Coś w niej się zatkało, przytkało a potem pękło. Zachwiała się. Utraciła stabilność i przeszła w stan rozchybotania, ale stabilnego. Ledwie ją było widać spod kołdry, lecz słychać było wyraźnie skrzypiącym pojękiwaniem uruchamianym najdelikatniejszym nawet dotknięciem. Osunęła się i nie potrafiła się podnieść. W konwulsjach wyrzucała z siebie własną treść. Pozbywała przeszłości, wspomnień, wnętrza. Wymiotowała poduszkami, kocami, nieużywanymi beretami z wiśniowej wełny robionymi na drutach i pojedynczymi skarpetkami w kolorze dawno wyblakłym i z wypracowanymi gumkami nie trzymającymi kostek. Dziurami wygryzionymi przez mole w świetle zachodu uciekało z niej powietrze świetlikami ulepionymi z kurzu. Całkiem się rozłożyła stara kanapa.