Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Duchy Singapuru (strona 1 z 3)

Duchy Singapuru w Dzień Dobry TVN

O książce „Duchy Singapuru” i o ciekawości, która pokonuje uprzedzenia, mówiłam w Dzień Dobry TVN, któremu serdecznie dziękuję za zaproszenie:

Obejrzeć można tutaj: Dzień Dobry TVN

Duchy Singapuru w Pięciu Smakach

Wielka radość, bo w dniach 12 – 20 listopada, książkę „Duchy Singapuru” można kupić na Festiwalu Filmowym Pięć Smaków. Przegląd kina z Azji Wschodniej, Południowo-Wschodniej i Południowej odbywa się już po raz dziewiąty. W Warszawie i we Wrocławiu prezentowane jest ambitne kino azjatyckie, zarówno filmy premierowe, jak i obrazy klasyczne. Prócz projekcji filmowych festiwalowi towarzyszą wykłady z cyklu Akademia Azjatycka, spotkania z twórcami filmów, debata poświęcona sytuacji uchodźców w Polsce, koncerty, impreza DJ-ska w rytmach azjatyckiego rock’n’rolla. Można także kupić książki: „Wymiary kultury w twórczości Akiry Kurosawy” Joanny Zaremby-Penk i Marcina Lisieckiego, „Autorzy kina azjatyckiego. Tom II” pod redakcją Agnieszki Kamrowskiej, „Sześć widoków na kinematografię japońską” Dawida Głowni. I „Duchy Singapuru”. Dziękuję!

Zdjęcie pochodzi ze strony Festiwalu Filmowego Pięć Smaków.

Miłe słowa o „Duchach…”

Na blogu moznaprzeczytać.pl pojawiła się bardzo piękna recenzja „Duchów Singapuru”. Jej fragment poniżej:

„(…)Duchy Singapuru” Ewy Jałochowskiej to wyjątkowa, przepiękna i wartościowa opowieść. Mimo poruszenia niełatwej i kontrowersyjnej w naszym kraju tematyki, autorka zrealizowała swój oryginalny pomysł z lekkością, wdziękiem i elegancją. Było to nie lada wyzwanie, któremu bez wątpienia sprostała. Warto też wspomnieć o formie przekazu – lekkim stylu, ciepłym i dowcipnym oraz o doskonałej polszczyźnie. Do lektury „Duchów Singapuru” zachęcam i dzieci, i młodzież, i młodych (duchem, umysłem) dorosłych – ci pierwsi mogą odnaleźć w niej odpowiedzi na wiele nurtujących i pytań, a ci ostatni – na nowo odkryć w sobie dziecko. Jej lekturę (najlepiej – wspólną) szczególnie polecam rodzinom wielokulturowym i wielowyznaniowym; tym, które szukają swojego miejsca za granicą i tym, które zmagają się z problemem choroby, starości i śmierci. Jestem przekonana, że posiada ona terapeutyczną moc, pozwalającą zrozumieć sens trudnych życiowych doświadczeń i pogodzić się z nimi.(…)”

Ho ho! Serdecznie dziękuję za miłe słowa!

Koralikiem w mrok

– Co takiego zgubiła nowoczesność? Co takiego kryje się w tradycji? Brud? Bieda? Choroby? Do nich tak tęsknisz? – spytał. – Nowoczesność to także lekarstwa, szczepionki, szpitale dla wszystkich…
– Daj spokój! Dobrze wiesz, co mam na myśli! – krzyknęła Yin i rzuciła w Yanga jednym z kapci leżących tuż pod jej ręką. Yang uchylił się i kapeć poleciał dalej. Poleciał… dosłownie poleciał, bo zamienił się w mały żółty samolocik, który krążył przez chwilę nad głowami dzieci, a gdy powrócił nad stół, wylądował i zamienił się w stary wyszywany koralikami kapeć. Yin wzięła go do ręki i obejrzała dokładnie. Czarne i białe koraliki ułożone były w kształt róży, zielone w łodygę, a żółte wypełniały przestrzeń dookoła. But był wesoły i smutny zarazem, jasny kolor jarzył się radośnie, a czarny dodawał kapciowi powagi. Yin zerknęła na Kaja i, zanim chłopiec zdążył mrugnąć okiem, żółty kapeć poszybował w jego stronę. W locie zamienił się w samolot, doleciał do ucha chłopca, bzyknął, okrążył głowę Kaja i powrócił do Yin. Przez kolejne minuty dzieci bawiły się wspólnie, podskakując, ganiając i łapiąc latający kapciosamolot. Yin nagle podbiegła do brata i pocałowała go w policzek. – Widzisz? Właśnie o tym mówiłam. Kiedyś ludzie żyli razem, wspólnie. Mieszkali razem, pomagali sobie, dzieci bawiły się wspólnie, dzisiaj jest inaczej, jesteśmy sobie obcy…
– Inaczej nie znaczy gorzej – Yang nie dawał za wygraną. – Nie przekonasz mnie, że życie w biedzie było lepsze…
– Czegoś nie rozumiem – przerwał Kaj. – Dlaczego ciągle mówicie o biedzie. Nie rozumiem po prostu skąd tu wzięła się bieda, skoro na wyspę w 1819 roku przypłynęli Brytyjczycy, skoro otworzyli port, skoro do portu przypływali kupcy i skoro Singapur stał się dzięki nim bogatym, kupieckim miastem. Tego wciąż nie rozumiem – stwierdził. – Jaka bieda?
W odpowiedzi Yang klasnął w dłonie i koraliki leżące grubą warstwą na podłodze zaczęły falować jak morze. Spod nóg Yanga wypływały koralikowe okręty, wielkie, piękne, wielomasztowe, z jasnymi żaglami. Pierwszy, drugi, trzeci. Każdy z nich miał zawieszoną na czubku masztu flagę brytyjską i przez wydłużony dziób każdy kształtem przypominał delfina. Raptem żaglowce zakołysały się na boki i z morza wychynęła ławica chińskich łódek. Były mniejsze od żaglowców, ale było ich dużo. Fale wzmagały się i część łódek pod nimi znikała. Niektóre wynurzały się i płynęły dalej, niektóre pozostawały na dnie. Wreszcie Yang klasnął w dłonie i znikły wszystkie. I duże, i małe rozpłynęły się w morzu koralików, przykryte koralikową falą.
– Gdy przypłynęli Brytyjczycy, bogaci byli ci, którzy przypłynęli z nimi i z nimi robili interesy. Oni rządzili wyspą, dbali więc najbardziej o siebie i o swoje miasto. Na tych, którzy mieszkali w wioskach poza miastem, na tych białym nie zależało. A w wioskach mieszkali Chińczycy, Malajowie, Hindusi i Euroazjaci. Żyli zgodnie i biednie. Chcieli decydować o swoim losie i sami sobą rządzić, dlatego jakiś czas po drugiej wojnie światowej Brytyjczycy musieli opuścić wyspę i oddać ją wszystkim mieszkańcom. Nowoczesność dotarła do biednych wiosek, a ich mieszkańcy uzyskali dostęp do prądu i wody. A potem stare chałupy zniszczono i zamiast nich postawiono bloki, w których mieściło się więcej ludzi. Dla tych ludzi lepsza była nowoczesność. Nie przekonasz mnie, że życie w biedzie było lepsze… – powtórzył Yang po raz kolejny.
– Nie chcę cię przekonywać, że było lepsze… – Yin usiadła za bratem i oparła się o niego plecami – ale że było bardziej wolne. Jedzenie można było zbierać z ziemi, owoce, zioła były niczyje, a więc i moje. Dzisiaj nic nie jest moje, dopóki za to nie zapłacę. Wszystko zalane jest betonem, w dole i w górze, bo wieżowce zasłaniają niebo. Ludzie gnieżdżą się w nich jak mrówki w mrowisku, ledwo się słyszą w tym zgiełku. I gdzie się podziały lasy? Im więcej tej nowoczesności, tym mniej lasów – powiedziała a gdy klasnęła w dłonie, z zasypanej koralikami podłogi podniosło się miasto, wysokie pod sam sufit. Wieżowce powstały z niebieskich i czarnych kulek, podczas gdy kolorowe kulki krążyły u ich podnóża jak tłum sunący ulicami. Gdy Yin klasnęła w ręce po raz drugi, czarno-błękitne wieżowce rozsypały się i opadły, ale tylko na chwilę, bo zaraz podniosły się znowu, zaczęły wirować wokół siebie i ułożyły się w piękny las z rozłożystymi koronami drzew. Kaj był zachwycony. Obserwował jak z podłogi wyrastają krzywe palmy, jak koraliki wskakują jeden na drugi, tworząc kształty deszczowych drzew, ulubionych drzew Kaja w Singapurze. Korony różniły się jak chmury i, chociaż Kaj wiedział, że liście są jedynie koralikowym złudzeniem, w tej jednej chwili prawie uwierzył, iż są prawdziwe.
– Ja kocham las! – wytłumaczyła Yin, a z pierwszym jej słowem koraliki rozpadły się i zamiast lasu u stóp dzieci znowu rozpościerała się jedynie pustynia. – Chcę w nim mieszkać, spacerować po nim, słuchać go. Gdy słucham lasu, słucham także siebie i mogę słuchać ciebie. Dlatego wybrałam dom na wyspie Ubin, a ty… – łokciem trąciła brata – a ty możesz mieszkać w mieście, nawet na ostatnim piętrze najwyższego wieżowca przy najgłośniejszej ulicy głównej dzielnicy wielkiego azjatyckiego miasta, tylko już zostaw moje biedne koraliki w spokoju! Przestań rozwiewać je po lesie. Każdy koralik jest ważny, każdy. Muszę o nie dbać, żeby się w tej nowoczesności nie pogubiły.

Fragment powieści dla dzieci i młodzieży, Duchy Singapuru.

Zamzam

Obudziły go dwie krople na nosie. Nie była to jednak woda, za którą Kaj tęsknił, tylko łzy. Dwie kolejne, gotowe do lotu czekały na czarnych rzęsach dzieci. Zmartwione twarze Yin i Yanga wisiały tuż nad Kajem.
– On żyje. – Yin wstała z kolan, wytarła łzy i nos rękawem. Kaj uśmiechnął się w duchu, widząc płaczącą dziewczynkę. Ale zaraz spochmurniał, patrząc na sukienkę i chustę zawiniętą wokół jej głowy. Przypomniał sobie o owcach i całej tej historii ciągnącej się za dywanem jak nitka za starym swetrem.
– Co to za miejsce? – spytał, wstając. Nie pamiętał, co się wydarzyło wcześniej, ani jak wyszli z tajfunu. Pamiętał tylko, że zabrakło mu tchu.
– Jesteśmy w Mekce. – Yang także wstał. „Nieduży jak siostra”, przemknęło Kajowi przez głowę. „Nie kłócą się. Po raz pierwszy widzę ich razem w zgodzie”. Kaj stanął koło dzieci. Czuł się przy rodzeństwie wysoki i stary, bo górował nad nimi, wyższy o dwie głowy. Ale i bardzo młody, w porównaniu z nimi nawet niedojrzały. Yang mówił dalej:
– Nad nami jest Kaaba, świątynia Adama i Abrahama z Czarnym Kamieniem. – Pokazał sufit szerokiej sali.– Nad nami? – spytał Kaj zdziwiony. – Stoimy pod nimi? 
– Niedokładnie, dwadzieścia metrów dalej. Nie mógłbyś przybyć tu w miesiącu zul-hidżdżah, gdy trwa wielka pielgrzymka do świętego miejsca, którą kończy Święto Ofiarowania. Wtedy są tu tłumy!
– A, właśnie! – wykrzyknął Kaj, wystawiając palec. Słysząc o ofiarach, przypomniał sobie własne oburzenie.
– Święto Ofiarowania! – krzyknął i rozejrzał się po sali, słysząc echo. Niewiele w niej było prócz metalowej barierki zdobionej wzorami, które Kajowi coś przypominały, ale nie miał czasu zastanowić się, z czym mu się kojarzą.
– Wiele już rozumiem z waszej religii, jest jeden Bóg i jego prorok, którego słowa są dla was święte. – Kaj starał się mówić powoli, chociaż słowa nie chciały na niego czekać. Musiał siłą zmuszać je, żeby wyskakiwały wolniej.
– Rozumiem, że w waszym islamie jest wiele dobrego. – Chłopiec westchnął. – Jest miłość, jest pokój i jest potrzeba wspólnoty. Chociaż są też tacy, którzy uważają, że miłość islamu jest głęboko ukryta pod warstwą tradycji, która ją zmieniła i którą terroryści wykorzystują…
– Ale terroryści nie mówią językiem islamu, tylko udają – bronił się Yang.
– Właśnie! – znowu krzyknął Kaj. – Posłusznie was słuchałem, wyrzuciłem z głowy myśl o terrorystach jako tych złych, co nie słuchają lub nie rozumieją mądrych słów proroka, ale o owcach, o rytualnym uboju zwierząt nie mogę zapomnieć. Po prostu nie mogę. Nie mogę zapomnieć i nie mogę zrozumieć!
Kaj cały płonął. Trząsł się z rozżalenia. Zapomniał, że chciał zobaczyć Mekkę, zapomniał o wszystkim dobrym, czego się dowiedział i co spotkało go tej nocy. O dozorcy-sułtanie z magicznego lustra, o dywanie, który unosił go nad światem. Opuścił głowę. Wiedział, że nadchodzi, że wraca. Poczuł uprzedzenie, z którym znowu przegrywał. Nawet sukienka Yin przestała być ładna, a chusta na głowie dziewczynki stała się w tej chwili po prostu brzydka, chociaż wcześniej Kaj się nią zachwycał. Czekał, aż Yang coś powie. Wiedział, że tak będzie, bo chłopiec spojrzał na niego, uniósł brodę i popatrzył gdzieś daleko, jakby szukał myśli, jakby musiał ją gonić i sprowadzić na miejsce. „A może jego myśl jest nieposłuszna i wcale nie chce tu przybyć. Może jest rozbrykana jak dziki koń? Opiera się, walczy?”, zastanawiał się Kaj, obserwując chłopca. Wreszcie Yang znalazł to, czego szukał, i powiedział:
– Posłuszeństwo. O nim dziś mówiłeś, o posłuszeństwie. Jeśli w islamie składamy ofiarę w czasie Hari Raya Haji, nie robimy tego z nienawiści do zwierząt, ale po to, żeby okazać Allahowi, że jesteśmy mu posłuszni w każdym, nawet trudnym momencie wymagającym ofiary, ponieważ ufamy mu bezgranicznie. Nawet jeśli każe nam, jak kazał Abrahamowi, złożyć syna w ofierze, syna Izmaela…
– A nie Izaaka? – spytał Kaj, bo wiedział z Biblii, że Abraham miał złożyć w ofierze syna Izaaka, ale dłoń Boga go powstrzymała w ostatnim momencie.
– W naszej tradycji Abraham miał złożyć w ofierze syna Izmaela – powiedział spokojnie Yang.
– Przecież imię niewiele zmienia. Liczy się akt posłuszeństwa, zaufania i zawierzenia woli Allaha – dodała Yin.
– Nie chcemy nikogo skrzywdzić – kontynuował Yang. – Owce nie giną na marne, mięso dostają biedni. Przecież ty sam także jesz mięso, nie jesz samych warzyw.
Kaj nie odpowiedział. Znowu mieli rację, przecież jadł mięso zwierząt. Nie mógł z tym dyskutować. Czuł, że się nie zgadza na wszelkie zabijanie, ale jedząc kotlety, sam w nim bierze udział. Westchnął ciężko.Yin dotknęła jego ręki.
– Nam też nie jest łatwo, jest nam przykro, jak tobie, ale musimy być posłuszni, musimy zaufać woli Allaha, tak jak zaufała jej Hagar, służąca Abrahama, którą prorok Abraham wywiózł na pustynię z małym Izmaelem i zostawił samą – przemawiała Yin językiem dorosłych. „Jak  mówca lub jak ksiądz”, pomyślał Kaj. A dziewczynka mówiła dalej: – Nieszczęsna matka nie miała wody, by dać ją synowi. Siedem razy biegała od wzgórza do wzgórza, szukając źródła, gdy nagle anioł je przed nią odsłonił…
Kaj, który stał do tej pory na własnych nogach, usiadł na myśl o wodzie. Nie miał już siły. Siedział na dywanie ze zwieszoną głową i szukał w ustach śliny. Płakałby, gdyby miał czym, ale nie miał. Wysechł jak piasek pod nogami Hagar. Jak bardzo jej teraz zazdrościł, bo jej anioł pokazał wodę, ale on, Kaj, przecież nie wierzy w anioły. Kto pomoże jemu? Nie chciał się wcale kłócić z Yin i Yangiem, bo rozumiał dzieci. Zrozumiał, że w Święto Ofiarowania wierni są poddawani próbie, za każdym razem, każdego roku muszą wybrać i pokazać sobie, że są posłuszni Allahowi. Kaj zakrył twarz i skulił się na dywanie. Szeptał, że bardzo chce mu się pić, że już nie może, nie pił od ta dawna. Dłoń Yanga złapała Kaja i pociągnęła do góry.
– Chodź, zobacz! Oto studnia Hagar! Przecież Yin o niej właśnie ci mówiła! Studnia Zamzam! Jest tutaj w Mekce!Kaj stanął przed metalową barierką, zdobioną wygiętymi prętami, która coś mu przypomniała. „Wiem! Pierścionek mamy miał podobny wzór”, pomyślał chłopiec, a potem obszedł dookoła barierkę, starając się zajrzeć w głęboką czarną dziurę.
– Studnia! Woda! – powiedział szczęśliwy i zobaczył Yin, która wyciąga do niego butelkę pełną wody. Uśmiechnął się, bo dziewczynka promieniała.
– Myślałeś, że nie znamy opowieści o psie, którego trzeba napoić? – spytała. – Nieważne kim jesteś, pij. Woda ze studni Zamzam jest dla wszystkich. To jedno najbardziej chciałam ci powiedzieć. – Yin podała Kajowi butelkę. W tej samej chwili, w której palce chłopca chwyciły ją, wysoko ponad nimi zabrzmiał silny głos.
– Muezin wzywa do modlitwy – szepnęła Yin, słuchając śpiewu mężczyzny. – Świt się zbliża.
Kaj zamoczył usta i spojrzał na wyjście, w którym pojawił się pierwszy promień słońca. I nie wiedział, czy stało się to od tej kropli wody, czy to wschód słońca sprawił, że nagle wszystko wokół zawirowało. „Nie zobaczyłem jeszcze nawet Kaaby”, starał się krzyczeć Kaj, ale nikt go nie słyszał. Ostatnim wirującym spojrzeniem zobaczył jeszcze kręcącą się wokół jego głowy salę, dwójkę dzieci, Yin i Yanga. Poczuł, że znowu coś go wsysa, nie butelka i nie światło. „Chyba wciąga mnie studnia”, pomyślał, a jego myśli dudniły echem w czarnej dziurze… I już po chwili zamiast na dywanie w Mekce siedział w swoim łóżku, słuchając śpiewu muezina tuż przed wschodem słońca. W prawej ręce wciąż trzymał butelkę pełną wody, z której w niezwykły sposób nic nie ubyło, ani kropla nie rozlała się w czasie drogi. Kaj westchnął z ulgą, napił się porządnie i zasnął.

Fragment książki dla dzieci i młodzieży, Duchy Singapuru

Biały słoń

– Ciemno – szepnął chłopiec.
– Bo się boisz – powiedziała dziewczynka. – To przecież twoje wnętrze. Przestań się bać, a w środku zrobi się jaśniej.
Kaj przymknął oczy i uspokoił oddech. Westchnął, odetchnął i uśmiechnął się na myśl o dziadku, któremu kiedyś to wszystko opowie. Zadziałało. Ciemności rozproszyły się. Stali teraz w ciasnym korytarzu, na krętych, stromych schodach oświetlonych blaskiem zatkniętej wysoko pochodni. Yin dotknęła i przeciągnęła palcem po czerwonej, zimnej ścianie z cegły i popatrzyła pytająco na Kaja.
– Nie wiesz, gdzie jesteśmy? – Chłopiec mrugnął wesoło. – Oczywiście, że nie wiesz, bo wnętrze jest moje, a boginki drzew rzadko kiedy bywają w krzyżackich, średniowiecznych zamkach – powiedział Kaj, a widząc wciąż pytający wzrok Yin, dodał: – Krzyżacy byli rycerzami.
– W górę, czy w dół? – spytała Yin, wciągając zapach wilgotnej starej budowli i bezzwłocznie starając się jak najdokładniej zetrzeć go wierzchem dłoni z powierzchni nosa. Wyglądała na zagubioną w ciasnych murach tak odległych jej tradycji. Za to Kaj był szczęśliwy. Kochał rycerskie historie i wcale się nie zdziwił, że do jego wnętrza prowadzi zamkowy korytarz. Zaczęli wspinać się po stromych schodach. Kaj stawiał kroki zamaszyste, męskie, mocno przyklejając powierzchnię trampka do każdego schodka. Czuł się pewnie, podczas gdy Yin skakała drobnymi stópkami w czerwonych sandałkach,ledwo dotykając stopni, zapatrzona w podrygujące nogi, z uniesionymi rękami i zaciśniętymi pięściami.

– Kim był ten Budda? – spytał zadyszany Kaj.
– Najpierw był chłopcem, jak ty – odpowiedziała Yin cienkim głosem. Mówiąc to, nie odrywała wzroku od swoich czerwonych butów tupiących po schodach. – Był synem króla i królowej. Podobno tuż przed jego poczęciem mamie, królowej Mai, przyśnił się biały słoń z sześcioma kłami…
– Z sześcioma kłami? Niesamowite! – krzyknął Kaj.
I w chwili gdy wykrzyknik kończący słowo „niesamowite” wydobył się na zewnątrz z ust chłopca, maszerujący w półciemnym korytarzu Yin i Kaj uderzyli głową w coś, co niespodziewanie zatkało im przejście. Biały, miękki, gigantycznych rozmiarów kształt przypominający balon wypełnił przestrzeń pomiędzy cegłami, nie pozostawiając najmniejszej szpary dla dzieci. „Tryyyt”, rozległ się głos tak donośny, że i Kaj, i Yin skulili się na ziemi i zatkali uszy. Zaraz też zobaczyli, że biała kula, która z trudem przeciska się przez wąski korytarz, trąc i skrzypiąc skórą o cegły, ma szerokie uszy i długą trąbę.
– Słoń. – Yin z wyrzutem dźgnęła łokciem kucającego tuż obok niej chłopca. – Słoń! Zabierz go stąd! A jak ci powiem o ziejącym ogniem smoku, też go sobie wy… – Yin nie dokończyła zdania, gdy okrągła słoniowa piłka zatykająca przejście znikła w paszczy papierowego smoka o czarnych i pomarańczowych zygzakach namalowanych na grzbiecie.
Kaj nie mógł wyobrazić sobie innego smoka niż ten, który tańczył w świątyni buddyjskiej podczas tańca smoka i który utkwił mu w pamięci. Yin krzyknęła przestraszona, ukryła głowę w ramionach i wtuliła się w Kaja, który widząc, że smok pożera białego słonia z sześcioma kłami z legendy o Buddzie, delikatnie odsunął dziewczynkę i rzucił się do jednego z sześciu drągów, którymi zwykle w czasie tańca operowali tancerze, a który doczepiony do papierowego cielska smoka zwisał z niego nisko. Kaj uniósł kij w górę tak wysoko, jak tylko był w stanie, żeby grzbiet zwierza dosięgnął pochodni zatkniętej na murze. Chłopiec wspinał się na czubki palców, wyciągał do góry i podskakiwał, dzięki czemu po chwili smok płonął już jak zapałka, a z kolei Kaj zeskakiwał po kilka stopni w dół, prowadząc przed sobą i ochraniając ramieniem przed ogniem dziewczynkę w koszulce w żółto-czerwone paski. Nie musieli zbiegać daleko, smok spłonął i korytarz wypełniły czarne płatki, jak śnieg zasypujące stopnie. Kaj wziął przestraszoną Yin za rękę, pogłaskał po głowie i popatrzył jej w oczy.
– Od tej pory będę bardziej kontrolował swoje wnętrze.
Ledwie skończył mówić, gdy usłyszeli brzęk stali i na ścianie zobaczyli cień. Zza kamiennego zakrętu wynurzył się średniowieczny rycerz ciężkiej jazdy konnej, w masywnej zbroi i w łopoczącym białym płaszczu. Każdy krok błyszczącej blachy odbijał się echem w korytarzu. Rycerz przeszedł koło nich, uniósł metalowe ramię i zawołał: „Ave, Caesar, morituri te salutant”. Po czym zszedł niżej i znikł w czeluściach czarnej, wąskiej wieży.
– Co on powiedział? – spytała Yin.
– „Witaj, Cezarze, idący na śmierć pozdrawiają cię” – odpowiedział Kaj i zarumienił się po same uszy, czego jednak Yin nie mogła zobaczyć w gorącym świetle pochodni. – To pozdrowienie ze starożytnego Rzymu – wyszeptał zawstydzony. – Gladiatorzy przed walką witali nim cezara, władcę imperium. Przepraszam, trochę pomieszały mi się tradycje.

Fragment książki dla dzieci i młodzieży, Duchy Singapuru.

Lustro

Chłopiec przekroczył próg. Wokół niego stały podniszczone stoły, jednonogie krzesła, przetarte dywany, pęknięte miski i wazony, czyli wszystkie te chore sprzęty, które wymagają leczenia. Na ścianie, po lewej stronie od wejścia, wisiało lustro. Ramę miało złotą, zdobioną, ale środek ramy wypełniały cętki.
– Nie mogliśmy powiesić w muzeum tak zniszczonego przedmiotu – powiedział staruszek. – A szkoda, bo przedmiot ten należał do samego sułtana. Dziwne to lustro, bo nic nie pokazuje. Podobno jest zaczarowane i jedynie sułtan we własnej osobie zobaczy w nim swoje odbicie.
Kaj podszedł do złotej ramy i stanął na palcach.
– Ja nic nie widzę – powiedział zmartwiony. – Lustro jest martwe.
Już chciał odejść, gdy dozorca stanął tuż przy nim, uśmiechając się serdecznie. „Ma miłą twarz i dobre serce”, pomyślał chłopiec, patrząc na staruszka. „Ciekawe, jak bardzo jest stary. Wygląda, jakby nie miał wieku”. Staruszek poprawił czapkę, a potem roześmiał się.
– Nie jesteś widać sułtanem, założycielem Malakki – powiedział, poklepując chłopca po plecach. – A skoro nim nie jesteś, nie możesz zobaczyć się w lustrze. Ciekawe, czy ja zdołam się w nim przejrzeć. Ciekawe… – Mężczyzna podszedł bliżej ściany, zaglądając w lustro jak w okno. Kaj wciąż stał obok. Na chwilę jednak zwiesił głowę. W ręku trzymał wciąż pustą butelkę i właśnie przypomniał sobie, jak bardzo chce mu się pić. Dozorca zapomniał nalać mu wody. „Obaj zapomnieliśmy”, pomyślał sprawiedliwie chłopiec i podniósł butelkę. Chciał coś o niej powiedzieć, lecz nie mógł. Oniemiał, bo lustro ożyło. Twarz dozorcy uśmiechała się do Kaja ze środka zwierciadła, puszczając do niego lewe, perskie oko.

Duchy Singapuru, fragment, Wydawnictwo Innowacyjne Novae Res, 2014.
Zdjęcie: Karol Jałochowski

Bóg miasta

Kaj rozejrzał się ciekawie. Miejsce, w którym się znalazł, z pewnością było świątynią, ale którego boga, nie miał pojęcia. Byli w niej chyba wszyscy bogowie, w których wierzono w Azji.
– Nie wszyscy – odezwał się ponury głos brodatego mężczyzny siedzącego na ławie przy stole na tarasie. – Ale spotkasz tu kilku bogów chińskich. Boginię miłosierdzia Guan Yin, boga tygrysa, boga o czterech twarzach, Buddę, chociaż Budda nie był…
– Nie był bogiem – uśmiechnął się Kaj, kątem oka widząc, jak tata wchodzi do świątyni.
– Idź, wejdź za nim do środka. Albo wiesz co? Lepiej nie wchodź! – Mężczyzna machnął nagle zrezygnowany ręką. – Za dużo ich, w tych czasach wszystkiego jest za dużo. Bogów za dużo, ludzi za dużo… Tylko ja jestem sam jeden – powiedział i zwiesił głowę nad stół, tak nisko, że czarna broda wlazła mu do talerza.
– Niech się pan nie martwi – szepnął Kaj cicho, bo zrobiło mu się żal brodacza, ale także dlatego, że pomyślał o koralikach. – Przepraszam, czy pan jest moim duchem na dziś? – zapytał wprost, bo nie wiedział, jak zapytać inaczej. – Czy do pana prowadzą mnie kolorowe koraliki? Kaj wyjął z kieszeni skarby i podsunął pod nos mężczyźnie.
– Zabierz to sprzed moich oczu! – jęknął czarnobrody. – Nie ja jestem z tobą umówiony. Nie jestem twoim duchem na dzisiaj. Nic nie wiem o koralikach, poza tym, że jest ich zdecydowanie za dużo!
– Przepraszam – zawstydził się Kaj. – Pomyliłem się.
– A wiesz, ile razy ja się dzisiaj pomyliłem?! – wykrzyknął nagle mężczyzna gwałtownie. – Kajowi łzy zakręciły się w oczach i zaczął rozglądać się, szukając taty. Jedna z łez wymknęła się niepostrzeżenie i spadła na stół, wprost na rozłożone papiery, leżące przed brodaczem. Mężczyzna zanurzył w niej rękę, roztarł łzę palcami i westchnął ciężko. – To ja cię przepraszam – powiedział, patrząc na dziewięciolatka ze smutkiem. – Przepraszam, chłopcze, mam za dużo na głowie. Liczę, liczę i doliczyć się nie mogę. Jestem Cheng Huang, bóg miasta. Byłeś w mojej świątyni wiele miesięcy temu. Pamiętam cię – fuknął ze złością. – Przecież jestem strażnikiem miasta! Muszę pamiętać każdego, wszystkich nowych ludzi przylatujących na wyspę: Euroazjatów, Hindusów, Chińczyków, Indonezyjczyków, nawet białych, którzy także się między sobą różnią. Jedni wierzą w to, a inni w tamto, ale każdy musi być policzony, policzony i zapamiętany, zarówno za życia, jak i po śmierci – powiedział, schylając się nagle i wyjmując spod stołu stos książek: Zarys dziejów religii, Ateizm, Religie stare i nowe, Dlaczego wierzymy w boga, Dlaczego nie wierzymy w boga, Bogowie dalecy i bliscy. – Widzisz! Sam sobie muszę z tym wszystkim radzić. Policzyć, wymyślić, zrozumieć… – Brodacz schował twarz w dłoniach. – Uciekłem na weekend na tę małą wyspę, żeby popracować w spokoju, ale zmiana miejsca liczb nie zmienia…
– Rozumiem cię – powiedział Kaj, siadając obok mężczyzny. – Podobnie miałem z dzieleniem w słupkach. Za dużo informacji i człowiek się gubi. Ale myślę, że umiem ci pomóc… – tu Kaj zawiesił głos. Jeszcze w skupieniu rozważał w głowie wszystkie za i przeciw, aż wreszcie powiedział uroczystym głosem: – Sądzę, że powinieneś kupić sobie komputer.

