Kilka lat temu napisałam coś tam o Van Goghu, że cała ta sława i jego dzisiejsze powodzenie jest zaprzeczeniem wszystkiego, co robił i że przy wykluczeniu Van Gogha w jego czasach dzisiejsze uwielbienie jest złem. Nie zmieniam zdania, tym bardziej, że zobaczyłam dziś film przygotowany przez BBC. Kilkuminutówka. Do współczesnego muzeum wchodzi Vincent incognito i ogląda salę ze swoimi obrazami. Wzruszony roni łzy widząc swoją ekspresję zakutą w złote, ciężkie ramy. Całuje po policzkach jakiegoś przemądrzałego historyka sztuki oddającego cześć Van Goghowi. Czarująca scenka ma przekonywać właściwie nie wiem do czego. Mnie się raczej widzi samooszukiwaniem, nazwałabym je nawet dosadniej, onanizowaniem się Van Goghiem. I tak właśnie nazwę. Bo film BBC niczego nie otwiera, nie uwrażliwia na wszystkich pomijanych dzisiaj, na pomijanych w czasach Van Gogha, na zapomniane kobiety, na odrzuconych facetów, na tych, których niszczyli zazdrośni przyjaciele albo jedynie pomijali, milczeli o nich nie rozumiejąc i nie dając szansy na cokolwiek. Ta scenka nie walczy z kastowością ani nie tłumaczy, że należy zwracać uwagę na tych niechcianych, lecz jest wstępem do powszechnego samozadowolenia:
– Patrzcie, jacy jesteśmy otwarci! Patrzcie, jak się przejmujemy odrzucanym za życia artystą.
A kto go odrzucił?
Otóż, gdyby Van Gogh wszedł dziś do takiego muzeum, o ile zostałby wpuszczony – bo niedomyty, ze śmiesznymi natręctwami, unikający ludzi – być może najpierw zostałby zatrzymany przez ochronę a potem przesiedział 48 w areszcie. Ale gdyby się dostał do takiego muzeum, wtedy krzyczałby, szalał, zatrzymywał ludzi nie potrafiąc opanować emocji. Skakałby, zaczepiał, szczypał. Czyli jednak zderzyłby się z ochroną a potem z policją, bo dzisiaj przecież nie okazujemy złości. To nie wypada. Mamy ją tłumić i udawać, że ona w nas nie istnieje. Dobrze, spróbujmy raz jeszcze. Vincent, do dzieła! Gdyby jednak mu się udało się wejść do sali z obrazami i pozostać w niej dłużej, wydarłby z ram wszystkie swoje płótna, za hipokryzję i za wykorzystywanie do budowania iluzji otwartości społeczeństwa, które jest tak samo kiedyś jak i dziś zamknięte na każdą inność odrobinę trudniejszą do sprecyzowania. Van Gogh siedziałby dziś na bezrobociu albo z kredytem frankowym, albo skompromitowany za żywy temperament byłby pośmiewiskiem prasy. Tak samo jak wtedy. Nic się nie zmieniło. Dziś też by nie pasował, bo jego ekspresjonizm był niezgodą. Dziś też by się nie zgadzał i dlatego zostałby odrzucony. Bo dzisiaj jeszcze bardziej nie ma zgody na niezgodę.
– Uspokój się, chyba przesadzasz. Nie będę z tobą rozmawiać w takim stanie. Porozmawiamy później.
Już ja go widzę, biednego Van Gogha, jak tnie nożem te płótna.