Dzień był ciepły. Lipiec miał się ku końcowi, więc zapach zboża niósł się po wiejskich cichych drogach. Na drewnianym ganku siedziała kobieta i słuchała ptaków, bo tylko ptaki było słychać. Nie słychać było samochodów ani traktorów. Kombajny nie wyjechały jeszcze na pola. Przed kobietą w całkowitej ciszy stał kot. Tuż przy nim leżało zakrwawione skrzydło sikorki. Kawałek jej żółtego brzuszka odczepił się od piór i potoczył aż pod pantofel pani. Ona patrzyła na kota a kot patrzył na nią. Nagły szelest liści odwrócił ich uwagę. Niewielki ptak zerwał się z drzewa owocowego rosnącego tuż przy ganku. Kot podniósł uszy, jednak kobieta była szybsza. Odbiła się dwiema nogami od deski, zwinnie skoczyła ponad ganek i ponad dach, złapała ptaka w zęby i w locie przegryzła mu kręgosłup. A potem spadła na cztery łapy, przełknęła łepek sikorki, wstała, otrzepała fartuch i z powrotem siadła w fotelu na ganku, na drewnianej podłodze kładąc drugie ptasie skrzydło.