Ja już wiem, co tam o mnie ludzie gadają. Widzę, jak wytykają mnie brudnymi paluchami. O, nawet teraz, w tej chwili, gdy po ubitej drodze idę, małe ludzkie pluskwy drą swoje ryje:
– O! – krzyczą – demon lezie przez pole!
Myślicie, że nie wiem, jak chowają się przede mną po chałupach, żebym im dzieci nie porozgniatał?
Wszystko widzę. I jak śmieją się też słyszę:
– Grzmi, bo przez las ten olbrzym się przeciska, co mu bóg Indra łeb wcisnął w szyję i teraz głowy nima.
Albo jeszcze lepiej:
– Słuchaj ojca, bo jak nie będziesz słuchał, to będziesz wyglądał jak ten Kabandha, co ma uzębioną gębę, jak kosz szeroką, i gąłę jedną zamiast pary oczu, w tułów wetkniętą.
Tak gadają do syna, bo do córki mówią inaczej:
– Jak będziesz się źle prowadziła, matki, ojca nie słuchała, to ci taka morda brzydka na brzuchu wyrośnie, jak Kabandzie.
A jak dziecko rodzicom pieniądze podkrada, to mówią mu:
– Jak będziesz tymi wstrętnymi łapami kraść, to ci osiem długich jak makaron ramion wyciągnie się z ciała, jak demonowi Kabandzie. I będziesz się na nich jak pająk unosił, bo nogi to ci się z tyłka wyrwie, jak demonowi Kabandzie.
Mówią, żem odrażający, że wstrętny, brzydki, demon jeden. Nuda. Tym mnie nie dotkną. Urazić mnie nie zdołają. A jak się naśmiewają, że Indra wielki, demona rakszasę tak łatwo pokonał, to sobie wtedy w duchu do nich mówię tak:
– A wy głupie ludzie wy! Jakbym nie chciał, to by mi ten wasz Indra nic nie zrobił. A teraz brzydki jestem, to się chociaż do mnie plugastwo nie garnie i w spokoju świętym zostawia.
I przecież wiem, że wszystkie te durne ryje za moimi plecami, o spotkaniu z Ramą, wojownikiem boskim, samym Wisznu wcielonym opowiadają. Że niby ja go na drodze piaszczystej spotkam, że będę go błagał. Że na kolana padnę i będę wył i łkał:
– O! Boski Ramo, spal mnie tu żywcem, a ja się wtedy odrodzę i dobry już na zawsze pozostanę. I będę ci usługiwał, wierny pokorny sługa, twój pies!
Tarzam się zadkiem po trawie ze śmiechu na myśl, co też te ludzie gadają, bo ja nie zamierzam się zmieniać. Lubię być zły, brzydki i śmierdzący. I nawet teraz, gdy sobie idę drogą piaszczystą, na moich ośmiu dłoniach się unosząc, i plując śliną z szerokiej gęby na boki, i okiem jedynym, przekrwionym zerkając, zająca małego na ścieżce rozgniatam. Toż o reputację demona trzeba dbać. Strach sam się nie zasieje. To się wie.
– I co? Źle ci z tym Kabandho? – pytam sam siebie.
I sam sobie odpowiadam:
– Dobrze mi z tym kochaneczku! Oj jak dobrze mi z tym niemożebnie!