Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Nowiny (strona 1 z 34)

Drzwi na lewo

W informacji powiedzieli, że do końca świata ostatnie drzwi na lewo. Sala była jasna i czysta. Oświetlenie sztuczne. Okien zarejestrowałam brak. Weszłam do niej pierwsza. W kilkoro czekaliśmy na następnych. W pomieszczeniu mieściło się nas coraz więcej. Czekaliśmy polegując. Relacje się zacieśniały. Mimowolnie ocieraliśmy się o siebie.
– O, przepraszam. Stanąłem pani na nodze?.
– Czy pani wie, że to pani ramię?
– Proszę wybaczyć, bo to akurat było moje kolano.
– Pan mnie łokciem odrobinę w bok, ale nie szkodzi.
– Moje najszczersze uszanowanie, że w pani szczękę.
Gdy stłoczeni staliśmy razem, pojawiła się w ścianie szczelina, droga do nowego świata. Sala opustoszała. Ci, którzy przeszli stali się nieobecni. Szłam przez pustą salę słuchając własnych kroków. Wokół było biało. W bieli wąski otwór. Odnaleźć go i przekroczyć. Ponownie znaleźć się na początku. Tylko co stanie się wtedy z końcem? Czy zdoła się wydarzyć bez świadka?

Sroka

To był bardzo dziwny dzień. Dziwny i tak naprawdę wcale się nie skończył. Nie mam pewności, czy kiedykolwiek się skończy. Ale, po kolei. Zaczęło się od pukania w szybę. Ktoś pukał w okno na tyłach domu. Podeszłam, uchyliłam. Na parapecie stała sroka.
– O, sroka złodziejka – powiedziałam.
– I od razu to napiętnowanie. Od razu schematy. – Sroka pokręciła zniechęcona głową. – Czy ja ci coś osobistego zrobiłam? Okradłam cię? Przecież pukam grzecznie.
Zrobiło mi się wstyd, bo rzeczywiście moje pretensje były nieuzasadnione. Przeprosiłam, zaprosiłam srokę na parapet wewnętrzny. Przyniosłam filiżankę z kawą i mleko w kartonie, na wypadek, gdyby sroka piła kawę z mlekiem. Po kilku neutralnych tematach dotyczących pogody, sytuacji politycznej w kraju i zmian klimatycznych, zapytałam, co srokę sprowadza. Ta zanurzyła dziób w granatowych piórach ogona i wyciągnęła śliczny, błękitny guzik. Tak błękitny jak najjaśniejsze niebo, jak światło, jak świeżość.
– Jakiż on piękny! – Wzruszyłam się i wyciągnęłam rękę. Sroczka cofnęła pazurem guzik w swoją stronę.
– Twój? – zapytała – Szukam właściciela.
Chciałam skłamać, coś świerzbiło mnie, korciło mnie w sprawie guzika.
– Nie mój! – Wykrzyknęłam, bo sroczka z guzikiem w dziobie już była w drodze na gałąź sąsiadującego z moim domem drzewa.
– Daj mi go! – Zawołałam – Zaopiekuję się nim! U mnie będzie bezpieczny!
Sroczka jednak mnie nie słuchała. Jej biały brzuch, granatowe pióra i błękitny guzik odcinały się od zasnutego chmurami nieba. Z każdą chwilą była coraz wyżej. Z każdą coraz dalej. Nie mogłam czekać. Otworzyłam szerzej okno i skoczyłam za sroczką. Z gałęzi na gałąź, przez parkan wspięłam się na dach domu.
– Poczekaj! – krzyczałam i biegłam po wąskiej krawędzi dachu. Padał deszcz, było ślisko. Sroczka unosiła się kilka metrów przede mną. Rzuciłam się na nią. Złapałam za szyję i obie uniosłyśmy się górę. Palcami sprawdzałam jej skrzydła. Szukałam guzika. Był! Ukryła go pod piórami. Wysunęłam go, lecz wtedy sroka obciążona moim ciałem zaczęła spadać. Chwyciłam ją mocniej. Błękitny jak tubka farby guzik wypadł, spadł na ulicę i potoczył się wprost do kałuży. A my obie, bijąc się i szarpiąc, miałyśmy wpaść do wody tuż za nim. Leciałyśmy w dół. Jeszcze kilka sekund. Zacisnęłam oczy bojąc się uderzenia. Uderzenia nie było. Leciałam dalej, opadałam raczej. Uchyliłam powieki. Wokół było niebiesko. Opadałam niebieskimi dłońmi ściskając niebieskie pióra niebieskiej sroczki. Obie wylądowałyśmy na dnie błękitnej krainy. Ponad nami, wysoko na niebie, przeświecały czterema smugami jasnego światła cztery dziurki wycięte w niebieskim niebie guzika. Sroczka spojrzała na nie. Potem spojrzała na mnie. Zatrzepotała skrzydłami, poprawiła je dziobem i wzbiła się do lotu.
– Czy nie tego chciałaś? – zapytała z góry z politowaniem.

Ilustracja przedstawia obraz autorstwa Paula Klee, Blue Bird Pumpkin, 1939, Metropolitan Museum of Art.

Rysunek

Musisz tylko iść trochę wolniej, napisali w instrukcji obsługi. Węgiel musisz wyprowadzić z kąta ostrożnie, prowadzić pod rękę, żeby się nie przewrócił ciągnięty wielokrotnie. Niech się skruszy, ociera, osypuje śladem, uciskiem, dotykiem, obecnością, która zadrapuje kształt. Ona węgiel ciągnie powoli, wielokrotnie, od góry do dołu, lekko w bok, mocniej, a teraz delikatniej, krótką kreską, linią, rozrywając, kalecząc, określając głębokość spojrzenia, czasu, przestrzeni nieistniejącej po bezkres ograniczony palcem w oku. Obie przestrzenie związane są obecnością podwójną, liniami papilarnymi węgla w martwej źrenicy. Teraz już możesz uchylić kapelusz.

Oczekiwanie

Oczekiwanie stoi na podwórku i rozgląda się niepewnie, choć jest jasno. Nie wie, czy będzie Oczekiwaniem spełnionym, niespełnionym czy zawiedzionym. Drapie się butem po łydce nogi, która wrosła w asfalt. Wrosła, bo Oczekiwanie jej na to pozwoliło. Teraz nie pozwala. Podnosi stopę. Wyrywa świeże pędy z chodnika i osypuje grudki ziemi. Do przejścia ma kilkanaście metrów. Mieszkanie jest tuż. Ponad podwórkiem rozciągnięte są ciężkie konary. Zrywają się z nich wrony i w locie wyrywają włosom Oczekiwania zielone pąki. Odrzucone na trawnik już nie zakwitną. Oczekiwanie dotarło. Chwyta za klamkę, ale kolce na dłoni nie pozwalają uruchomić drzwi. Oczekiwanie czuje się spełnione. Nabrało pewności.

Trzecie wydanie!

Trzy radości w jednej wiadomości! Już za kilka tygodni ukaże się moja pierwsza książka, „Historia sztuki dla dzieci i rodziców. Rozmowy z Kajtkiem”, ale ukaże się po raz trzeci! Wydawnictwo Bukowy Las wznawia książkę z nową okładką, co jest radością drugą. A trzecia radość kryje się w ostatniej linijce biogramu. Jest nią książka „Smutek mamuta. Prawie wszystkie mity świata”, bo ona ukaże się niebawem w kochanym Wydawnictwie Nisza.

Różowy śnieg

Plac był szary. Tylko mewy jaśniały na tle brudnawych budynków. Okna pozostawały niewidoczne dla przechodniów w dole. Przez chwilę myślałam, że na chodnik pada różowy śnieg, ale były to tylko mewie łapki opadające z góry. Ptaki znikały w kałużach, wynurzały się z rybą w dziobie i przysiadały przy szarych kawiarnianych stolikach. Ryba na talerzu była gorąca. Trzeba było podmuchać, żeby nie poparzyć dzioba. Poczułam głód, więc z torby wyciągnęłam wędkę. Chłód chodnika doskwierał, bo nie zabrałam z domu wędkarskiego stołeczka. Szczęśliwie czekać nie trzeba było długo. Żyłka napięła się. Chwilowy opór kołowrotka zelżał i ponad taflą wody ukazała się nie ryba, lecz mewa. Rozwinęła skrzydła, jedną nóżkę, różową, podkuliła, lecz druga w skórzanym bucie wciąż ciążyła ku wodzie.
– Zablokowała mi się o konar sznurówka – westchnęła – ten but mnie kiedyś wykończy.
Oparła się o mnie, żeby nie stracić równowagi i uniosła nad chodnik spływającą wodą nogę:
– Zawiążesz?
Zawiązałam i mewa w jednym bucie odleciała. Na brzegu kałuży została dla mnie ryba. Siadłam więc przy stoliku zamyślona nad pełnym talerzem. Założyłam nogę na nogę i z różowej błony pomiędzy palcami wydłubałam tłustego robaka. Będzie na deser.

Sok

Kobieta patrzyła na brata zdziwiona. W dłoni trzymał ogryzek. Jeszcze jadł i pestki zmieszane z kroplami spadały mu na pierś. Jabłko było słodkie i miękkie. Sok spływał na ogorzałą skórę mężczyzny. Zapach dźwięczał. Takiego jabłka się nie zapomina.
– Jeszcze będą o nim pisać baśnie – powiedziała nie odrywając spojrzenia od piersi brata.
– O kim? – mężczyzna nie zrozumiał.
Nie zamierzała tłumaczyć. Palcem starła sok z jego torsu a potem wylizała. I palce, i tors.
– Co robisz?
Sad znajdował się za wzniesieniem. Nikt nie mógł ich widzieć. Zresztą nikogo w pobliżu nie było. I jakoś tak się zdarzyło, że jej palce szukały soku coraz niżej i coraz głębiej.
– Słuchaj – westchnął krótko, ale nie skończył zdania. Chciał coś powiedzieć o ojcu. Rozmyślił się.
Ojciec powinien spać, jak zwykle po południu. Tego jednak dnia nie mógł zasnąć, poczuł się samotny i opuszczony. W poszukiwaniu dzieci przeszedł przez niewielkie, zarośnięte lasem wzgórze, gdzie znalazł siostrę pijącą soki brata. Gdy o zachodzie słońca dzieci stanęły przed rodzinnym domem, drzwi wejściowe były już dla nich zamknięte. Ojciec podkręcił telewizor, żeby nie słyszeć ich wołania.
– Zostaliśmy sierotami. – Powiedział mężczyzna. Siedzieli w szałasie zbudowanym z patyków i opierali się o siebie plecami.
– Ja będę dbał o ciebie. A czy ty będziesz troszczyła się o mnie tak, jak on się troszczył? – zapytał.
– Słuchaj, Adam – Ewa wydłubywała kijkiem dziurę w ziemi – Między nami nic nie będzie. Ja po prostu bardzo lubię jabłka.

Ilustracja: Studium jabłka, Paul Cezanne.

Gwóźdź

Ja to mam sens, pomyślał sobie pewnego dnia gwóźdź na parapecie. Niebo było białe, wiatr wiał lekki a na ścianie ołówkiem krzyżowały się dwie linie w punkcie przeznaczenia. Gwóźdź czuł się gwoździem. Pogodzony wsłuchiwał się w stukanie młotka. W warsztacie stolarza powstawały piękne meble. On jednak wiedział, że nie stanie się ich częścią. Nie połączy drewna z drewnem. Z desek nie powstanie dach. Dach nie będzie chronił głowy. Głowa nie zbuduje iluzji bezpieczeństwa i nie będzie się czuła szczęśliwa. Będzie, ale nie za jego sprawą, nie za sprawą tego gwoździa, ale innego. Ten gwóźdź wiedział, że jego losem będzie tkwić w ścianie i unosić ciężar. Ciężar odpowiedzialności. Bez niego obraz nie zyskałby odpowiedniej wysokości. Nie dorósłby do oczu patrzącego a zatem bez niego, gwoździa, sztuki by nie było. Jestem gwoździem z sensem.
Wtem zawiał wiatr, przeciąg chwycił okiennicę, okiennica popchnęła książkę, książka się potknęła i przewróciła na gwóźdź, który stoczył się z parapetu prosto do ogródka. Zrobił w powietrzu kilka fikołków i wbił się ostrzem w ziemię. I nagle przestał być gwoździem.

Zapomniane rodzeństwa w RMF Classic

W poniedziałek, 7 stycznia, o godzinie 14.00, na antenie RMF Classic rozmawiałam z panią Małgorzatą Bugaj. I znowu opowiedziałam coś o książce „W cieniu sławy. Zapomniane rodzeństwa sławnych Polaków”, która ukazała się niespełna dwa miesiące temu w Wydawnictwie Muza. Za zaproszenie do audycji bardzo serdecznie dziękuję!

List

Śpię, gdy piszę list do ciebie. Piszę go stojąc po kostki w wodzie. Budynek ślizga się na mokrym piasku. Drewniane ściany rozrywa tsunami. Piszę na rozpadających się schodach. Stopnie nie trzymają stóp. Winda buja się na linach. Piszę spadającą windą. Ty nie musisz wychodzić. Zostawiam ci list na stoliku przed drzwiami. Przeczytasz, gdy zaśniesz.

Starsze wpisy

© 2019 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial