Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Pół człowiek pół jeż (strona 1 z 3)

Ruch

Pół człowiek pół jeż obrócił się na drugi bok. Znowu kręciło mu się w głowie. Ruch obrotowy, któremu poddane zostało jego ciało, dokonywał się właśnie i rozpoczynał zakreślanie następnego okręgu. Z nowym salto mortale droga lotu zaczęła łagodnie opadać a pół człowiek pół jeż razem z nią. Przez chwilę żył niespełnioną nadzieją upadku, jednak rozpostarta dłoń chłopca już na niego czekała. Zatrzymał się na niej i struchlał w formie kuli. Chłopcy stali po dwóch stronach alejki parkowej połączeni ruchem obrotowym pół człowieka pół jeża. Ich czas zataczał trzydzieste minutowe koło, lecz jego czas rozciągał się wokół własnej osi w nieskończoność. Chciałby uwierzyć w możliwy koniec. Że ci chłopcy porzucą go dziś w krzakach a tamci jutro nie podniosą ciepłymi rękami. Dla pół człowieka pół jeża ich „podniosą czy nie podniosą” nie miało tak naprawdę większego znaczenia. Na zawsze pozostanie mu ruch obrotowy we wnętrzu głowy. Raz uruchomiony nie zatrzymuje się. Ponad piaszczystą alejką parkową pół człowiek pół jeż przerzuca się sam.

Ilustracja: Robert Smithson, projekt „Spiral Jetty”, 1970.

Po cichu

I znowu pół człowiek pół jeż znalazł się we wnętrzu nocy. Otworzył oczy i wkroczył w nią czterema łapami wydeptując w mroku tunel. Ten był ani zbyt szeroki ani zbyt wąski, lecz w sam raz, odpowiedni dla niego. Pół człowiek pół jeż wcale nie starał się iść po cichu. Nie potrafiłby inaczej. Nie miał w zwyczaju zwracać na siebie uwagi. To dlatego żyli w tak dobrej komitywie. On wewnątrz a ona wokół niego. Wspólnie tworzyli coś, co było ciche i nienazwane. Wcale nie znaczy to, że było nieokreślone. Warunkiem wzajemnej obecności był brak konturów. Zresztą każda próba ich zarysowania zanikałaby pośród nocy. Bezszelestnie przesuwał się więc w czerni łaskocząc ją kładącymi się pod jej dotykiem igłami. Rano budził się z jej wspomnieniem na pociemniałych końcówkach. Przeczesywał włosy, zasiadał przed lustrem i tak długo operował pęsetką, aż z jeżowych igieł pozostawały tylko dwie, czarne, idealnie skrojone brwi. Pół człowiek pół jeż bez trudu wnosił je w dzień.

Ilustracja: Joan Miro, Litografia VIII, 1972.

Okruszek

Pół człowiek pół jeż nie wracał do swoich początków. Nie pielęgnował mitu założycielskiego. Żadnego dnia stworzenia. To znaczy dzień był, tylko pół człowiek pół jeż o nim nie wiedział. Ani, że dzień istnieje, ani że istnieje on sam. Nie. Żle. Przesadziłam. Pół człowiek pół jeż wiedział, że istnieje, ale nie wiedział jak. Dlatego nie mógł wiedzieć, kiedy się zaczął. A on zaczął się przypadkowo. Od błędu. Wielokrotnego potknięcia. Pół człowiek pół jeż jadł nad klawiaturą i wdmuchnął pod klawisz mały okruszek kruchego ciasta. Wdmuchnął przypadkowo, jednak nie bez świadomości okruszka. Okruszek nie pozwoliłby się wykorzystać. Sam rzucił się pod klawiaturę. Tak bardzo chciał lepszego, nowoczesnego życia. Bycie wałkowanym, pieczonym, jedzonym i wydalanym okruszkowi już nie wystarczało. Marzył o nowoczesności. Jednak ukryty pod klawiszem sprowokował błąd. Długi myślnik przestał działać. Zrobił sobie przerwę. Przedłużająca się, lecz niedokonana pauza podzieliła pół człowieka pół jeża. Uwierała go i wrastała niepokojem. Zanim okruszek został odnaleziony, a pauza zakończona, pół człowiek pół jeż był już innym człowiekiem. Jego życie podzieliło się długim myślnikiem, a on najeżony doświadczeniem utknął na zawsze w przerwie. A los okruszka? Ten był przesądzony. Zniszczyło go marzenie.

Bywa

Pół człowiek pół jeż bywa. W domu, w przedpokoju, na schodach, na podwórku, na ulicy, w parku, na przystanku, na schodku, w autobusie. Pieszy wtargnął na jezdnię. Kierowca zahamował. Pół człowiek pół jeż uderzył o tylną szybę. Bywa. Też w metrze. Bywa, że lubi być przekorny. Jak wtedy, gdy jest kaktusem.

Nawzajem

Bo pół człowiek pół jeż zanikał. Choć nie zanikał konsekwentnie aż po zniknięcie, raz a dobrze, zniknięcie widoczne w niewidoczności. On zanikał kapryśnie. Jego zanikanie było pół na pół, czasem na trzy czwarte, na trzy ćwierci, czasem tylko do pełna, przeważnie na pół gwizdka. Z zanikaniem pojawiał się kłopot z niepewnością. Pół człowiek pół jeż nie miał pewności, czy zaniknął. Nie mógł więc mieć świadomości, czy nie zaniknął. Był i nie był jednocześnie. Czasem zanikał w pół kroku, w pół słowa, w pół zdania, w pół obrocie. Gdy kichał albo. Zdarzało się wtedy także, że. Najtrudniejsze były dla człowieka pół powroty. Dla wszystkich świadomych jego zanikania, powracał, podczas, gdy on ani na chwilę nie odchodził, czasem tylko zanikał. Z niepewnej obecności stracił całkiem rachubę, czy bycie różni się czymkolwiek od niebycia. Jednak nie to dręczyło go najbardziej. Pół człowiek pół jeż chciał tylko wiedzieć, czy poza nim zanikają też inni i czy będą obecni z nim po zaniknięciu, czy po zaniknięciu wszyscy znikną dla siebie nawzajem.

Urodziny

Pół człowiek pół jeż westchnął. Jego kolczasta myśl rozciągnęła się i sięgnęła mitycznych czasów ostatniego poranka. Pół człowiek pół jeż rozumiał, że kiedyś, czyli wczoraj, jeszcze go nie było i że w odległej przyszłości, czyli jutro, znowu go nie będzie. Owszem, zrozumienie nieobecności przechodziło mu gładko. Jednak zrozumienie kolczastej obecności zawadzało, zahaczało i utykało bez możliwości ruchu.
– To może oznaczać tylko jedno – szepnął.
Że on wcale nie urodził się tak, ale inaczej. Jego obecność przypadkowo odwrócona na lewą stronę może i pomogła mu się narodzić, ale chodzić w niej było bardzo niewygodnie.

Pierścień

Pół człowiek pół jeż pewny był, że igłą chirurgiczną potrafi dotknąć każdego bólu. Wiedział, że wyrasta trawami, że porasta igłami, że jest twardymi pniami. Był tymi spróchniałymi, które pożerane przez robaki powracały do ziemi. Przenikał do korzeni i koło się zamykało na jednym z jego palców pierścieniem Saturna. Pół człowiek pół jeż pewny był, że nie ma granic. Kiedy się zorientował, że od rana sięga tylko nocy, a nocą przetacza się na drugi bok dnia? Ciszej. On wciąż nic nie wie.

Kokon

Ciemność jest jedna. Pół człowiek pół jeż widzi tylko ją. Nie ma znaczenia, ile lat ją budował i z czego. Ile piasku potrzebował, ile gałęzi, sznurków, kłaczków, ptasich piór, starych ubrań zabranych na śmietniku, psiej sierści, wysuszonych owadów, które wytrzepywał z książek i wymiatał z kątów, skruszonych muszli ślimaków, miłych i niemiłych dźwięków i sprutych swetrów. Pół człowiek pół jeż zwijał je w kłębki i tkał z nich kokon. Zaplatając go zastanawiał się w co zostanie odmieniony. W co sam się odmieni. Rozważał korzyści z posiadania skrzydeł, nóg, rąk, rąk zamiast skrzydeł, ogona zamiast nóg, skrzydeł beżowych lub kolorowych, nóg długich lub krótkich, głowy jednej lub kilku, odnóży zamiast nóg i szczękoczułek zamiast ust. Ale gdy ciemność związała wokół niego nitkę w ostatni supeł, pół człowiek pół jeż widział już tylko ją. Widzi tylko ją. Kokon pęka. Pół człowiek pół jeż wychodzi niezmieniony i niepewny, czy to, że się nie zmienił, zmieniło go, czy dopiero zmieni.

Zdjęcie przedstawia performance Josepha Beuysa, „I Like America and America Likes Me”, Nowy Jork, 1974 rok. Pochodzi ze strony The painter’s keys.

O początek

Z podręcznika anatomii. Schemat budowy pół człowieka pół jeża. Rozdział jeden – trzy. Rozwój. Przebiega w trzech fazach. Układy i organy wewnętrzne rozwijają się spiralnie w fazie pierwszej. W czasie trwania fazy drugiej wykształcają się członki. W trzeciej kształtu nabierają igły. Naukowcy wciąż spierają się o początek. Czy pół człowiek pół jeż jest pół człowiekiem pół jeżem już od chwili zawiązania pierwszego supełka, czy od chwili przejścia nitki przez ucho igielne. Czy może zaczyna istnieć dopiero, gdy wiatr ożywia haft na firance.

Mapa

Pół człowiek pół jeż patrzy na mapę. Słońce grzeje o poranku. Droga jest prosta, przyjemna, bo w cieniu przez las. Wszystko zaplanował. Miejsce na postój przy szemrzącym strumyku i czarne kropki jagód. Refleksy światła na skórze. Nie będzie się spieszył, lecz szedł przez czas leniwie. Piasek z drogi przesypie mu się pomiędzy palcami. Lubi wbić się nimi w najciemniejszą ziemię. Stopy zostawią na niej ślad po linii. Przez las przetoczy się jego zapach. Mrówki wyliżą kropelki potu z kosmyków trawy. Pół człowiek pół jeż przymyka oczy i rusza. Prawa noga unosi się ponad ścieżką. Jakby jednak ciut za wysoko. Zdecydowanie. Zaczepia o gałąź. Gdyby rozkrok trwał dłużej, byłby bardzo bolesny. Nie jest, bo od ścieżki oderwała się już druga noga. Chce skorygować trasę tej pierwszej. Wykonuje ruch nieprecyzyjny. Zamach zbyt gwałtowny, wykop za silny. Pół człowiek pół jeż obiema stopami nie znajduje oparcia. Leci ponad lasem i niewiele rozumie. Tylko tyle, że prawa fizyki różnią się od praw poezji. Ale nie aż tak bardzo. Siła odśrodkowa. Świat musiał skręcił.

Starsze wpisy

© 2019 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial