Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Pół człowiek pół jeż (strona 1 z 3)

Nawzajem

Bo pół człowiek pół jeż zanikał. Choć nie zanikał konsekwentnie aż po zniknięcie, raz a dobrze, zniknięcie widoczne w niewidoczności. On zanikał kapryśnie. Jego zanikanie było pół na pół, czasem na trzy czwarte, na trzy ćwierci, czasem tylko do pełna, przeważnie na pół gwizdka. Z zanikaniem pojawiał się kłopot z niepewnością. Pół człowiek pół jeż nie miał pewności, czy zaniknął. Nie mógł więc mieć świadomości, czy nie zaniknął. Był i nie był jednocześnie. Czasem zanikał w pół kroku, w pół słowa, w pół zdania, w pół obrocie. Gdy kichał albo. Zdarzało się wtedy także, że. Najtrudniejsze były dla człowieka pół powroty. Dla wszystkich świadomych jego zanikania, powracał, podczas, gdy on ani na chwilę nie odchodził, czasem tylko zanikał. Z niepewnej obecności stracił całkiem rachubę, czy bycie różni się czymkolwiek od niebycia. Jednak nie to dręczyło go najbardziej. Pół człowiek pół jeż chciał tylko wiedzieć, czy poza nim zanikają też inni i czy będą obecni z nim po zaniknięciu, czy po zaniknięciu wszyscy znikną dla siebie nawzajem.

Urodziny

Pół człowiek pół jeż westchnął. Jego kolczasta myśl rozciągnęła się i sięgnęła mitycznych czasów ostatniego poranka. Pół człowiek pół jeż rozumiał, że kiedyś, czyli wczoraj, jeszcze go nie było i że w odległej przyszłości, czyli jutro, znowu go nie będzie. Owszem, zrozumienie nieobecności przechodziło mu gładko. Jednak zrozumienie kolczastej obecności zawadzało, zahaczało i utykało bez możliwości ruchu.
– To może oznaczać tylko jedno – szepnął.
Że on wcale nie urodził się tak, ale inaczej. Jego obecność przypadkowo odwrócona na lewą stronę może i pomogła mu się narodzić, ale chodzić w niej było bardzo niewygodnie.

Pierścień

Pół człowiek pół jeż pewny był, że igłą chirurgiczną potrafi dotknąć każdego bólu. Wiedział, że wyrasta trawami, że porasta igłami, że jest twardymi pniami. Był tymi spróchniałymi, które pożerane przez robaki powracały do ziemi. Przenikał do korzeni i koło się zamykało na jednym z jego palców pierścieniem Saturna. Pół człowiek pół jeż pewny był, że nie ma granic. Kiedy się zorientował, że od rana sięga tylko nocy, a nocą przetacza się na drugi bok dnia? Ciszej. On wciąż nic nie wie.

Kokon

Ciemność jest jedna. Pół człowiek pół jeż widzi tylko ją. Nie ma znaczenia, ile lat ją budował i z czego. Ile piasku potrzebował, ile gałęzi, sznurków, kłaczków, ptasich piór, starych ubrań zabranych na śmietniku, psiej sierści, wysuszonych owadów, które wytrzepywał z książek i wymiatał z kątów, skruszonych muszli ślimaków, miłych i niemiłych dźwięków i sprutych swetrów. Pół człowiek pół jeż zwijał je w kłębki i tkał z nich kokon. Zaplatając go zastanawiał się w co zostanie odmieniony. W co sam się odmieni. Rozważał korzyści z posiadania skrzydeł, nóg, rąk, rąk zamiast skrzydeł, ogona zamiast nóg, skrzydeł beżowych lub kolorowych, nóg długich lub krótkich, głowy jednej lub kilku, odnóży zamiast nóg i szczękoczułek zamiast ust. Ale gdy ciemność związała wokół niego nitkę w ostatni supeł, pół człowiek pół jeż widział już tylko ją. Widzi tylko ją. Kokon pęka. Pół człowiek pół jeż wychodzi niezmieniony i niepewny, czy to, że się nie zmienił, zmieniło go, czy dopiero zmieni.

Zdjęcie przedstawia performance Josepha Beuysa, „I Like America and America Likes Me”, Nowy Jork, 1974 rok. Pochodzi ze strony The painter’s keys.

O początek

Z podręcznika anatomii. Schemat budowy pół człowieka pół jeża. Rozdział jeden – trzy. Rozwój. Przebiega w trzech fazach. Układy i organy wewnętrzne rozwijają się spiralnie w fazie pierwszej. W czasie trwania fazy drugiej wykształcają się członki. W trzeciej kształtu nabierają igły. Naukowcy wciąż spierają się o początek. Czy pół człowiek pół jeż jest pół człowiekiem pół jeżem już od chwili zawiązania pierwszego supełka, czy od chwili przejścia nitki przez ucho igielne. Czy może zaczyna istnieć dopiero, gdy wiatr ożywia haft na firance.

Mapa

Pół człowiek pół jeż patrzy na mapę. Słońce grzeje o poranku. Droga jest prosta, przyjemna, bo w cieniu przez las. Wszystko zaplanował. Miejsce na postój przy szemrzącym strumyku i czarne kropki jagód. Refleksy światła na skórze. Nie będzie się spieszył, lecz szedł przez czas leniwie. Piasek z drogi przesypie mu się pomiędzy palcami. Lubi wbić się nimi w najciemniejszą ziemię. Stopy zostawią na niej ślad po linii. Przez las przetoczy się jego zapach. Mrówki wyliżą kropelki potu z kosmyków trawy. Pół człowiek pół jeż przymyka oczy i rusza. Prawa noga unosi się ponad ścieżką. Jakby jednak ciut za wysoko. Zdecydowanie. Zaczepia o gałąź. Gdyby rozkrok trwał dłużej, byłby bardzo bolesny. Nie jest, bo od ścieżki oderwała się już druga noga. Chce skorygować trasę tej pierwszej. Wykonuje ruch nieprecyzyjny. Zamach zbyt gwałtowny, wykop za silny. Pół człowiek pół jeż obiema stopami nie znajduje oparcia. Leci ponad lasem i niewiele rozumie. Tylko tyle, że prawa fizyki różnią się od praw poezji. Ale nie aż tak bardzo. Siła odśrodkowa. Świat musiał skręcił.

Poziomki

Pół człowiek pół jeż nie lata. Wznosi się i spada. Kiedyś spadł tak bardzo, że przykryła go brunatna ziemia. Uniósł się ponad nią drzewem genealogicznym i obrodził słodkimi poziomkami. Myślał, że będzie z nich pożytek, lecz te odfrunęły zamiast opaść i zgnić na kształt jeża. Chciał lecieć za nimi, lecz pół człowiek pół jeż nie lata. Dawno temu nauczył gryźć się w język w chwilach uniesienia. A grawitacja tylko na to czekała.

Z pamiętnika pół człowieka pół jeża

Ześlizgnęła się ze zgrzytem. Pierwszy ruch jest najtrudniejszy. Pół człowiek pół jeż rozumiał. Musiał nauczyć się nią pracować. Odpowiedni kąt i siła. Nie chciał jej zniszczyć. Ostatnie oszczędności wysupłał na nią z czerwonej skarpety. Listonosz skrzywił się, gdy brał do ręki ciepłe jeszcze banknoty. Pół człowiek pół jeż nie zauważył. Miał skarb. Żadna inna nie musiała być tak wytrzymała. Od razu pobiegł do pustego o tej porze parku. Nie chciał mieć świadków. Tanich nagłówków. Uderzył raz i drugi. Ześlizgnęła się ze zgrzytem. Że ramiona bolą, to nic. Twardy materiał. Najtwardszy. Byle go zadrapać, naruszyć. Potem pójdzie. Poszło. Pracował z zadartą głową. Nielekko. Im dłużej kopał, tym bardziej zaciągało się. Cieniem zaszły parkowe trawniki. Mimo burzy nie przerwał. Wbił się ostrym korytarzem w chmurę. Łopata szczękała. Żeby nie spaść zapierał się kolcami. Nic go już nie powstrzyma. Mokry od deszczu park w dole malał mu w oczach. Wokół niego było całkiem biało. Warstwę ciemnych chmur pozostawił pod sobą. Chciał wyżej, skoro tutaj doszedł. Wzniesiona ponad nim łopata weszła w coś miękko. Już nie twarde powietrze. Na pół człowieka pół jeża posypały się ciemne grudki. Wiele drobnych i dwie duże. Jedna z nich uderzyła go w głowę. Nad sobą miał dziurę w ziemi. Mało brakowało, zostałby strącony. Złapał jej krawędzie i po chwili już leżał na trawie. On był uratowany. Łopata przepadła.

Ciastka

Pół człowiek pół jeż nie otwiera kopert z banków. Zamyka za nimi szufladę. W drugiej leżą połamane kredki, niedopasowane śrubki i przerdzewiałe uszczelki. W trzeciej notatki, których pisma nie przeczyta. W czwartej zamknięte wiersze. W piątej zdjęcia w nieładzie, bo przypominają się bez porządku. W piątej koraliki niegdyś ciasno oplatające szyję. Naszyjnik dawno pękł. Guziki płaszczy, które odkleiły się od ciała, leżą w szóstej. Nitki powyłaziły z nich w szczeliny. Szufladę z foremkami do pieczenia zamyka na końcu. Zjadłby ciastko, ale czy forma nie zniewoli go od środka?

Z pamiętnika pół człowieka pół jeża

Każdej nocy budził się i patrzył na księżyc. Nawet wtedy, gdy ten był w kwadrze dla niego niedostępnej, nawet wtedy, gdy wstawało słońce, nawet wtedy, gdy spał. Patrzył nałogowo. Nie pomagały plastry antyksiężycowe, księżycowe gumy do żucia i cukierki księżycopodobne. Z rozkoszą oddychał księżycowym pyłem i przy każdym oddechu to pęczniał, to kurczył się. Okularów nie mył na wypadek zaćmienia. Żywił się jedynie rogalikami i w kształt rogalika układał się do snu. Wkrótce twarz mu zaczęła szarzeć a w oczach pojawiła się świetlista melancholia. Zrozumiał, że musi zerwać z nałogiem i miał nawet pewność, że zrobiłby to, żeby tylko księżyc zachować. Mógłby nawet umrzeć, żeby księżyc się nie zmieniał. Chciał umrzeć. Podchodził do niego zbyt blisko, w nadziej, że zostanie rozcięty jego ostrą krawędzią albo dźgnięty rogiem lub przygnieciony do Ziemi a może chociaż oślepiony. Na wszelki wypadek więc nie mrugał ani jedną powieką. On mógł odejść. Nawet powinien, byle tylko księżyc pozostał nietknięty. Jednak księżyc nie pozostawał. Co noc spoglądał z wysoka na pół człowieka pół jeża. I nie potrafił przestać. Nawet gdy był po innej stronie globu, nawet, gdy nie powinien, nawet wtedy zaglądał mu w okna. I nic nie mógł poradzić ani na swój zachwyt ani na coraz wyższy i gęstszy las igieł porastających jego srebrzystą powierzchnię.

Starsze wpisy

© 2019 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial