Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Author: ewajalochowska (strona 2 z 109)

Jak dobrze

Jak dobrze, że sobie dobrze radzę. Przede mną stoi młoda kobieta a za mną starszy mężczyzna. Kolejka jest długa i zdyscyplinowana. Czekamy i jeszcze postoimy. Jak dobrze, że jestem silna, gratuluję sobie w ogonku na pocztę. Maską zakrywam twarz, trzymam właściwy dystans i nerwy na wodzy. Nie każdy radzi sobie w sytuacji pandemii tak dobrze. Na przykład ten mężczyzna nie ma maseczki i przeklina głośno. On sobie dobrze nie radzi i idzie prosto na mnie. Mówi mi niemiłe rzeczy. Ustępuję mu ze strachu. Uff, nareszcie podszedł do okienka. To nic, że poza kolejnością. Nikt nie śmiał go zatrzymać. Odwracam się do sąsiadów. Oni także są zadowoleni. Starszy pan jest tak szczęśliwy, że podchodzi do mnie blisko.
– Ależ, proszę pana – protestuję, ponieważ twarz mężczyzny pojawia się tuż przy mojej – trzymajmy dystans, tak będzie bezpieczniej.
Ho, ho – myślę sobie – starszy pan wcale sobie dobrze nie radzi. Nie tylko on. Raptem cała kolejka się załamuje. Wszyscy się do siebie zbliżają i opowiadają sobie o facecie, który nie wytrzymał. Jak dobrze, że ja wciąż wytrzymuję.
– Rzeczywiście, ty radzisz sobie wyśmienicie. – mówi ośmiornica obejmując mnie ósmym ramieniem. Siódmym nie może, bo trzyma w nim list a w szóstym znaczek. – Jestem z ciebie bardzo dumna.

Talenty

Każdy ma jakieś talenty. Mam i ja. Choć nie nazywam ich talentami a darami najwspanialszymi. Nacieszyć się nimi nie mogę. Z nich wszystkich najwyżej cenię słaby wzrok. Wchodzę do łazienki, zdejmuję okulary i podłoga czysta, czyściuteńka lśni jak gwiazda. Patrzę w lustro a na nim nie para i ślady po paście, lecz droga mleczna rozpościera się. Porywa spod prysznica i pcha z głazami na zakrzywione ścieżki. Nie jestem na nich sama. Widzę kształty, to chyba ludzie. Tak! Widzę Was. Coś do mnie mówicie wędrując po spirali. Lecz nie dosłyszę, bo objawia się właśnie drugi z najwspanialszych dar. Nachylam się, wciąż dźwięk jest niewyraźny. Mogłabym a nawet powinnam prosić o powtórzenie, jednak nie reaguję, przechodzę i Wy odchodzicie. A że trzecim najwspanialszym darem jest nieśmiałość, latami świetlnymi powracając do czystej łazienki wyrzucam sobie, że się do Was w odpowiedniej chwili nie odezwałam. Szczęśliwie zdążył już swą siłę pokazać czwarty dar, ponieważ to wcale nie byliście Wy a mnie jedynie zdawało się, że Was spotkałam. Choć mnie więc nie znacie lub bardzo słabo, nie zdajecie sobie sprawy jak skomplikowane łączą nas relacje.

Zdjęcie: Karol Jałochowski

Tablice

Trias, jura, kreda.
Piasek w nerkach, wapnienie kości, wielkie wymieranie.
Tablice geologiczne zawsze noszę przy sobie.

Budowa zegarka

Pierwszy zegarek miał kremowy pasek. Składał się ze sprężyny, kółek zębatych i nieruchomych wskazówek. Sprzączka uciskała skórę. Drugi zegarek trafił do tej samej szuflady. Był kwarcowy. Wyobrażałam sobie jak ścierają się w nim dwa kamienie. Wysypywał się z niego piasek i zdzierał skórę nadgarstka. Trzeci zegarek zbudowany został z elektronicznych kresek na baterie. Wydawał się zabawką, bo nie miał tarczy i jego czas był ograniczony. Plastikowa bransoletka alergizowała skórę. W szufladzie razem z nim leży czwarty zegarek. Tarcza słoneczna ma wskazówki z cienia. Nie da się ich zapiąć.

Dwa sposoby

Takie czasy, że człowiek na każdym kroku spotyka się ze śmiercią. Ja także się dziś o nią otarłam. Kupowałam mianowicie w aptece jednorazowe rękawiczki. Podczas, gdy ja stałam przy jednym okienku, do drugiego podszedł elegancki, starszy pan:
– Szanowna pani – mężczyzna skierował do aptekarki słowa – poproszę coś na alergię, ponieważ mnie męczy.
– Nie dość, że wirus męczy, to jeszcze alergia? – współczująco zagadnęła druga aptekarka.
– Tak, pani magister – odpowiedział mężczyzna – postanowione zostało, że ludzie w moim wieku mają umierać. Ale ja…
Starszy pan zawiesił teatralnie głos i odwrócił się, żeby popatrzeć na tę moją aptekarkę i na mnie:
– … ale ja postanowiłem sobie, że odejdę tylko na dwa sposoby. Pierwszy przy kobiecie.
Ponownie zrobił przerwę:
– Zwróćcie panie uwagę, że nie mam na myśli „przy”. To pierwszy sposób. A drugi – śmierć przy barze.
– Właściwie można by połączyć oba.
Zacisnęłam usta, ale było już za późno. Słowa wyskoczyły, zanim się nad nimi zastanowiłam. Przez dłuższą chwilę mężczyzna z rozbawieniem podziwiał rumieniec wędrujący mi od szyi po twarzy. Wreszcie uniósł dłoń i wskazał palcami drzwi:
– W takim razie, gdzie jest ten bar? Niech pani prowadzi!

Édouard Manet, Śliwka, 1877, National Gallery of Art, Waszyngton.

Zdezynfekuj

Zdezynfekuj mnie wielokrotnie. Zaciągnij się z filtrem. Unieś taśmą nadgarstki. W polipropylenowym skafandrze rękawiczka z lateksu rozłożyła nogi. Drży troczek maseczki. Fizelinowy wątek. Strużka izosolu pociekła po pleksi. Jałowym uśmiechem foliowej torebki rysuje się krzywo nasza anomalia. Jednorazowa przyjemność.

Rękawiczki

W czasach pandemii każda wyprawa do sklepu jest wyzwaniem, bo – wiadomo – do sklepu chodzą ludzie a każdy człowiek inaczej przeżywa zarazę i ma inną filozofię postępowania. Na przykład ta kobieta przede mną ma na sobie maseczkę, okulary przeciwsłoneczne, kaptur i gumowe rękawiczki na obu rękach. Trzyma dystans półtorametrowy i tak naprawdę nie wiem, czy jest kobietą czy mężczyzną, ponieważ głęboko skryła się w luźnym ubraniu. Jej przeciwieństwem jest kobieta, która stoi za mną. Ona jest z pewnością kobietą, ma długie blond włosy, którymi dotyka mojego ramienia. Stoi tak blisko, że mogłabym poczuć jej perfumy. Nie myślę jednak o perfumach, lecz o odległości a raczej bliskości. Odwracam się niespokojnie i zastanawiam się jakby tu dać jej do zrozumienia, żeby się trzymała z daleka. Kątem oka zauważam, że kobieta żuje kosmyk nakręcając go jednocześnie na palec wskazujący. Nie ma gumowych rękawiczek. Zupełnie inaczej niż ja, która stoję gdzieś w połowie pomiędzy kobietami. Ja trzymam dystans, ale nie mam maseczki, za to mam jednorazowe rękawiczki. To znaczy jedną rękawiczkę założoną teraz na prawą dłoń. Wszyscy klienci sklepu, a jest ich ze mną pięcioro, więcej osób do środka podczas epidemii nie wejdzie, widzą moją jedyną rękawiczkę, ponieważ właśnie podnoszę ją do góry. Koszyk postawiłam przed kasą i teraz nie wiem, którą ręką powinnam wyjąć z niego zakupy: tą bez rękawiczki, czy tą w rękawiczce. Przypominam sobie, że mam drugą rękawiczkę w kieszeni, ale nie wiem, którą ręką powinnam ją wyjąć a potem założyć. Zostawiam rękawiczkę w kieszeni i wykładam wreszcie zakupy z koszyka dłonią bez rękawiczki a potem portfel chwytam dłonią w rękawiczce. Aha, więc teraz mam już brudny i portfel, i kartę kredytową. Na wszelki wypadek sprawunki chowam do torby dłonią w rękawiczce, bo nie pamiętam, którą dłonią dotykałam ich wcześniej. Zresztą dłonią bez rękawiczki dotykałam już koszyka. Teraz powinnam go odstawić. Trzeba by go złapać, ale którą ręką? Tą, którą trzymałam go wcześniej, czy tą, którą złapałam go później? Ponieważ już wszystko mi się pomieszało zdejmuję rękawiczkę, chowam do kieszeni, odstawiam koszyk, wychodzę ze sklepu. Spokoju jednak nie daje mi myśl o tamtej pani, co żuła włosy. Stała tak blisko, że powinnam poczuć jej perfumy, ale ich nie poczułam. Albo ich nie użyła, albo ja jestem już zarażona koronawirusem, bo jednym z objawów jest nieodczuwanie zapachów. Prawie wpadam w panikę, jednak w ostatniej chwili przypominam sobie o drugiej, czystej rękawiczce, którą mam ciągle w kieszeni. Zakładam ją błyskawicznie i ufff, jestem bezpieczna.

Upić się

– Dzień dobry – mówię wchodząc do dawnego mokotowskiego warzywniaka, dziś handlującego wyłącznie alkoholami. – Czy jest Ballantine’s?
– Jest – odpowiada przemiła pani właścicielka – jest zero siódemka.
– Czy zero siódemka jest największa? – upewniam się.
– Nie, są jeszcze litrowe butelki. Tylko u nas akurat ich nie ma
– W takim razie – tłumaczę przepraszająco – ja jeszcze poszukam w innym sklepie tej większej. Bo wie pani…
– robię krok do przodu, żeby się przybliżyć, lecz zaraz sobie przypominam, że nie wolno – Wie pani, na trzeźwo się nie da.
– Żeby pani wiedziała! – wykrzykuje pani właścicielka ze zrozumieniem – Wie pani, ilu klientów, takich, których znam od lat, takich, którzy nigdy alkoholu do ust nie brali, przychodzi i kupuje, żeby zacząć pić teraz? Ludzie nie dają rady.
I dlatego właśnie postanowiłam codziennie upijać się wesołymi piosenkami, zalewać się kilkuminutowymi haustami wyparcia, pomiędzy strachem, pracą, smutkiem i złymi wiadomościami będę pompować w siebie hektolitry muzyki, sponiewieram się basami, zbetonię rytmami aż zerwie się film.

Gwint

Nie umiem pisać wierszem. Pocieszam się jednak, że niewiele plastikowych zakrętek potrafi. Przypadkowo rzucono mnie daleko od szkła. Potoczyłam się po chodniku na sąsiednią ulicę. Stoi przy niej niewielka szkoła. Akurat zadzwonił dzwonek i wokół mnie pojawiły się nogi. Ocknęłam się wiele obrotów zakrętką później gdzieś, gdzie nie ma butelek. Stałam się pokrywką pozbawioną gwintu. W tej samej chwili zyskałam świadomość. Szkoda, że nie umiejętność pisania wierszem.

Max Ernst, La Lune en bouteille, 1955, Tate Gallery

Eksperyment

Siedziałam dziś po południu ze znajomymi i rozmawialiśmy. I wcale nie o koronawirusie. O filmie, teatrze, literaturze, pedofilii, podróżach a potem o koronawirusie. I jeden znajomy powiedział, że koronawirus jest genialny, bo potrafi przebiegać bezobjawowo i dzięki temu przetrwa i że ewolucja ciągle próbuje różnych ścieżek i niektóre z jej eksperymentów są udane a niektóre są nieudane i muszą umrzeć. I wtedy pomyślałam sobie, że to ciekawe, bo zupełnie inaczej jest ze sztuką. W sztuce także potrzebne są eksperymenty, ale nie ma znaczenia czy są udane, czy nie, bo same w sobie stanowią istotę sztuki. Ale potem pomyślałam sobie, że nie ma ewolucji bez eksperymentowania, więc jednak istotą ewolucji, prócz przetrwania jest, tak samo jak w sztuce, eksperymentowanie, bo ono zapewnia przetrwanie. A potem przyszło mi do głowy, że przecież ja jestem eksperymentem ewolucji. Nie lubię o tym pamiętać, bo jest mi wtedy niewygodnie. Wygodnie jest nie myśleć. Wygodnie jest się przyzwyczaić, choć się nie powinno. Powinno się być eksperymentem świadomie uczestniczącym w eksperymencie. Czy jeśli człowiek podlega ewolucji, może w niej uczestniczyć świadomie? Skoro jestem tworem ewolucji, czy powinnam zachowywać się jak proces i ewoluować? Mogłabym, tylko, że ja się nie bardzo lubię ruszać. Lubię siedzieć w wygniecionym fotelu, nosić ułożone do nogi buty i mieć spokój. I najpierw pomyślałam sobie wtedy – a był to moment, w którym właśnie żegnaliśmy się ze znajomymi nie podając sobie zresztą rąk – że spokój nie może być częścią eksperymentu, bo jest sprzeczny z rozwojem. A potem jednak pomyślałam sobie, a szłam wtedy po ulicy szukając przystanku autobusowego, że spokój, owszem, jest częścią eksperymentu. Jest jego zakończeniem. Był to zresztą moment, w którym zdecydowałam nie jechać autobusem, którego trasy nie znam i wsiąść do tramwaju, żeby dojechać do metra, bo metrem lubię jeździć najbardziej. Tak – pomyślałam wtedy przejeżdżając na moją stronę Warszawy – przyzwyczajenie zabija eksperyment. I wtedy przypomniałam sobie o sztuce, że jednak ze sztuką jest tak samo jak z ewolucją. Eksperyment ją rozwija, jest jej istotą, i w dodatku eksperyment nawet najbardziej udany przestaje być dość szybko nowy, ponieważ staje się przyzwyczajeniem. W ten sposób eksperyment zostaje zniszczony i potrzebny jest nowy eksperyment, który będzie przeciwdziałał osłabiającemu przyzwyczajeniu. Czyli sztuka działa podobnie jak ewolucja. Ewolucję także osłabia przyzwyczajenie.
Na wysokości słowa „przyzwyczajenie” zjechałam schodami ruchomymi do metra i weszłam na peron. Wokół pełno było ludzi. Wstawali z ławek i podchodzili do wagonów. Przedzierałam się przez tłum, żeby dotrzeć do ukochanego ostatniego wagonu, jeżdżę tylko ostatnim wagonem. I nagle zobaczyłam znajomego. Bardzo ucieszyliśmy się na swój widok i natychmiast uścisnęliśmy sobie ręce, choć z powodu koronawirusa nie powinniśmy. I właśnie wtedy przyszło mi do głowy pytanie: czy na pewno było to przyzwyczajenie a może jednak był to eksperyment?

Starsze wpisy Nowsze wpisy

© 2020 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial