Jak zapomnieć tę scenę? Nie da się. Mężczyzna w hotelu szykuje się na spotkanie. Zanim „Randka” przyjdzie, czyli wymarzona blondynka z młodzieńczych lat, mężczyzna masturbuje się. Kończy akurat w chwili, w której kobieta puka do drzwi. On się spieszy. Ona puka. On musi otwierać i nie ma czasu szukać w łazience zagubionych efektów swojej pracy.
– A to co? – pyta dziewczyna. Z czoła przyjaciela zwisa gęsta, mleczna strużka. – Odżywka do włosów?
– Tak – odpowiada on, więc kobieta wciera sobie „odżywkę” w grzywkę. Kosmyk całą randkę sterczy jej zawadiacko.
Podziwiam tę scenę od lat i bezpretensjonalny humor Petera Farrelly, bo to on nakręcił „Sposób na blondynkę”. Od dawna czuję, że w Hollywood prawdę mają w sobie już tylko komedie. Im bardziej obrzydliwa i głupsza, tym ciekawsza ideologicznie i formalnie, bo reżyser głupawych komedii ma więcej wolności niż reżyser filmów pretensjonalnych i nabzdyczonych.
A zatem byłam miłośniczką przewrotności Petera Farrelly. I przyznaję, że jego najnowszy film jest absolutnym komediowym numerem jeden bez precedensu. „Green book”, bo to dzieło sztuki filmowej mam na myśli, jest niczym innym, jak tylko ilustracją baśni Andersena. Zanim wyjaśnię, którą baśń mam na myśli dodam, że „Green book” zachwyca się świat a film otrzymał zdaje się nie jednego, ale kilka Oskarów. Za co, trudno powiedzieć. Farrelly zaplótł w nim kilka opowieści i scenariuszy dawnych przebojów kinowych, takich jak; Wożąc panią Daisy, My Fair Lady, Cyrano de Bergerac. A nawet pojawiają się drobiazgi ściągnięte z „Forresta Gumpa”. Choć gdzieś w tyle głowy reżyser musiał mieć mistrzowskie „Missisipi w ogniu”, Farrelly nie stworzył jednak arcydzieła, lecz kicz w postaci czystej, ideologicznie poprawny, chwilami miły, najbardziej jednak żenujący. A zatem Farrelly arcydzieła nie stworzył, ale w jakimś sensie stworzył. Bo okrutnie zakpił sobie z widza, czyli ze mnie. Z premedytacją. Oszukał system. Shakował widownię, bo ten film jest kpiną z nas. Król jest nagi. To ja już wolę, skoro jest nagi, żeby trzepał kapucyna.