Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Pół człowiek pół jeż (strona 1 z 3)

Sen

Pół człowiek pół jeż wszedł na schody. Śnił. Do tej pory śnienie zdarzało mu się jedynie w czasie snu. Teraz jednak miał pewność, że sen pojawił się, gdy otworzył drzwi, w środku dnia. Pół człowiek pół jeż nie mógłby odpowiedzieć na pytanie, skąd wiedział, że to, co znajduje się za drzwiami jest snem, a to, co przed drzwiami, nim nie jest. Zanim zdecydował się wejść, przez kilka chwil trzymał stopę ponad progiem. Wprowadzał ją w sen powoli, delikatnie. Nie zmieniła się gęstość powietrza. Na dworze było tylko bardziej rześko a za drzwiami brakowało wilgoci klombów po zmierzchu. Ciśnienie krwi Pół człowieka pół jeża, smak w ustach, meble we wnętrzu domu, schody, na które wchodził, były wciąż takie same. Drewniane i ciemne prowadziły na piętra i z pięter z powrotem na dół. Pół człowiek pół jeż wszedł po nich i zszedł, tak dla sprawdzenia. We śnie nie zaburzyły się prawa fizyki. Stopnie wspinały się w górę i zstępowały na dół. Doprowadziły go na piętro pierwsze, drugie a potem z niezaburzoną logiką odprowadziły prosto do drzwi. Pół człowiek pół jeż nacisnął klamkę. Zwykle gubił się, gdy nie wiedział, że śni. Dziś zagubił się w niezagubieniu. I już wiedział, że rządzi nim tylko sen.

Włóczka

Włosy oplotły mi twarz i szyję. Dzień był wietrzny. Czapka porwana przez wiatr toczyła się po piasku. Biegłam za nią przez trawnik i grządki. Przez ciasne kosmyki widziałam niewiele. Że na ławce schowanej w krzakach siedzą trzy staruszki i splatają na drutach wszechświat, dostrzegłam, w ostatniej chwili. Nawet nie tyle dostrzegłam, co poczułam. I nie w ostatniej, lecz gdy było już za późno. Wiatr zakrył mi oczy i pchnął. Nawet jeśli plecy mam dziś całe w igłach, razem z nimi utkwił mi w ciele kawałek babcinej włóczki. Właśnie tak narodził się pół człowiek pół jeż cerowany kosmiczną nitką.

Podróż

Trzeba tylko przeczekać noc. Pół człowiek pół jeż nie miał do zrobienia wiele. Od dawna marzył o podróżach. Walizkę spakował wcześniej. Nogawki spodni opierały się o dywan. Koszula przysypiała wsparta o szafę. Popatrzył na zegarek. Dziś więc jego sen się ziści. Za chwilę zaśpiewają skowronki. Obchodząc toaletę przepowiedział trasę wymarszu. Splunąć do umywalki. Przekroczyć próg łazienki. Zasznurować buty. Poprawić spodnie. Ścisnąć krawat. Wyrównać supeł. Podciągnąć skarpetkę jedną ręką, gdy druga wsparta o krzesło. Jeszcze trzeba przeczesać kolce. Paszport i bilety schowane. Z kieszeni wysunąć dłonie na wysokości lustra. Spojrzał. Może teraz nalać do szklanki wodę i zachłysnąć się nią na drogę. Bezkresne morze otwiera się.

Ruch

Pół człowiek pół jeż obrócił się na drugi bok. Znowu kręciło mu się w głowie. Ruch obrotowy, któremu poddane zostało jego ciało, dokonywał się właśnie i rozpoczynał zakreślanie następnego okręgu. Z nowym salto mortale droga lotu zaczęła łagodnie opadać a pół człowiek pół jeż razem z nią. Przez chwilę żył niespełnioną nadzieją upadku, jednak rozpostarta dłoń chłopca już na niego czekała. Zatrzymał się na niej i struchlał w formie kuli. Chłopcy stali po dwóch stronach alejki parkowej połączeni ruchem obrotowym pół człowieka pół jeża. Ich czas zataczał trzydzieste minutowe koło, lecz jego czas rozciągał się wokół własnej osi w nieskończoność. Chciałby uwierzyć w możliwy koniec. Że ci chłopcy porzucą go dziś w krzakach a tamci jutro nie podniosą ciepłymi rękami. Dla pół człowieka pół jeża ich „podniosą czy nie podniosą” nie miało tak naprawdę większego znaczenia. Na zawsze pozostanie mu ruch obrotowy we wnętrzu głowy. Raz uruchomiony nie zatrzymuje się. Ponad piaszczystą alejką parkową pół człowiek pół jeż przerzuca się sam.

Ilustracja: Robert Smithson, projekt „Spiral Jetty”, 1970.

Po cichu

I znowu pół człowiek pół jeż znalazł się we wnętrzu nocy. Otworzył oczy i wkroczył w nią czterema łapami wydeptując w mroku tunel. Ten był ani zbyt szeroki ani zbyt wąski, lecz w sam raz, odpowiedni dla niego. Pół człowiek pół jeż wcale nie starał się iść po cichu. Nie potrafiłby inaczej. Nie miał w zwyczaju zwracać na siebie uwagi. To dlatego żyli w tak dobrej komitywie. On wewnątrz a ona wokół niego. Wspólnie tworzyli coś, co było ciche i nienazwane. Wcale nie znaczy to, że było nieokreślone. Warunkiem wzajemnej obecności był brak konturów. Zresztą każda próba ich zarysowania zanikałaby pośród nocy. Bezszelestnie przesuwał się więc w czerni łaskocząc ją kładącymi się pod jej dotykiem igłami. Rano budził się z jej wspomnieniem na pociemniałych końcówkach. Przeczesywał włosy, zasiadał przed lustrem i tak długo operował pęsetką, aż z jeżowych igieł pozostawały tylko dwie, czarne, idealnie skrojone brwi. Pół człowiek pół jeż bez trudu wnosił je w dzień.

Ilustracja: Joan Miro, Litografia VIII, 1972.

Okruszek

Pół człowiek pół jeż nie wracał do swoich początków. Nie pielęgnował mitu założycielskiego. Żadnego dnia stworzenia. To znaczy dzień był, tylko pół człowiek pół jeż o nim nie wiedział. Ani, że dzień istnieje, ani że istnieje on sam. Nie. Żle. Przesadziłam. Pół człowiek pół jeż wiedział, że istnieje, ale nie wiedział jak. Dlatego nie mógł wiedzieć, kiedy się zaczął. A on zaczął się przypadkowo. Od błędu. Wielokrotnego potknięcia. Pół człowiek pół jeż jadł nad klawiaturą i wdmuchnął pod klawisz mały okruszek kruchego ciasta. Wdmuchnął przypadkowo, jednak nie bez świadomości okruszka. Okruszek nie pozwoliłby się wykorzystać. Sam rzucił się pod klawiaturę. Tak bardzo chciał lepszego, nowoczesnego życia. Bycie wałkowanym, pieczonym, jedzonym i wydalanym okruszkowi już nie wystarczało. Marzył o nowoczesności. Jednak ukryty pod klawiszem sprowokował błąd. Długi myślnik przestał działać. Zrobił sobie przerwę. Przedłużająca się, lecz niedokonana pauza podzieliła pół człowieka pół jeża. Uwierała go i wrastała niepokojem. Zanim okruszek został odnaleziony, a pauza zakończona, pół człowiek pół jeż był już innym człowiekiem. Jego życie podzieliło się długim myślnikiem, a on najeżony doświadczeniem utknął na zawsze w przerwie. A los okruszka? Ten był przesądzony. Zniszczyło go marzenie.

Bywa

Pół człowiek pół jeż bywa. W domu, w przedpokoju, na schodach, na podwórku, na ulicy, w parku, na przystanku, na schodku, w autobusie. Pieszy wtargnął na jezdnię. Kierowca zahamował. Pół człowiek pół jeż uderzył o tylną szybę. Bywa. Też w metrze. Bywa, że lubi być przekorny. Jak wtedy, gdy jest kaktusem.

Nawzajem

Bo pół człowiek pół jeż zanikał. Choć nie zanikał konsekwentnie aż po zniknięcie, raz a dobrze, zniknięcie widoczne w niewidoczności. On zanikał kapryśnie. Jego zanikanie było pół na pół, czasem na trzy czwarte, na trzy ćwierci, czasem tylko do pełna, przeważnie na pół gwizdka. Z zanikaniem pojawiał się kłopot z niepewnością. Pół człowiek pół jeż nie miał pewności, czy zaniknął. Nie mógł więc mieć świadomości, czy nie zaniknął. Był i nie był jednocześnie. Czasem zanikał w pół kroku, w pół słowa, w pół zdania, w pół obrocie. Gdy kichał albo. Zdarzało się wtedy także, że. Najtrudniejsze były dla człowieka pół powroty. Dla wszystkich świadomych jego zanikania, powracał, podczas, gdy on ani na chwilę nie odchodził, czasem tylko zanikał. Z niepewnej obecności stracił całkiem rachubę, czy bycie różni się czymkolwiek od niebycia. Jednak nie to dręczyło go najbardziej. Pół człowiek pół jeż chciał tylko wiedzieć, czy poza nim zanikają też inni i czy będą obecni z nim po zaniknięciu, czy po zaniknięciu wszyscy znikną dla siebie nawzajem.

Urodziny

Pół człowiek pół jeż westchnął. Jego kolczasta myśl rozciągnęła się i sięgnęła mitycznych czasów ostatniego poranka. Pół człowiek pół jeż rozumiał, że kiedyś, czyli wczoraj, jeszcze go nie było i że w odległej przyszłości, czyli jutro, znowu go nie będzie. Owszem, zrozumienie nieobecności przechodziło mu gładko. Jednak zrozumienie kolczastej obecności zawadzało, zahaczało i utykało bez możliwości ruchu.
– To może oznaczać tylko jedno – szepnął.
Że on wcale nie urodził się tak, ale inaczej. Jego obecność przypadkowo odwrócona na lewą stronę może i pomogła mu się narodzić, ale chodzić w niej było bardzo niewygodnie.

Pierścień

Pół człowiek pół jeż pewny był, że igłą chirurgiczną potrafi dotknąć każdego bólu. Wiedział, że wyrasta trawami, że porasta igłami, że jest twardymi pniami. Był tymi spróchniałymi, które pożerane przez robaki powracały do ziemi. Przenikał do korzeni i koło się zamykało na jednym z jego palców pierścieniem Saturna. Pół człowiek pół jeż pewny był, że nie ma granic. Kiedy się zorientował, że od rana sięga tylko nocy, a nocą przetacza się na drugi bok dnia? Ciszej. On wciąż nic nie wie.

Starsze wpisy

© 2019 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial