Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Nowiny (strona 1 z 37)

Kropka

Na dworze panował chłód a Vader zapomniał płaszcza. Mógłby wrócić, ale wtedy w opowiadaniu byłoby za wiele słów. Nie lubił przesytu. Wielokrotnie złożonych zdań, które rozwijają się i ciągną aż ich sens zanika w oddali. Od tak dawna nikt nie potrafił postawić kropki i zacząć nowego zdania. Vader mylił się i wiedział, że to robi. Po pierwsze dlatego, że stawiali kropki i pisali nowe zdania, chociaż niezupełnie udane. Ich problemem było to, że choć zdania były nowe, rozwijały się i ciągnęły, aż ich sens zanikał w oddali. On łaknął zdań pełnych, ale zamkniętych i krótkich. Każde musi mieć nowe, własne znaczenie, napięcie, dramatyzm. Czuł, że tylko tak można zrozumieć drogę. Tysiąc dróg. Po jednym wykonanym kroku droga zmienia się, bo on się zmienia. Drugim błędem był płaszcz. Już teraz było mu za zimno a dopiero co opuścił mieszkanie i dotarł raptem na podwórko. Co teraz? Znowu rozczarowanie? Czytelnicy czekają na jego dramatyczne wybory, na walkę, cierpienie. Narzucają mu nieprzyjemną konieczność przekraczania granic pomiędzy światłem a cieniem. Chcą strachu, szaleństwa, odwagi i zdrady. Przeglądają się w nim, bo w każdym nowym zdaniu on popełnia za nich ich stare błędy. Co więc napisze dziś w sekretnym pamiętniku? Wyszedłem, ale wróciłem, bo bez płaszcza zmarzła mi szyja? Żeby chociaż ten płaszcz stanowił jakąś mroczną granicę, symboliczną szczelinę przejścia, odrzucenia albo wręcz przeciwnie. Niech opowiada o zgodzie łączącej dzień z nocą. Po plecach Vadera przeszedł dreszcz. Płaszcz jak płaszcz. Zimno. Trzeba po niego wracać. Kropka.

Rodzeństwa w Bielsku Podlaskim

Czy wiecie, jakie piękne jest Podlasie? A wiecie, jacy wspaniali ludzie mieszkają na Podlasiu? Ja wiem i dlatego 9 maja wybieram się do Bielska Podlaskiego, gdzie będę opowiadała o zapomnianych rodzeństwach sławnych Polaków. A wszystko dzięki wspaniałej Iwonie Bieleckiej-Włodzimirow z bielskiej Biblioteki Publicznej, która z tej okazji przygotowała też taki oto fajny plakat. Bardzo cieszę się na to spotkanie. Chodźmy razem do Bielska!

Smutek mamuta w Niszy

Tę oto przepiękną okładkę zaprojektował Ryszard Kajzer, wybitny artysta plastyk. Książka, Smutek mamuta. Prawie wszystkie mity świata. Rozmowy z Jędrkiem, ukaże się lada chwila nakładem wspaniałego Wydawnictwa Nisza. Radość i wzruszenie!

Forsycje

Idę. W szarym mieście spóźnienie ma kolor szary. Jestem spóźniona. Chodnik jest twardy. Miękka podeszwa ściera się jak ołówek. Idę na bosaka. Chodnik jest szorstki. Wciąż jestem spóźniona. Chodnik jest ciepły. Biegnę. Mury nagrzane. Stopy gorące. Dotykam głową ściany. Zdzieram ramieniem tynk. Ile czasu ma przed sobą zapałka? Tam, gdzie spłonie wyrosną krzaki forsycji. W szarym mieście też będą szare.

Autorem litografi „Il Fiume Misterioso” jest Giorgio de Chirico.

Pół człowiek pół pies

Słońce na dobre jeszcze nie wstało. Wydobyło się go dopiero pół, gdy pół człowiek pół pies poczuł, że musi wyprowadzić się na spacer. Wokół było ciemnawo. Palce pół człowieka pół psa chwyciły coś, co przypominało smycz, więc przypięły ją do obroży. Gdy pół pies skoczył naprzód, rozległ się dźwięk i niebo rozdarło się na pół. Pół człowiek usłyszałby trzask kosmicznego splotu, gdyby właśnie wtedy nie wzmogło się szczekanie pół psa. Pół na pół spacerowali więc beztrosko a czarna nić wyszarpywana pół psim pół ludzkim krokiem pogłębiała czarną dziurę. Dopiero, gdy słońce zapadło się a ziemię ogarnął mrok, pół człowiek pół pies przetarł oczy. Kosmiczna nić zerwała się. Szwy puściły. Pół pies przypięty do nici odleciał. Człowieka zostało tylko pół.

5/7/5

Zastygła pięta
na orbicie ziemskiej
achillesowa.

Ilustracja: Rene Magritte, Księżyc, 1930.

haiku w pąku

niepokój sylab
feromony w wazonie
płaszcz bez guzika

Ilustracja: Artur Nacht-Samborski.

Początek

Początek świata wcale nie potrzebuje końca. Wiem to, bo słyszę go za oknem. Jeden z robotników nabiera go z wiadra. Ruchy ma pewne, szybkie, dokładne. Szara maź miękko poddaje się szpachli. Rozkłada się płasko na fasadzie budynku. Ale początek świata nie zawiązuje się tam, gdzie podporządkowanie, lecz tam, gdzie samowolne krople cementu odrywają się w locie. Rzucają się na ziemię, przetaczają po niej i dopiero nabierają kształtów. Każdy z nich jest inny, nowy, nieznany i nienazwany. Nie mogę napisać ani o budowie układu oddechowego ani o narządach rozrodczych, nawet o środowisku występowania. Nieusystematyzowane początki chowają się w krzakach, żeby ewoluować bez końca. A nie mówiłam?

Nowa babcia

Będzie banalnie. Język się zmienia. Wiadomo. Unowocześnia. Nic nowego. Robi fikołki, zawija się w supły, bo zmienia znaczenia. Nowe znaczenie odbiega od starego. Wciąż banał, ale uprzedzałam. A czasem to nowe znaczenie jest sprzeczne. I teraz robi się dopiero ciekawie, bo z tego banalnego wstępu wyłaniają się tak wspaniałe sytuacje językowe jak wczorajsza.
Jechałam autobusem linii pięćset dwadzieścia dwa. Pora wieczorna. Miejsca siedzące zajęte. Tłoku nie ma. Przy mnie siedzi młoda kobieta z dzieckiem na kolanach. Miodowe włosy Jurusia spływają miękko na jasną kurtkę, zaś krótkie nogi chłopca sterczą sztywno w świeżych butach. Mama chwyta dziecko w pasie lewą ręką. Prawą pokazuje mu w telefonie kolorowe, psychodeliczne filmiki. Filmik się urywa. Rozbrzmiewa dźwięk telefonu.
– Koteczku! – Wita się babcia w połączeniu video. Rozmowa trwa dłuższą chwilę. Chłopiec zapatrzony jest w babcię. Jej głos nagle zamiera. Chłopcu ramiona unoszą się w górę w geście protestu.
– Oj, Juruś – tłumaczy mama przysuwając telefon do oczu – babcia nam się zawiesiła.

Przestrzenie

Ludy syberyjskie wierzyły, że szamanem stać się może jedynie człowiek chory. Taki człowiek widzi więcej. Przed takim otwierają się przestrzenie nieznane ludziom zdrowym. W ten sposób właśnie stałam się szamanem. Choroba nie była ciężka, ale wystarczająca. Po niej uświadomiłam sobie istnienie tego, co nieuświadomione, czyli zatok przynosowych. Ich zapalenie skazało mnie na spóźnione odkrywanie anatomii. Zrozumiałam jakież zachwycające bogactwo przestrzeni kryje system kanałów połączonych, których ujściem są dwie skromne dziurki mojego nosa. A skoro już ich istnienie stało się dla mnie jasne, zaczęłam je zwiedzać. Początkowo wchodziłam nieśmiało. Doskwierał mi brak mapy. Starałam się zapamiętywać znaki szczególne. Zadrapania, kępki trawy, przekrzywione w czasie kichnięcia drzewa. Kroki należało stawiać ostrożnie. Podłoże odsłaniało zwodniczą naturę. Raz odsłaniało, a raz bez zwłoki wciągało. Wygrzebywałam się wtedy z nosa z mozołem. Obolała i ściśnięta dawałam sobie kilka dni odpoczynku od poczucia przestrzeni. Potrzeba jej wracała i to z coraz większą mocą. Metro pełne ludzi, przepełnione ulice, sklepy, klaustrofobiczna świadomość kierunku toczenia się świata, ku przepaści, sprawiała, że przestrzenie wewnętrzne wołały głosem, któremu oprzeć się nie byłam w stanie. Wprawdzie widziałam tylko wąskie korytarze, lecz spodziewałam się ich otwarcia. Zabrałam więc do plecaka kilka drobiazgów. Czerwoną włóczkę zawiązałam w supeł u wylotu jaskiń i z kłębkiem zapuściłam się w głąb. Po kilku dniach wspinaczki moje nadzieje spełniły się. Zaglądam w świat niezmierzony. Rozwinęłam cały kłębek, więcej włóczki już nie mam. Zrozumiałam, że wejść oznacza zagubić się, porzucić drogę powrotną. Wchodzę.

Starsze wpisy

© 2019 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial