. Pierwszej wiosny niewiele się zmieniło. Przez następny rok także. Ale potem, powoli, ludzie, jak to ludzie, zaczęli się przyzwyczajać. Najpierw pojawiła się kobieta z ciężką siatką. Sama odpoczywała stojąc, ale torbę z zakupami położyła na drewnianym siedzisku. A potem… A potem to już poleciało. Kilka dni temu widziałam trzy kobiety na jednej ławce. Każda zatopiona we własnym telefonie odwracała się plecami od towarzyszek.
– Mówiłem ci, że tak będzie – uśmiechnął się Jędrek. Wygrał, ale ja wciąż nie mogę pojąć, dlaczego. Ławki stoją w najgorszym możliwym miejscu, które nie jest ani miłe, ani przyjemne, ani zdrowe, ani ładne. Jest zbyt głośne i przepełnione zapachem spalin a z ławek rozciąga się widok na wieczny korek. Symboliczny obraz społeczeństwa. Tam, gdzie stoją ławki, tam ludzie siadają.

Niebieska tektura

– O, kurwa!
Ze snu wyrwało go uderzenie. Podmuch otworzył okno i przeciąg strącił ze szczytu szafy rulon. Czarna tektura ześlizgnęła się po jego twarzy i rozwinęła na podłodze. Leżała jak czarna noc. Ziewał właśnie niepewny wydarzeń, gdy dostał w głowę niebieskim rulonem. Tym razem znacznie delikatniejszym od pierwszego i mającym w sobie świetlistość, która rozwinęła przykrywając ten czarny. Okno zatrzasnęło się. Otworzyło. I zatrzasnęło ponownie. Kubek z wczorajszą herbatą przewrócił się na półkę z książkami i potrącił ogryzek jabłka. Gdy trzeci rulon, o barwie ziemi, kładł się obok dwóch pierwszych, herbata wsiąkała w książki i wymywała z nich słowa. Te skapywały z regału na podłogę i osiadały na trzech kartonach.
– Powinienem posprzątać – westchnął bóg zjadając resztki jabłka. Niebieska tektura wschodziła właśnie za oknem.

Ilustracja przedstawia obraz Paula Klee z 1929 roku.

Kamyk raczej

Niewielki czarny kamyk leżał na ścieżce pod moimi stopami. Nie miał w sobie łagodności. Nie był obły. Powietrze, woda i ziemia nie toczyły go latami. Ktoś go odłamał lub wyciął gwałtownie. Powstał dziwny kamień, kanciasty. Odłamek raczej niż kamień. Nóż raczej niż odłamek o barwie nieprzejrzystej. Nie czerń Malewicza, w którą się zagląda i widzi przestrzeń, otchłanie, wymiary. Raczej barwa zamykająca, kończąca. Choć kształtem kamień świetnie nadawał się do otwierania. Raczej krojenia. Ścisnęłam go aż palce zbielały. Okolice serca nacięłam gwałtownie. Wypadło na chodnik. Odłamek raczej niż serce. Kamień dziwny, kanciasty.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial