Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Duchy Azji (strona 1 z 11)

Mamy winnego

W Polsce mamy taką tradycję, że za całe zło winimy obcych. I ja dzisiaj chciałabym, zgodnie z tą tradycją, zabrać głos i wypowiedzieć się na temat stanu naszych dróg. Bo wcale nie jest on kiepski dlatego, że się spieszono przed Euro 2012, ani dlatego, że zima zaskoczyła drogowców. Ani dlatego, że pieniądze nie trafiają tam, gdzie trafić powinny. Ani dlatego, że Polacy lubią po pijaku. Polak jest niewinny. Winny jest inny. I oczywiście za zły stan rzeczy odpowiada wedyjski bóg Rudra. Nie byle bóg to, bo wydobył się z czoła hinduskiego stwórcy świata, Brahmy, i tylko pozornie ma z Polską niewiele wspólnego. Rudra, bóg znamienity, został upokorzony dotkliwie, bo jako jedyny nie załapał się na ceremonię składania ofiar. Jak bolesnym bywa odrzucenie tłumaczyć nie potrzeba. Rudra postanowił o godność walczyć i sprawy załatwić po męsku. Z drzwi trzaskiem wtargnął na imprezę, rozejrzał się okiem rozpalonym po sali, za frak złapał boga, który mu się pierwszy pod rękę nawinął i z łokcia mu w zęby przywalił. Szczękę butem przestawił, kolanem koronki wybił. Zęby się na podłogę gradem posypały. Sam siebie pomścił i odszedł szczęśliwy, ale użytkownicy dróg powinni być szczęśliwi znacznie mniej, bo pozbawiony uzębienia, co się teraz na ścianę zatacza i krwawą pięciolinię na tynku rysuje, to Puszana, bóg komunikacji i dróg wszelkich. I już wiadomo, kto przeciwko polskim drogom tak naprawdę zawinił.

Pierwszy człowiek

Ganesza siedział pod cedrem i obgryzał paznokcie a że palce miał całe w atramencie, język sczerniał mu także. Słoniową trąbę zawijał i rozwijał, jak często czynią słonie w chwili niepokoju.
– Nie mogę tego napisać – powtarzał – nie mogę.
Jego tłusty brzuch trząsł się a razem z nim zapisane do połowy karty, które sobie na pępku ułożył. Naprzeciwko niego, na trawie siedział mędrzec i w zadumie głaskał się po siwej brodzie.
– Nie możesz tego napisać – powtarzał – i nawet nie powinieneś.
Ganesza rozwinął trąbę i podrapał się nią w pulchną piętę.
– Napiszę – powiedział powoli oblizując słoniowym językiem czarne usta – że Wiwaswat był synem boga.
– To możesz napisać a nawet powinieneś – przytaknął mędrzec.
– Napiszę – kontynuował pół człowiek pół słoń – że urodził się jako wielka kula.
– To możesz napisać a nawet powinieneś – potwierdził mędrzec.
– Napiszę, że jego bracia, bogowie, zaczęli go ociosywać, żeby przybrał podobne im kształty – mówił dalej Ganesza odganiając trąbą naprzykrzające się muchy.
– To możesz napisać i nawet powinieneś! – mędrzec uderzył pięścią o trawę wyrywając i wyrzucając w górę kilka jej kępek – Ale że wyciosali słonia a dopiero z odpadków ulepili pierwszego człowieka, tego już pisać nie należy.
– Napiszę – pokiwał głową słoń – że z resztek ulepili słonia a z kuli wyciosali człowieka.
– To możesz napisać – westchnął mędrzec – i nawet powinieneś.

Złudzenia

Poranek. Otwieram oczy i myślą stwarzam świat. Dzięki mnie jest doskonały, taki jak ja, bo ja jestem bogiem Brahmą, jestem jednością i we mnie są wszyscy. Wszyscy? Wszyscy. Ach ci wszyscy! A pamiętasz jak on! A przypominasz sobie jak ona! I już nie jestem twórczym bogiem, lecz niszczącym. Ze złości, jak bóg Śiwa, upinam włosy wysoko, zrywam się z łóżka. Upokarzam kołdrę, postponuję poduszkę, nielitościwie szarpię za rogi prześcieradło a potem zatrzaskuję nad nimi wieko kanapy. I wtedy do pokoju wchodzi mąż i ze spokojem mówi:
– Widzę, że humor dopisuje, jak co rano.
Mąż ma rację. Opadam na krzesło. Dziś już nie będę niszczyć świata. Będę go tylko kochać. Jestem boginią Parwati, żoną Śiwy, łagodnym wcieleniem bogini Kali.
– No tak – zawstydzona mówię do męża – to nie świat jest problemem. Ja nim jestem.
Problemem może i jestem, ale nie jestem już łagodnym wcieleniem. Gwałtownie przeistaczam się w krwawą boginię i ostrza mieczy wymierzam przeciwko sobie. Siebie samą pragnę zniszczyć, samą siebie pragnę roznieść i siebie rozwlec po polach.
Do pokoju wchodzą dzieci. Do szuflady odkładam noże, bo nie jestem już boginią Kali. Jestem Awalokiteśwarą, boskim mędrcem, uosobieniem miłosierdzia i tysiącem moich rąk pomagam chłopcom ukroić chleb, zapiać kurtkę, spakować rzeczy do szkoły. Pełna miłości dla świata nalewam do bidonów wodę.
– Mama – mówi nagle jedno z dzieci – Zapomniałem powiedzieć ci, że na dzisiaj miałaś upiec ciasto na zajęcia do szkoły. Zrób je szybko i przybiegnij na trzecią lekcję, dobrze?
Nie ma już we mnie miłości. Nic we mnie nie ma. Osiągnęłam stan nirwany. Jestem Buddą i otaczający mnie świat jest złudzeniem. Wypycham dzieci do złudzenia szkoły. Zamykam za nimi złudzenie drzwi i blokuję złudzeniem zamka. Na wszelki wypadek przekręcam dwa razy. Siadam przy biurku i oddaję się iluzji pracy. Ale wtedy od pracy odciąga mnie demon Mara. Ulegam mu, okazuje się więc, że Buddą także nie jestem. A to dopiero początek dnia.

Powtórzenia

Lubię powtórzenia. Lubię powtórzenia. To element stylu. To element mojego stylu jest, który jak właśnie odkryłam, łączy mnie z Sumerami. Oczywiście podobieństw można znaleźć znacznie więcej. Na przykład takie, że Sumerowie wymarli i my wszyscy także kiedyś wymrzemy. Wolę jednak, żeby łączyły nas powtórzenia, bo lubię powtórzenia a Sumerowie wręcz je uwielbiali. Szczególnie lubił je bóg Enki, który posiadł boginię Nintu. Nintu przyjęła nasienie boga Enki do łona swego i urodziła mu córkę Ninmu, którą posiadł jej ojciec, czyli ten sam bóg Enki. Ninmu przyjęła więc jego nasienie do łona swego i urodziła mu córkę Ninkurę, którą posiadł jej ojciec a zarazem chyba także jej dziadek, Enki. Ninkura przyjęła nasienie Enki do łona swego i urodziła mu córkę Uttę, którą z kolei uwiódł jej ojciec, wspominany już bóg Enki. I przyjęła Utta jego nasienie do łona swego. Być może, gdyby tabliczki, na których zapisano opowieść o Enki, zachowały się w lepszym stanie, powtórzeń byłoby znacznie więcej. Kto wie ile jeszcze swoich córek zerżnąłby bóg Enki, szczęśliwie jednak czas zniszczył tabliczki i kazirodcza opowieść mogła przestać się powtarzać. I dobrze. Nie każde powtórzenie jest w dobrym stylu.

Zupa

Każda sobota wygląda podobnie. Tagaro twarzą do góry na trawie leży. Słucha rozmów, patrzy na ludzi i cieszy się. Nogę sobie na nogę zarzuca i czyta książkę, zawsze tę samą. Znajduje się w niej opowieść o bogu, który na początku świata mieszkał na ziemi razem z mężczyznami. Pewnego dnia ów bóg sprowadził z przestworzy skrzydlate kobiety. Gdy kobiety na chwilę skrzydła zdjęły, mężczyźni ukryli je, żeby kobiety musiały z nimi na wieki pozostać. Tagaro czyta i uśmiecha się. Wokół niego przechadzają się matki. Za nimi biegają dzieci. Nikt nie spodziewa się, że Tagaro, który koło nich na łące leży, i co sobotę tę samą książkę czyta, jest bogiem incognito. Tylko żona wie i mówi do męża, gdy mu w domu podczas obiadu zupę nalewa:
– Ty, Tagaro, przestań się cieszyć i lepiej inną książkę wreszcie przeczytaj, bo ja ci tych schowanych skrzydeł nie zamierzam darować.

Mahiki

– Ty chamie! Niech pani mu coś powie! – krzyczy klient do kasjerki. Za kasą kobieta rumieni się. Patrzy, lecz się nie odzywa. Wokół ludzie. Rozkrzyczana kolejka wielokrotnie złożona. „Pan tu nie stał!”, „Niech się pani nie pcha!”, „Proszę mnie nie trącać!”. Kasjerka zaciska na marchewce dłonie. Przez ułamki sekund jest na mahiki, polinezyjskiej ścieżce, którą zmarli wędrują do krainy duchów. Patrzy jak w porządku wędrują, bo ścieżka jest wąska. Po obu stronach przepaść, kto zacznie się bić, kto zacznie się kłócić, ten nie tylko do krainy duchów nie dotrze, lecz w przepaść wpadnie. Litości tu nie ma, wszyscy więc idą grzecznie, równiutko i w ciszy. Kasjerka podnosi do góry marchewkę jak miecz. Widać, że chce coś powiedzieć, wstaje. Kolejka sklepowa milknie. Klienci otwierają ze zdziwienia usta. Kasjerka odkłada marchewkę i bez jednego słowa liczy dalej, teraz za cebulę. Już się nie denerwuje. Już tylko się uśmiecha. W kolejce nikt się więcej nie odzywa. Wszyscy idą cicho, w porządku i grzecznie.

Świt

Warszawska kamienica, piętro drugie bez windy, zasłony zielonkawe. Okno balkonowe uchyla się i spomiędzy zasłon wynurza się się czarna głowa w papilotach. Pani Jadwiga pisze wiersze i w sprawie kultury doradza w ratuszu. Mnie jednak wydaje się, że najważniejszym jej zadaniem jest ten codzienny moment, gdy wystawia głowę na balkon i z papierosem w ustach pociera palcem zapalniczkę. Po chwili jaśnieje płomień niewielki i nagle nad Warszawą wstaje dzień. Nade mną, nad Tobą i nad boginią świtu, panią Jadzią z Mokotowa.

Planeta idealna

Idę sobie przez Mokotów. Warszawa, deszcz, chmury. I myślę o afrykańskim bogu Kaggenie, modliszce, której spadł z nogi but. Spadł tak wysoko, że wzniósł się na niebo i stał się księżycem. Idę więc sobie i zastanawiam się, co ze mnie by mogło spaść. Butów mi szkoda, torbę mam czerwoną, czapkę kolorową, okulary użyteczne, spodnie wygodne. Niczego nie chcę się pozbywać. Może jedynie naiwności wreszcie i raz na zawsze. Tak sobie myślę, pakuję więc ją w chusteczkę i podrzucam do góry. Może stanie się drugim księżycem a może zupełnie nową planetą? Pada deszcz, chusteczka jest mokra a skoro jest na niej woda, możliwe będzie też życie. Nowe życie we wszechświecie wyrosłe na frajerstwie. Planeta idealna. Patrzę więc z nadzieją jak wznosi się wysoko a potem opada nisko i toczy się pchana silniejszym podmuchem wiatru po szarym chodniku tuż pod moje stopy. Chwytam kulkę i wyrzucam do kosza.

Aniele mój

Sprawa podobno jest prosta. Anioły, które wydawały się do tej pory jedynie tworem spragnionej sacrum wyobraźni, podobno istnieją. Podobno przysiadają sobie na czubkach gór. Podobno nazywają się tenninami i podobno należą do japońskich mitów. A dlaczego należą do mitów podobno? Z prostej przyczyny, bo im się po prostu niżej zejść nie chce. Uważają, że to człowiek w udręczeniu i pocie czoła powinien się na górę sam wdrapywać, lęk wysokości okiełznać, skórę zedrzeć, pęcherze wyhodować, rozedmą płuc zaryzykować, żeby takiego tennina siedzącego okrakiem na szczycie zobaczyć. Wybacz mi jednak aniele, że powiem ci słowo prawdy, bo sprawa jest prosta i wcale nie podobno tylko całkiem na pewno. Na pewno w sferze mitów pozostaniesz póki zadka leniwego nie ruszysz i na dół w dolinę nie zejdziesz. Bo wymagania masz, mój drogi, wobec człowieka po prostu nieziemskie.

Demonom nieważnym

W prawie każdej książce poświęconej mitom, na samym jej końcu znajduje się rozdział „ważniejsze bóstwa i demony”. I oczywiście chylę przed ważniejszymi czoło, ale sympatię i współczucie kieruję do tych mniej ważnych, do tych, które nie trafiły do pamięci zbiorowej, których nie zapisano, o których zapomniano lub które zostały wycięte przez bóstwa i demony ważniejsze. Żal mi tych pomniejszych, tych, które miały więcej skrupułów, mniej asertywności, mniej bezwzględności i znacznie mniej zdolności, żeby dostać się na szczyt. Może miały też w sobie mniej zła, bo jednak dobremu demonowi ciężko będzie w złym świecie się odnaleźć. Chciałam dzisiaj im wszystkim oddać hołd, bóstwom i demonom nieważnym, lecz jakże memu sercu bliskim.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial