Nie chciałam tego filmu widzieć. Jest ciasny, mroczny, duszny. Oglądanie go wydobywa niepokój. Gdyby nie małe mieszkanie i niemożność ucieczki, nikt nie zmusiłby mnie do obejrzenia „Być jak John Malkovich” ponownie. Jednak dziś, zmywając z siebie wczorajsze błoto, uważam, że było warto. Film jest genialny. Jest jak portal, o którym zresztą opowiada. Co chwila przenosi nas na kolejnym poziom metafory.
Już ten pierwszy, najprostszy, sięga bardzo wysoko. Aktor lalkowy sterujący ludźmi musi przecież wywołać skojarzenie z bogiem i jego rolą w życiu człowieka. Ale bóg to za mało dla Charliego Kaufmana, twórcy scenariusza. Scenarzysta porywa się na coś znacznie odważniejszego. Na naszych oczach przeprowadza analizę kulturową ewolucji człowieka i umiejętnie chowa ją w opowieści o portalu prowadzącym do umysłu sławnego aktora, tytułowego Johna Malkovicha.
Portal ten znajduje się na piętrze siedem i pół. I poczynając od metafory piętra z nisko zawieszonym sufitem, pod którym można się poruszać jedynie z przygiętymi plecami, Kaufman pokazuje nam, jak zostaliśmy przygięci przez kilka tysięcy lat rozwoju cywilizacji i obyczajowości. Ciążą nam wcześniejsze pokolenia. One zresztą, co stara się w dosłowny sposób pokazać Kaufman, wszystkie mamy w głowie. Wpychają się nam do umysłów, rozpychają w nich i nie dopuszczają do głosu naszej świadomości zaszczepiając w jej miejsce świadomość zbiorową.
W głowach siedzą nam pradziadowie, babcie, dziadkowie, ciotki, sąsiedzi. Oni wszyscy z każdym nowym życiem wpychają się do umysłów nowo narodzonego dziecka, wtłaczani przez tunel kultury, tradycji, moralności. A siedząc już w naszych głowach zabijają nasze człowieczeństwo. Bo dokładnie to chce, według mnie, powiedzieć Kaufman.
Jedynym przyzwoitym człowiekiem w tej historii jest trzymana w klatce małpa. Ona jest człowiekiem czystym i dobrym, doskonałym. Jedynym, który reaguje instynktownie uczciwie. My już nie potrafimy. Cywilizacja, przerastająca nasze umysły jak nowotwór, zabiła naszą moralność. Ale nie tylko ją zniszczyła. Także tradycyjną, dawną ideę boga, którą wypchnęła z naszej głowy. Boga-lalkarza Kaufman zastępuje człowiekiem, który sam podnosi się do rangi boga.
Wielki film. Niewygodnie mi w nim, uwięził mnie jak przyciasny garnitur. Chciałabym rozpiąć guziki, poluzować krawat, jednak się nie da. I to jest ostatnia fantastyczna sztuczka Kaufmana. Tego garnituru nie da się zdjąć, przecież to nie film go nałożył, tylko między innymi kultura. Czyli także film… I kto teraz jest bogiem? Kto kim steruję?