Jakby tu obejść Walentynki? Nie ma lepszego tematu niż „Fatalne zauroczenie”, a zatem obejrzeliśmy je wczoraj. „Ciekawe, że dużo jest w tym filmie psa” zwrócił uwagę mąż i miał rację, ponieważ w pierwszej godzinie kinowego przeboju z roku 1987 pies pojawia się na planie wiele razy. Zbliżenie pyska, pies wyglądający przez okno, merdający ogonem, drapany za uchem, śpiący na dywanie, biegający po parku, tarzający się w trawie a nawet jedzący spaghetti. Beztroski, rozkoszny, czysty i wierny. Zatrzymajmy się na chwilę przy talerzu pełnym makaronu. Stoi na podłodze przy lodówce. Żona przygotowała go dla męża a mąż nie zdążył go zjeść, bo spędził noc u kochanki. Dla niepoznaki oddaje spaghetti psu. Jest to więc talerz symboliczny, podobnie zresztą jak pies. A zarazem moment filmu zwrotny, w którym romans głównego bohatera zaczyna przybierać fatalny obrót.
Niesamowicie ogląda się filmy z przeszłości. Ich wypracowana przez wybiórczą pamięć wizja, także przez poświecone filmowi teksty popkultury, często rozmija się z rzeczywistym obrazem. Tylko, co jest rzeczywiste? Czy cokolwiek w ogóle jest obiektywne?
Właśnie, bo czasem jest jeszcze inaczej. Nie tylko wyobrażenie o filmie rozmija się z jego treścią, ale także zmieniają się czasy. Tym samym zmienia się odbiór treści. To była moja pierwsza myśl po napisach końcowych; jak to się stało, że „Fatalne zauroczenie” utkwiło w mojej głowie jako film o kobiecie – wariatce? Przecież ona, Alex, grana przez Glen Close, wcale wariatką nie jest. Dla tych, którzy nie pamiętają fabuły, krótkie przypomnienie. Szczęśliwy małżonek, w tej roli Michael Douglas, nawiązuje przypadkowy acz krótki romans z Alex. Dla niego jedna wspólna noc znaczy tyle, co nic. Ona chce od niego więcej i nie przyjmuje odmowy. Głuche telefony od niej rozbrzmiewają nawet w nocy. Nachodzi Douglasa w pracy a potem w domu. Jednak nie bez powodu. Wszystko dlatego, że w czasie tej jednej, jedynej wspólnej nocy (co prawda noc była jedna, ale seksu w niej, ho ho! znacznie więcej) Alex zaszła w ciążę. On nie chce tego dziecka i nie chce kobiety w swoim życiu. Ona przeciwnie. Chce, żeby uczestniczył w przyszłym życiu ich dziecka. Porozumienia nie ma, emocje narastają. Ona niszczy mu samochód, on idzie na policję, ona zabija jego córce królika, on mówi wszystko swojej żonie, ona porywa jego dziecko, on jej grozi i ją bije, ale na koniec ją oszczędza, czego bardzo żałuje, bo niebawem ona pojawia się u niego w domu z dużym nożem, więc zostaje zabita przez niego i jego żonę, bo małżeństwo działa wspólnie i jest siłą nie do pokonania. Przecież ona była złem.
Obejrzałam „Fatalne zauroczenie” do końca i zamilkłam z wrażenia a zdarza mi się to nie często. To nie jest film, który pamiętam. To nie jest film, który znam z jego popularnego odbioru. I nie jest to film, jeśli patrzeć na niego dosłownie, do obrony. Bo oceniając go dosłownie nie można uczynić z postaci granej przez Glen Close wariatki. A to dlatego, że ona wariatką nie jest. Jej racje, choć przerysowane, ale jednak są słuszne. Zaszła w ciążę a facet uchyla się od odpowiedzialności. Nie dość tego, kwestie wypowiadane przez tę rzekomą wariatkę mają niestety sens: zabawiłeś się mną i porzuciłeś jak śmiecia.
Dziwne, myślałam, przecież sympatia widza pozostaje z męskim bohaterem, także moja sympatia. Od początku kibicuję jemu, trzymam za niego kciuki, żeby się nie wydało, żeby go zostawiła w spokoju, a w ogóle, co ona sobie myśli? A mimo to nie potrafię postaci kobiecej napiętnować.
Nie mogłam sobie z tym filmem poradzić aż do chwili, w której zdałam sobie sprawę, że są tylko dwie możliwości, albo to jest zły film albo ja go do tej pory oglądałam niewłaściwie i go wcale nie rozumiem. I wtedy pojęłam, że wina jest oczywiście moja, ponieważ jest to opowieść głęboko symboliczna i tylko w tym wariancie, jeśli przyjąć tę symbolikę, składa się wreszcie i do końca. „Fatalne zauroczenie” staje się filmem nareszcie logicznym.
A symbolika zaczyna się od psa, na którego zwrócił uwagę mąż, tym razem już mój. Pies jest ważnym elementem, ponieważ jest znanym i stosowanym w malarstwie symbolem wierności małżeńskiej. W dodatku znika z filmu, gdy romans się dokonuje. Symboliczny pies odsłania następne symbole, zmienia znaczenie niesłusznie odbieranych jednoznacznie scen a zaraz potem odmienia samo odczytanie filmu. Ten staje się opowieścią o ranach poniesionych przez wszystkich jej bohaterów w sytuacji pozamałżeńskiego romansu.
Królik należący do córki Michaela Douglasa przestaje być zabitym królikiem. Staje się symbolem krzywdy, jaką ponosi dziecko. Rany żony pochodzące z wypadku samochodowego przestają być złamaniami i siniakami powypadkowymi a stają się ranami emocjonalnymi zadanymi żonie w sytuacji niepewności i zagrożenia, w czasie małżeństwa rozbijanego przez drugą kobietę.
Jeśli wreszcie symbolicznie patrzeć na „Fatalne zauroczenie”, przestaje ono być filmem o kobiecie, która maniakalnie próbuje przyciągnąć do siebie kochanka, ale staje się opowieścią o różnicach pomiędzy mężczyznami i kobietami i ich emocjami związanymi z seksualnością. Przy takim spojrzeniu na film zmienia się też postać ofiary. Ofiarą do pewnego stopnia stają się wszyscy: mąż, żona, dziecko. Ale największą ofiarę ponosi ta druga kobieta, ta, która powszechnie została uznana za wariatkę, maniakalną psychopatkę. Nie jest nią, nie prześladuje, lecz chce miłości. Jednak z punktu widzenia małżeństwa miłość jej się nie należy. Druga kobieta jest intruzem i dlatego musi zginąć.
Z czym mi się „Fatalne zauroczenie” kojarzy? Tylko z jednym. To jakby kinowa wersja piętnastowiecznego obrazu Jana van Eycka „Małżeństwo Arnolfinich” – symbol siły instytucji małżeństwa.

Fatalne zauroczenie, 1987, reż. Adrian Lyne.