W mieście jest łatwiej. W razie turbulencji głowy ciągnę za ramię plecaka i uruchamiam spadochron. Otwiera się natychmiast i gwałtownym ruchem porywa z chodnika. Nie unosi, lecz wciąga pomiędzy cegły, wciska w przestrzenie strychowe, wyciera mną tynki, zaczepia o klamki, obija o framugi. Strzępki tęsknoty powiewają na gwoździach drewnianych rusztowań. Niespełnione sny wrzucam w bramy starych kamienic i pękniete okna piwniczne. Na ścianach blokowisk ścieram żal. Spłukany przez deszcz spłynie do studzienek podziemnego miasta. Gdy oddam mu smutek, powrócę na chodnik ze spadochronem w plecaku. Poza miastem jest trudniej. W zieloności się tonie.