Księżycowy projekt, nad którym pracuję od ponad roku (więcej tu), doprowadził mnie pod rozłożyste drzewo z początku świata. Pisząc chciałam pod nie trafić, jednak nie chcialam pod nim utknąć a utknęłam. Muszę zastanowić się, w którą stronę podążyć dalej. Mam więc chwilę, aby posiedzieć i poczytać o początku świata a może gdzieś, pośród mitów odnajdę drzewo, którego szukam albo wyhoduję nowe.

Pięknych mitów o stworzeniu świata jest całe mnóstwo i nie jeden a wiele tekstów można by o nich napisać. Zależnie od kultury różne bowiem zwierzęta i postacie brały udział w tworzeniu ziemi, czasem budowały ją nawet owady. Najbardziej spodobała mi się opowieść z kręgu mitów lamajskich, w której to Budda wyciągnął grudkę błota z oceanu pierwotnego, z grudki stworzył ziemię, a potem ludzi. Ludzie jednak początkowo byli cali owłosieni, a Budda, któremu nie podobał się bujny zarost na ciele człowieka, postanowił wydepilować go. Tylko, że, gdy skubał, ludzie siedzieli skuleni, więc nie zdołał wyskubać im włosów spod pach i z pomiędzy nóg. Wspaniała wizja. Wracam jednak pod moje drzewo, bo oddaliłam się od niego zbytnio i zapędziłam w miejsca dla tematu nieoczekiwane i niebezpieczne.

Nie bez powodu drzewo skojarzyło mi się z początkiem świata, przecież w biblijnym raju drzewo stało się jednym z najważniejszych punktów historii ludzkości. Drzewo Poznania sprowokowało nieposłuszeństwo a więc rozpoczęło historię grzechu. Bóg ustawił je na próbę, której pierwsi rodzice, Ewa i Adam, nie przeszli. Szczęśliwie raczej, bo trudno wyobrazić sobie, jak bardzo w raju byłoby nudno, gdybyśmy w nim pozostali. Z bożej perspektywy ludzie wykazali się nieposłuszeństwem, z mojej jednak spisali się całkiem nieźle. Gdyby nie ciekawość Ewy, ludzki ród żyłby znudzony w raju, zdemoralizowany bezczynnością, dobrobytem i brakiem ambicji.

Posłuszna tradycji ciekawości zaglądam więc do muzułmańskiego raju, żeby sprawdzić, czy nie znajdę w nim jakiegoś pasującego do księżycowego projektu drzewa. Raj islamu zwany jest Firdaus i drzewo nie jest tym, co jest w nim najistotniejsze. Najważniejszy jest w nim pałac dla każdej duszy i żeńskie duchy Huri I’Aini, które na skrzydłach zabiorą z pola bitwy poległych za islam bohaterów i zaniosą wprost do nieba. Firdaus jest otoczony murem, przecinanym dwunastoma bramami: Modlitwą, Jałmużną, Postem, Wiarą, Skruchą, Pielgrzymowaniem, Cierpliwością, Współczuciem, Hojnością, Wytrwałością, Czuwaniem, Czujnością i Świętą Wojną. Dusze, które przez nie przejdą będą mogły spotkać się z przyjaciółmi i rodziną, a także jeździć na wielbłądach i koniach. Nie odnalazłam drzewa w raju muzułmanów, jednak jeśli zagłębić się w czasy przedislamskie, w mitologii perskiej rośnie wspaniałe Drzewo Wszystkich Nasion, Drzwo Saeny, Drzewo Wszelkich Leków, opisane w Aweście, świętej księdze wyznawców mazdaizmu i zaratusztrianizmu. Podgryzane przez niegrzeczną żabę, stało na środku Morza Wourukasza. Pilnowała go ryba Karu i ptak Czarmusz, który pomagał rozsiewać nasiona. Drzewa pilnował też biały osioł Saena, o trzech nogach, trzech parach oczu, złotym rogu na głowie i dziewięciu ustach.

Drzewo Życia było też oczywiście w biblijnym raju, rosło na jego środku i dzięki niemu ludzie mieli zachować nieśmiertelność, co jak doskonale wiadomo, zupełnie się nie udało. Aborygeni także wierzą w Drzewo Życia, które wyrastało z nieba, a więc rosło korzeniami w górę a koroną w dół. Dlatego drzewa w obrzędach aborygeńskich są łącznikami pomiędzy ziemią a niebem. Szamani często wchodzą pomiędzy gałęzie i z tego samego powodu zwłoki zmarłych umieszczane są w konarach. Dawno temu można było w Marzeniu wspiąć się po Drzewie Życia z ziemi do nieba. Do czasu, gdy bracia zjedli pewnemu mężczyznie jednego z sześciu, pożyczonych do polowania w niebie, psów. Oszukany właściciel, w ramach zemsty, wsypał do korzeni żar z ogniska. Drzewo Życia runęło i to akurat wtedy, gdy bracia polowali. Nie udało im się wrócic na ziemię, zostali uwięzieni i dzisiaj są widoczni jako kilka gwiazd na niebie.

Drzewa pojawiają się w mitologii maoryskiej, gdy Papatuanuku i Rangi, czyli ziemia i niebo, zostały rozdzielone przez ich dzieci. Papatuanuku rozpaczała po utracie męża, mąż rozpaczał po utracie żony, a w dodatku byli nadzy. Pomógł im jeden z synów, bóg Tane. On ubrał matkę w suknię z roślin i obrócił drzewa korzeniami do ziemi, bo najpierw wyrastały z nieba konarami w dół. Dobre dziecko.

Nasłynniejszym buddyjskim drzewem jest figowiec, przysiądę na chwilę pod nim, jak dawno temu usiadł, zmęczony wcześniejszą ascezą, Siddhartha Gautama, i pod którym wreszcie dostąpił tak upragnionego oświecenia, skąd pochodzi zresztą nowa nazwa drzewa, Bodhi. W Indiach, w miejscu, w którym Budda medytował, wciąż rośnie drzewo Bodhi, a właściwie prawnuk drzewa, bo jest ono czwarte w kolejności. Według buddystów z nasion świętego drzewa wyrosło drzewo Bodhi na Sri Lance, stamtąd nasiona przywieziono, między innymi do Singapuru i zasadzono przed buddyjska świątynią, a było to ponad sto dwadzieścia lat temu. W związku z planami rozbudowy miasta, świątynię Jin Long Si przeniesiono kilka lat temu. Drzewo udało się uratować, chociaż na jakiś czas zostało zamknięte na placu budowy.

Hindusi mają w swej tradycji nie jedno czy dwa, lecz tysiące drzew. Wierzą, że każde drzewo ma swojego ducha opiekuna. Jakszowie i jakszinie są męskimi i żeńskimi dobrymi duchami drzew. Niektóre drzewa są też święte, bo poświęcone zostały bogom. Zresztą, że drzewa mają swoje duchy, a gaje są święte, wierzyli też Celtowie i Starożytni Rzymianie. Do dzisiaj wierzą też Japończycy. Należy być ostrożnym, siadając w Japonii pod wiśnią, śliwą, orzechem, sosną, czy wierzbą. Drzewne dusze mogą ukazać się ludziom w snach i przemówić, mogą pomóc dobremu i ukarać złego, o czym krąży mnóstwo zatrważających opowieści, bo duchy drzew w okrutny sposób mściły się na tych, którzy chcieli je ściąć, zniszczyć lub choćby oderwać gałąź. Raz gospodarz chciał wyciąć wiąz, a chociaż duch drzewa uprzedzał i prosił we śnie, aby tego zaniechał, gospodarz nie posłuchał i wyrąbał pień. W ramach odwetu duch drzewa uśmiercił nie tylko winnego mężczyznę, ale i całą jego rodzinę. Innemu mężczyźnie z japońskiej opowieści, Samurajowi, który zabił właściciela drzewa, aby zabrać je dla siebie, zmarł ojciec, co było ewidentną zemstą ducha wiśni. Innym razem piękna kobieta-duch ukazała się właścicielowi sadu. Ten przestraszony obecnością ducha, dźgnął kobietę mieczem. A wtedy drzewo wiśniowe z jego sadu uschło.

śiva

W Indonezji panuje przekonanie, że w drzewie figowym mieszka duch i dlatego figowca nie wolno ściąć bez pozwolenia. Duch ten jest złośliwy i nazywa się waringin. Indonezyjczycy z wyspy Nias uważają, że duchy drzew, zwane bela, potrafią natchnąć szamana swoją siłą, dzięki czemu posiada on moc uzdrawiania psychicznie chorych. Dajakowie z Kalimantanu wierzą, że duchy drzew wyglądają jak wysocy mężczyźni lub kobiety, i że nazywają się pampahilep. Duchy te nie są ani jednoznacznie złe ani jednoznacznie dobre, tak samo jak ludzie. Odbiorą rozum lub ześlą chorobę, ale i zapewnią szczęście a nawet mogą połączyć się w parę z mężczyzną lub kobietą, którzy zagubili się w lesie. Trudno jednak powiedzieć, czy związek z duchem drzewa zapewnia szczęście w miłości.

Drzew, w których mieszkają duchy lepiej nie dotykać. Uprzedzam, tak na wszelki wypadek, bo na przykład mieszkańcy wyspy Siau wierzą, że ten, kto dotknie długich konarów drzewnych duchów-gigantów, pojawiających się w świetle księżyca, tego czeka śmierć. Na indonezyjskiej wyspie Sulawesi mieszkańcy modlą się do duchów drzew o zdrowie dla chorego. Proszą, aby duchy wróciły do lasu, z czego wynika, że to one sprowadziły chorobę, w każdym razie w przekonaniu Indonezyjczyków z Sulawesi. Na Fidżi natomiast wierzą, że bóg Tui Delai Gau mieszka w drzewie i potrafi niezwykłe sztuki. Może na przykład wysłać swoje ręce na połów ryb, może też odczepić głowę, żeby sama, bez niego rozejrzała się po niebie. Bóg drzewa jest tym, który nauczył ludzi kopać ziemię i gotować na piecu.

W mitologii słowiańskiej też są duchy drzew a nawet więcej, strażnicy lasu. Leszy, zwany też Borowym, wypasał leśne zwierzęta, pilnował lasów, mógł swoim wzrokiem zesłać na intruza, włóczącego się po kniejach, ślepotę, ale mógł też pomóc mu odnaleźć drogę. Dobrochoczy był demonem drzewnym, mieszkał w puszczach Podlasia. Nie karał tych, którzy nie zasłużyli, pomagał tym, którzy pomocy potrzebowali. Natomiast tym, którzy mieli coś na sumieniu ofiarowywał ból i cierpienie. Potrafił upodabniać się do drzew blisko których przechodził.

Mitologicznych opowieści o drzewach jest oczywiście znacznie więcej, niż wyżej wymienione. Są chociażby mity greckie, w których Dafne ucieka przez Apollem i zamienia się w drzewo laurowe. Nimfa stała się bohaterką rzeźby Lorenza Berniniego, jednego z symboli sztuki barokowej. Chciałam jednak zwrócić uwagę na ciekawe i wyjątkowe miejsce, jakie drzewo zajmuje w tradycji chińskiej. Chińczycy mają i zwykłą symbolikę drzew, jej przykładem jest chociażby magnolia, symbol dziewczęcego piękna. Jednak mieszkańcy Państwa Środka stworzyli coś więcej, bo rodzaj szarady, zagadki wyjaśniającej działanie pięciu żywiołów chińskich, a jednym z nich jest właśnie drzewo.

Drzewo, ogień, ziemia, metal, woda. W chińskiej tradycji każdy z pięciu żywiołów stanowi początek następnego. Gdy pali się drzewo powstaje ogień. Z ognia i popiołu powstaje ziemia, która wewnątrz siebie nosi skarby, czyli metal. Metal topi się jak woda a woda ożywia rośliny, czyli powstaje drzewo. Koło się zamyka. Tę kolejność przedstawiania pięciu żywiołów nazwano sekwencją produktywną. Ale miała być szarada, więc czas przedstawić inną kolejność, znacznie ciekawszy porządek niszczący, gdy żywioły psują się nawzajem. Drzewo odbiera siły ziemi. Ogień, stapiając metal, niszczy go, podobnie jak ziemia, gdy dostanie się do wody, psuje ją i brudzi. Na końcu niszczącego łańcuszka znajduje się woda, która gasi ogień. Podobno, znając te dwa porządki, łatwiej jest czytać opowieści o chińskich bogach, bo ich walki i działania często wydarzają się zgodnie z kolejnością powstawania lub niszczenia pięciu żywiołów. Być może i mi chińskie porządki pomogą wyjść spod drzewa pod którym utknęłam w księżycowym projekcie. Kto wie, może nie powinnam wcale podlewać i hodować nowego drzewa, tylko powinnam dla odmiany coś zburzyć. Perspektywa niszczenia brzmi nadzwyczaj zachęcająco. Przecież i katastrofa może być piękna. Co przypomina mi drzewo, które zupełnie pominęłam a chyba nie powinnam, czyli Drzewo Krzyża. W symbolice chrześcijańskiej stało się ono Drzewem Życia, bo dzięki ofiarnej śmierci Jezusa grzech ciekawskiej Ewy został naprawiony. Nie tak łatwo uciec z raju. Czyli jednak utknęłam…