Duchy Singapuru, fragment, Wydawnictwo Innowacyjne Novae Res, 2014.
Zdjęcie Karol Jałochowski

Filiżanka pełna mleka

Chłopiec włożył łyżeczkę i zamieszał. Nachylił się jeszcze bardziej, aż szyja go zabolała. „Jakaś ciemna kropla, jakaś czarna kropka pływa pośrodku szklanki. Pewnie paproch”, pomyślał i w tym momencie z mleka wypełniającego filiżankę, nad którą Kaj zawiesił twarz, wydobyły się dwa szpony i czarne skrzydła. Szpony złapały Kaja za ramiona i pociągnęły w dół. I w ciągu jednej sekundy chłopiec zanurzył się głową w mlecznym oceanie. Wokół niego zrobiło się całkowicie biało bielą nieprzeniknioną. Kaj zachłysnął się i poczuł mleko nawet w nosie. Gdy wreszcie udało mu się wystawić głowę ponad powierzchnię, poczuł na ramionach te same szpony, które wrzuciły go do mleka, a teraz unosiły wysoko ponad białą taflę, ściskając ciało chłopca bez litości. Kaj jęknął i rozejrzał się, starając się zrozumieć, co się właściwie dzieje. „Czy ja wpadłem do filiżanki z mlekiem? Wpadłem do filiżanki!” Chciał spojrzeć w górę i zobaczyć, kto go niesie, jak wygląda orzeł, który go porwał, ale nie mógł. Szpony chwytały ramiona w taki sposób, że chłopiec nie mógł unieść głowy, mógł tylko patrzeć przed siebie. Szczęśliwie widok rozciągający się przed nim był imponujący. Kaj zaniemówił. Na horyzoncie widział wysokie góry, a pod nimi wspaniałe doliny spływające rzekami i porośnięte wysokimi, falującymi na wietrze trawami. Ale kraina, w której się znalazł, nie była zwykłą krainą z błękitnym niebem, była biała, od pni drzew przez czubki śnieżnych szczytów po chmury i niebo nad nimi.– Mleczna kraina? – szepnął zaskoczony. – Trafiłem chyba do mlecznej krainy… Ała – syknął, bo koszulka przebita pazurem zaczęła się drzeć i Kaj zawisł na jednej tylko orlej łapie. Orzeł, starając się złapać chłopca mocniej, wpił się w jego różową skórę, przecinając ją. Kropelka krwi spłynęła po ramieniu. Kaj wytarł ją i spojrzał z ciekawością na dłoń. Spodziewał się czerwonej kropli i pomyślał nawet, że na jej widok zemdleje. Ale gdy podniósł palce do oczu, zamiast czerwonej kropli zobaczył białą. – Mleko – szepnął, liżąc rękę. – W moich żyłach płynie mleko…

Duchy Singapuru, fragment, Wydawnictwo Innowacyjne Novae Res, 2014.

Sen Kaja

Zasnął. Najpierw przyśniła mu się babcia, która na drutach robiła wieżowce. Była wielka, a wieżowiec sięgał jej zaledwie do kolan. Zamiast włóczki u jej stóp turlał się księżyc, z którego nić nawlekała na druty. Gdy już cały wysoki budynek był gotowy, babcia nie odcięła wcale księżycowych sznurków, tylko złapała je mocno i zaczęła biec, nie wypuszczając ich z rąk. Zaraz więc cały wieżowiec, ciągnięty na linkach, uniósł się na wietrze i łopotał teraz jak latawiec na tle chmurnego nieba.
Kaj nie widział siebie we śnie, bo obserwował go z zewnątrz, jak film. Latawiec widział jak na ekranie, ale gdy wieżowiec przechylił się na wietrze, tak odrobinę tylko, wysypały się z niego gwiazdy i jak konfetti posypały na głowę chłopca, skaczącego z radości jak dziecko, którym przecież był. Gwiazdy nie chciały zatrzymać się przy Kaju na dłużej. „Nie mamy czasu, nie mamy czasu”, szeptały. „Śpieszy nam się bardzo, bardzo nam się śpieszy”. I w jednej chwili wszystkie zamieniły się w strugę i wpadły do wnętrza wielkiego dzbana stojącego tuż przed Kajem. Dzban był pękaty, brązowy, dopiero co wypalony. Gdy Kaj spojrzał w prawo, zobaczył wielki piec przypominający warującego smoka, tak długi był i szeroki. Przez ceglane drzwi do smoczego cielska wchodzili ludzie i wyciągali z niego gliniane dzbany…
– Pewnie przypomniał mu się we śnie warsztat ceramiki i wielki, tradycyjny chiński piec, który rozpalano niedawno – szepnęła istotka siedząca w nogach śpiącego Kaja. – Widzę, jak w jego śnie gwiazdy wpadają do ostygłego dzbana…
– A ja widzę… – zaczęła druga istotka siedząca przy głowie śpiącego Kaja. – A ja widzę, jak na dnie dzbana skrada się tygrys.
– Nie wchodź do dzbana! – krzyknęła trzecia istotka. – Nie wchodź!
Ale czwarta uciszyła pozostałe, kiwając głową i wyciągając dłonie na znak, że tamte powinny zatrzymać się w swoich zapędach i zamierzeniach.
– Nie przerywajcie mu! Niech śni!

Duchy Singapuru, fragment, Wydawnictwo Innowacyjne Novae Res, 2014.
Zdjęcie Karol Jałochowski

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial