Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Październik 2020

Wiadomość

Ludzie świetnie by się dogadywali, gdyby nie słowa, powtarzał mi często Tata.
– Po co mnie pytasz o zdanie, jeśli i tak robisz po swojemu? – pytał. A ja tłumaczyłam mu po raz setny, że we własnych sprawach podejmuję własne decyzje, ale chciałabym wiedzieć, co o nich sądzi, ponieważ szanuję jego zdanie, ale chcę zadecydować samodzielnie. Bywał o to zły. Tak bardzo bywał zły, że wysyłał mi potem niezrozumiałe esemesy, jakieś znaki zapytania. Ależ się na niego denerwowałam.
– Co to jest? – wykrzykiwałam.
Złościliśmy się na siebie, ale krótko. Następnego dnia, czasem po dwóch, górach trzech, dzwoniliśmy do siebie:
– Cześć, Tata! Co tam słychać?
– Cześć, córka!
I znowu wszystko było po staremu, i znowu dyskutowaliśmy, znowu mieliśmy inne zdania i znowu dostawałam po kłótni te dziwne niezrozumiałe esemesy.
– O, rany, czego ten Tata chce? No co ja znowu zrobiłam? – złościłam się.
Gdy po śmierci Taty trzymałam w ręku jego komórkę przyszło mi do głowy, że sprawdzę, co to za niezrozumiałe znaczki Tata wysyłał mi w esemesach. Otworzyłam wiadomości, kliknęłam na mój folder i oniemiałam. Natychmiast wyjęłam swoją komórkę, otworzyłam wiadomości, kliknęłam folder „Darek” i dla pewności położyłam obok siebie oba aparaty, żeby je porównać. Tam, gdzie u mnie znajdowały się znaki zapytania i dziwne znaczki wysyłane mi przez Tatę, w Taty aparacie znajdowały się uśmiechnięte buźki mrugające do mnie serduszkami zamiast oczu.

Ewa

(tacie)

może ja ci się śniłam
w twoim śnie sobie żyłam
chodziłam po drogach
dziwiłam się na rogach
przy filmach płakałam
nie do rymu pisałam
urodziłeś mnie sobie
rogi diabła na głowie
wszystko zawdzięczam tobie

zmyślone poranki
od fajek brudne firanki
może ty mi się śniłeś
wcale tutaj nie żyłeś
nie paliłeś bez filtra
wąsów w kawie nie myłeś
i się nie urodziłeś

Słowo ojca

Zastanawiam się jak o niej napisać. Zbliża się rocznica śmierci, 19 października, a Camille Claudel, jej życie, przed życiem sztuka, a przed nimi namiętna potrzeba tworzenia, wciąż fascynują i pociągają. Od wielu dni nie potrafię zdecydować, co jest w jej biografii najważniejsze. Wciąż patrzę na nią niewłaściwie. Skupiam się na śmierci, a przecież nie śmierć się liczy. I wcale nie 19 października, bo Camille umarła znacznie wcześniej. Umierała nawet kilka razy. Raz, gdy brat oddał ją do szpitala psychiatrycznego. Dla nas dziś fakt nie do wyobrażenia, że brat może być tak apodyktyczny, ubezwłasnowolniający, że traktuje ludzi, rodzinę, najbliższych, jak przedmioty bez prawa głosu narzucając im swoją wolę. Niepotrzebnie w ogóle o nim wspominam, bo brat w historii Camille jest bez znaczenia. On się nie liczy. Ani on, ani dzień, w którym brat wydał polecenie pielęgniarzom zabrania siostry do szpitala, choć tego dnia skończyło się jej wolne, artystyczne życie i nadzieja na przyszłość związaną ze sztuką, także możliwość wyzdrowienia. Pomińmy więc brata, ale też zapomnijmy o śmierci ojca, która miała miejsce tydzień wcześniej. Ojciec chronił Camille przed wolą brata i matki, więc gdy ojca zabrakło rzeźbiarka straciła wsparcie, jedyne jakie miała. Ale wcale nie liczy się, że to wsparcie straciła. Zupełnie nie. W historii Camille ważne jest to, że to wsparcie miała i także to, co dzięki niemu udało jej się przez wiele lat zrobić. Ono według mnie ma znaczenie. Wsparcie, pomoc, dobre słowo, które pozwala budować siebie, zachęca, dodaje odwagi, wskazuje, co jest wartościowe, nadaje kierunek. Z Camille Claudel zrobiło rzeźbiarkę pełną prawdy i pasji. Zdanie pochwały wypowiedziane we właściwym momencie przez ojca widzącego zdolności córki. Nieważna jest więc data jego śmierci, ani data jej śmierci, ani nawet brata, bo każdy kiedyś umrze. Ważna jest siła i wsparcie, które ojciec dał córce w czasach, gdy kobiety nie miały żadnych praw, zresztą w każdych czasach. Nie wiem, jakich słów ojciec używał rozmawiając z nią, jakimi zdaniami do niej mówił. Te zdania jednak w historii artystki są i są najważniejsze, bo to one stały się rzeźbami Camille Claudel.

Rachunek za prąd

Rachunek za prąd. O nim rzadko pisuje się wiersze. A przecież na jego styku dzieją się dramaty. Pominę złodziejkę, choć i ona miałaby coś do powiedzenia. Skazana na potępienie, przeklęta w języku od początku. Jest jeszcze kwestia przyzwolenia. Czy ktokolwiek zapytał, kiedy można go używać, nie wspominając o czy? Niech temat zgody także poczeka na swoją kole. Całą uwagę i chwilę refleksji chciałabym poświecić wyzwaniu najtrudniejszemu. Stałość, natężenie, zmienność, wyładowanie, żywioł. A ono, skromne gniazdko elektryczne, bez skargi trzyma prąd na wodzy i nikt nie wie, ile kosztuje je samokontrola.

Smutek mamuta nominowany!

Smutny mamut ma wspaniałe wieści. Czytał ostatnio stronę Festiwalu Literatury dla Dzieci i dowiedział się, że został nominowany do Nagrody imienia Ferdynanda Wspaniałego za najlepszą książkę 2019 roku! Jest bardzo wdzięczny kapitule w składzie: Barbara Gawryluk pisarka, Joanna Olech, Marta Lipczyńska-Gil, Tomasz Z. Majkowski oraz członkom rady programowej Festiwalu Literatury dla Dzieci: Szymonowi Klosce i Łukasz Dębskiemu, za to wspaniałe wyróżnienie. Gratuluje też wszystkim nominowanym!

Grafika z nominowanymi książkami została zapożyczona ze strony Festiwal Literatury dla Dzieci.

Okulary

Po co ja tu weszłam? Stałam na progu sklepu i nie mogłam sobie przypomnieć. I to właśnie jest starość, pomyślałam i wtedy sobie przypomniałam. Przyszłam po krem pod oczy, po krem na starość. Bo ona zaczęła się dziś. To znaczy zaczęła się wcześniej, ale ja jej nie widziałam. Przykrywały ją oprawki. Od dziś jednak mam nowe okulary. Znacznie większe, więc dużo przez nie widać. Także to, na co kupiłam krem pod oczy. Mogę to coś zobaczyć, ponieważ szkła są znacznie mocniejsze.
– Była pani u mnie pięć lat temu – sprawdziła okulistka. – a teraz… Teraz tak naprawdę powinna pani nosić dwie pary okularów, jedne do dali i drugie do czytania.
Jęknęłam, co nie umknęło uwadze pani doktor.
– Ale może uda się jeszcze po raz ostatni – w lot złapała niewypowiedzianą przeze mnie myśl – dobrać szkła pomiędzy, żeby były i na jedno, i na drugie.
I udało się. Odebrałam więc dziś nowe okulary, takie, żeby można było w nich i chodzić po ulicy, i czytać jednocześnie. Założyłam i dopiero zrozumiałam, że niezupełnie się udało, ponieważ nie mogło się udać. Moje nowe okulary stanowiły kompromis a raczej kładkę pomiędzy młodością a starością. Już nie młodość, jeszcze nie starość, ale coś pomiędzy. Schody wyjściowe z metra zrobiły się wielkie, monumentalne wręcz. Sztachety w płocie garnęły się do mnie odsłaniając rdzawe rany. Wrzosy w doniczkach żonglowały fioletowymi kulkami. Oto symbol starości, pomyślałam gorzko o nowym nabytku, ponieważ widziałam w nim tylko te rzeczy, które były blisko a reszta tonęła we mgle. Ale im dłużej nosiłam je, tym bardziej się upewniałam się, że się mylę, że one wcale nie są złym symbolem, lecz symbolem czegoś dobrego. Kto by się tam martwił tym rozmazanym i niepewnym, co daleko przed nami, skoro tu i teraz jest takie wyraźne a przez to piękne. Mam nowe okulary szczęścia a najfajniejsze jest to, że ono się wcale ze starością nie wyklucza.

© 2020 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial