Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Luty 2020

Onanizowanie się Van Goghiem

Kilka lat temu napisałam coś tam o Van Goghu, że cała ta sława i jego dzisiejsze powodzenie jest zaprzeczeniem wszystkiego, co robił i że przy wykluczeniu Van Gogha w jego czasach dzisiejsze uwielbienie jest złem. Nie zmieniam zdania, tym bardziej, że zobaczyłam dziś film przygotowany przez BBC. Kilkuminutówka. Do współczesnego muzeum wchodzi Vincent incognito i ogląda salę ze swoimi obrazami. Wzruszony roni łzy widząc swoją ekspresję zakutą w złote, ciężkie ramy. Całuje po policzkach jakiegoś przemądrzałego historyka sztuki oddającego cześć Van Goghowi. Czarująca scenka ma przekonywać właściwie nie wiem do czego. Mnie się raczej widzi samooszukiwaniem, nazwałabym je nawet dosadniej, onanizowaniem się Van Goghiem. I tak właśnie nazwę. Bo film BBC niczego nie otwiera, nie uwrażliwia na wszystkich pomijanych dzisiaj, na pomijanych w czasach Van Gogha, na zapomniane kobiety, na odrzuconych facetów, na tych, których niszczyli zazdrośni przyjaciele albo jedynie pomijali, milczeli o nich nie rozumiejąc i nie dając szansy na cokolwiek. Ta scenka nie walczy z kastowością ani nie tłumaczy, że należy zwracać uwagę na tych niechcianych, lecz jest wstępem do powszechnego samozadowolenia:
– Patrzcie, jacy jesteśmy otwarci! Patrzcie, jak się przejmujemy odrzucanym za życia artystą.
A kto go odrzucił?
Otóż, gdyby Van Gogh wszedł dziś do takiego muzeum, o ile zostałby wpuszczony – bo niedomyty, ze śmiesznymi natręctwami, unikający ludzi – być może najpierw zostałby zatrzymany przez ochronę a potem przesiedział 48 w areszcie. Ale gdyby się dostał do takiego muzeum, wtedy krzyczałby, szalał, zatrzymywał ludzi nie potrafiąc opanować emocji. Skakałby, zaczepiał, szczypał. Czyli jednak zderzyłby się z ochroną a potem z policją, bo dzisiaj przecież nie okazujemy złości. To nie wypada. Mamy ją tłumić i udawać, że ona w nas nie istnieje. Dobrze, spróbujmy raz jeszcze. Vincent, do dzieła! Gdyby jednak mu się udało się wejść do sali z obrazami i pozostać w niej dłużej, wydarłby z ram wszystkie swoje płótna, za hipokryzję i za wykorzystywanie do budowania iluzji otwartości społeczeństwa, które jest tak samo kiedyś jak i dziś zamknięte na każdą inność odrobinę trudniejszą do sprecyzowania. Van Gogh siedziałby dziś na bezrobociu albo z kredytem frankowym, albo skompromitowany za żywy temperament byłby pośmiewiskiem prasy. Tak samo jak wtedy. Nic się nie zmieniło. Dziś też by nie pasował, bo jego ekspresjonizm był niezgodą. Dziś też by się nie zgadzał i dlatego zostałby odrzucony. Bo dzisiaj jeszcze bardziej nie ma zgody na niezgodę.
– Uspokój się, chyba przesadzasz. Nie będę z tobą rozmawiać w takim stanie. Porozmawiamy później.
Już ja go widzę, biednego Van Gogha, jak tnie nożem te płótna.

Stanisław Gabriel Żeleński

W pierwszym momencie go nie polubiłam. Nie mój typ bohatera. Zbyt pewny siebie. Postawny, przystojny, o głębokim głosie, z łatwością korzystał z darów natury. Tak intensywnie z nich korzystał, że Gabriela Zapolska uczyniła go pierwowzorem bohatera swej powieści „Wodzirej”, bo w czasach studiów lwowskich Stanisław Żeleński, no cóż, żadnej nie przepuścił. Nie każdy tak umiał, jego młodszy brat, Tadeusz, nie bardzo. Nieśmiały w stosunku do kobiet milczał przy nich wstydząc się niewyjściowego głosu. Zresztą przy Stanisławie nie tylko głos Tadeusza wypadał blado. Boy jeszcze wtedy był bardzo słabo zarysowany. Nie wiedział, co chce robić w życiu. Studiował medycynę, ale bez przekonania, bo z przekonaniem grywał tylko w karty. Jego starszy brat nie miał takich dylematów. Wiedział czego chce i kogo. Skończył politechnikę we Lwowie, wybrał piękną narzeczoną i zaczął pracę na stanowisku architekta. Nuda. Ciekawie robi się dopiero, gdy okazuje się, że podobno nieprzyjemnie wykłócał się z braćmi. Awanturowali się we trzech: Stanisław, Tadeusz i jeszcze najmłodszy z nich, Edward, przyszły urzędnik bankowy, współtwórca Zielonego Balonika. Dorastający Żeleńscy tak zajadle ze sobą walczyli, że pomieszkujący z nimi poeta, Kazimierz Przerwa -Tetmajer, ich brat cioteczny, planował w czasie ich awantur przeprowadzkę do innego mieszkania. I proszę, Stanisław od razu staje się bardziej ludzki a jeszcze bardziej uczłowiecza go fragment listu jego ojca. Władysław Żeleński, ceniony kompozytor, skarżył się synowej, Izabeli, że wprawdzie otrzymał pocztę od Stasia, ale ani słowa nie potrafi z niej zrozumieć, tak Stanisław bazgrze. Może i pisał niewyraźnie, ale dbał. O Tadeusza po śmierci Dagny Przybyszewskiej, o ojca po śmierci matki, a potem znowu o ojca po śmierci najmłodszego Edwarda, który zmarł na serce chore z miłości. Trochę sercu Edward dopomógł naciskając cyngiel.
Chciałam napisać, że wzrusza mnie przemiana, która dokonała się w Stanisławie, że z pewnego siebie i skupionego na własnych potrzebach stał się czuły, opiekuńczy i odpowiedzialny za rodzinę. Jednak tak naprawdę żadna przemiana się w nim nie dokonała. On był wciąż, przez całe swoje krótkie życie tak samo pewny siebie. Gdyby nie był, nie odważyłby się zakupić w 1904 roku zakładów witrażowych i nie uczyniłby z nich najpierwszej spółki w Galicji, dla której pracował Mehoffer i Wyspiański. Właśnie ze Stanisławem zrealizowali swe najsłynniejsze projekty. Dziś nikt ich arcydzieł z najstarszym bratem Żeleńskim nie kojarzy. Pewnie byłoby inaczej, gdyby Stanisław nie poszedł w 1914 na wojnę i nie zginął na niej tak razu. I nic nie zmienia fakt, że zginął śmiercią bohaterską. O tym też już nikt nie pamięta. Na krakowskim polu pozostał tylko jeden brat. Tadeusz stał się wreszcie Boyem, tłumaczem, felietonistą, krytykiem, pisarzem, gigantem myśli i języka. Nie wiem, czy po śmierci Stanisława obchodził jeszcze rocznicę jego urodzin, ale ja dziś ją sobie obejdę.

Dom Towarzystwa Lekarskiego, w środku znajduje się witraż według projektu Stanisława Wyspiańskiego. Zdjęcie: Zygmunt Put, wikipedia.pl.

O braciach Żeleńskich i innych rodzeństwach więcej w książce: „W cieniu sławy. Zapomniane rodzeństwa sławnych Polaków”, Muza 2018.

Poczta

Z nieszczelnym rozporkiem
i złamaną nogawką
rękaw nie sięga listonosza.
Palce dopięły drzwi na guzik.
Okno zawiązało ostatnią dziurkę.
Pukanie ustaje.
Wyjmij skarpetkę z koperty.
To dziś jedyna wiadomość.

Dzień kota

Ludzi sporo. Jedni stoją drudzy siedzą. Drzwi uchylają się na stacji. Do wagonu wchodzi kobieta w siwym kapeluszu i płaszczu. Otwiera torebkę i grzebie w niej palcami. Ponad tłum wnosi się szare ramię.
– Kłębek? – pyta pierwszy pasażer.
– Kłębek! – odpowiada drugi.
Trzeci łapie czwartego za stopę. Ten na czworakach popycha kłębek łapą i przewraca piątego. Szósty ugniata brzuch siódmemu. Dziesiąty chwyta włóczkę pazurem i biega dookoła piętnastego. Dwudziesty przerzuca sznurek od nosa do stopy. Związał się z drugim supłem nierozerwalnym. Kobieta zamyka torebkę i siada, bo miejsca w wagonie są już wolne.

Fatalne zauroczenie

Jakby tu obejść Walentynki? Nie ma lepszego tematu niż „Fatalne zauroczenie”, a zatem obejrzeliśmy je wczoraj. „Ciekawe, że dużo jest w tym filmie psa” zwrócił uwagę mąż i miał rację, ponieważ w pierwszej godzinie kinowego przeboju z roku 1987 pies pojawia się na planie wiele razy. Zbliżenie pyska, pies wyglądający przez okno, merdający ogonem, drapany za uchem, śpiący na dywanie, biegający po parku, tarzający się w trawie a nawet jedzący spaghetti. Beztroski, rozkoszny, czysty i wierny. Zatrzymajmy się na chwilę przy talerzu pełnym makaronu. Stoi na podłodze przy lodówce. Żona przygotowała go dla męża a mąż nie zdążył go zjeść, bo spędził noc u kochanki. Dla niepoznaki oddaje spaghetti psu. Jest to więc talerz symboliczny, podobnie zresztą jak pies. A zarazem moment filmu zwrotny, w którym romans głównego bohatera zaczyna przybierać fatalny obrót.
Niesamowicie ogląda się filmy z przeszłości. Ich wypracowana przez wybiórczą pamięć wizja, także przez poświecone filmowi teksty popkultury, często rozmija się z rzeczywistym obrazem. Tylko, co jest rzeczywiste? Czy cokolwiek w ogóle jest obiektywne?
Właśnie, bo czasem jest jeszcze inaczej. Nie tylko wyobrażenie o filmie rozmija się z jego treścią, ale także zmieniają się czasy. Tym samym zmienia się odbiór treści. To była moja pierwsza myśl po napisach końcowych; jak to się stało, że „Fatalne zauroczenie” utkwiło w mojej głowie jako film o kobiecie – wariatce? Przecież ona, Alex, grana przez Glen Close, wcale wariatką nie jest. Dla tych, którzy nie pamiętają fabuły, krótkie przypomnienie. Szczęśliwy małżonek, w tej roli Michael Douglas, nawiązuje przypadkowy acz krótki romans z Alex. Dla niego jedna wspólna noc znaczy tyle, co nic. Ona chce od niego więcej i nie przyjmuje odmowy. Głuche telefony od niej rozbrzmiewają nawet w nocy. Nachodzi Douglasa w pracy a potem w domu. Jednak nie bez powodu. Wszystko dlatego, że w czasie tej jednej, jedynej wspólnej nocy (co prawda noc była jedna, ale seksu w niej, ho ho! znacznie więcej) Alex zaszła w ciążę. On nie chce tego dziecka i nie chce kobiety w swoim życiu. Ona przeciwnie. Chce, żeby uczestniczył w przyszłym życiu ich dziecka. Porozumienia nie ma, emocje narastają. Ona niszczy mu samochód, on idzie na policję, ona zabija jego córce królika, on mówi wszystko swojej żonie, ona porywa jego dziecko, on jej grozi i ją bije, ale na koniec ją oszczędza, czego bardzo żałuje, bo niebawem ona pojawia się u niego w domu z dużym nożem, więc zostaje zabita przez niego i jego żonę, bo małżeństwo działa wspólnie i jest siłą nie do pokonania. Przecież ona była złem.
Obejrzałam „Fatalne zauroczenie” do końca i zamilkłam z wrażenia a zdarza mi się to nie często. To nie jest film, który pamiętam. To nie jest film, który znam z jego popularnego odbioru. I nie jest to film, jeśli patrzeć na niego dosłownie, do obrony. Bo oceniając go dosłownie nie można uczynić z postaci granej przez Glen Close wariatki. A to dlatego, że ona wariatką nie jest. Jej racje, choć przerysowane, ale jednak są słuszne. Zaszła w ciążę a facet uchyla się od odpowiedzialności. Nie dość tego, kwestie wypowiadane przez tę rzekomą wariatkę mają niestety sens: zabawiłeś się mną i porzuciłeś jak śmiecia.
Dziwne, myślałam, przecież sympatia widza pozostaje z męskim bohaterem, także moja sympatia. Od początku kibicuję jemu, trzymam za niego kciuki, żeby się nie wydało, żeby go zostawiła w spokoju, a w ogóle, co ona sobie myśli? A mimo to nie potrafię postaci kobiecej napiętnować.
Nie mogłam sobie z tym filmem poradzić aż do chwili, w której zdałam sobie sprawę, że są tylko dwie możliwości, albo to jest zły film albo ja go do tej pory oglądałam niewłaściwie i go wcale nie rozumiem. I wtedy pojęłam, że wina jest oczywiście moja, ponieważ jest to opowieść głęboko symboliczna i tylko w tym wariancie, jeśli przyjąć tę symbolikę, składa się wreszcie i do końca. „Fatalne zauroczenie” staje się filmem nareszcie logicznym.
A symbolika zaczyna się od psa, na którego zwrócił uwagę mąż, tym razem już mój. Pies jest ważnym elementem, ponieważ jest znanym i stosowanym w malarstwie symbolem wierności małżeńskiej. W dodatku znika z filmu, gdy romans się dokonuje. Symboliczny pies odsłania następne symbole, zmienia znaczenie niesłusznie odbieranych jednoznacznie scen a zaraz potem odmienia samo odczytanie filmu. Ten staje się opowieścią o ranach poniesionych przez wszystkich jej bohaterów w sytuacji pozamałżeńskiego romansu.
Królik należący do córki Michaela Douglasa przestaje być zabitym królikiem. Staje się symbolem krzywdy, jaką ponosi dziecko. Rany żony pochodzące z wypadku samochodowego przestają być złamaniami i siniakami powypadkowymi a stają się ranami emocjonalnymi zadanymi żonie w sytuacji niepewności i zagrożenia, w czasie małżeństwa rozbijanego przez drugą kobietę.
Jeśli wreszcie symbolicznie patrzeć na „Fatalne zauroczenie”, przestaje ono być filmem o kobiecie, która maniakalnie próbuje przyciągnąć do siebie kochanka, ale staje się opowieścią o różnicach pomiędzy mężczyznami i kobietami i ich emocjami związanymi z seksualnością. Przy takim spojrzeniu na film zmienia się też postać ofiary. Ofiarą do pewnego stopnia stają się wszyscy: mąż, żona, dziecko. Ale największą ofiarę ponosi ta druga kobieta, ta, która powszechnie została uznana za wariatkę, maniakalną psychopatkę. Nie jest nią, nie prześladuje, lecz chce miłości. Jednak z punktu widzenia małżeństwa miłość jej się nie należy. Druga kobieta jest intruzem i dlatego musi zginąć.
Z czym mi się „Fatalne zauroczenie” kojarzy? Tylko z jednym. To jakby kinowa wersja piętnastowiecznego obrazu Jana van Eycka „Małżeństwo Arnolfinich” – symbol siły instytucji małżeństwa.

Fatalne zauroczenie, 1987, reż. Adrian Lyne.

Proste

Ja naprawdę lubię ten moment. Choć, a może właśnie dlatego, że zdarza się tak nieoczekiwanie. Na wysokości skrzyżowania, przy śmietniku tracę wysokość. Zapadam się nagle, gdy szara powierzchnia chodnika ciemnieje. Otwiera się morze, które było tu kiedyś. Jest słone i zimne. Zachłystuję się wodą poprzez przeźroczystą tkankę. Równie nieobecna bywam tylko w środku tubki z czarną farbą. Światło odbija się wtedy od nakrętki pilnującej cienia. Dopóki farba jest w środku nie mam gdzie się schować. Żadna kieszeń nie jest dość głęboka, zaułek dość ciemny a okna dość niezamieszkane. Nie mogę być psem uwiązanym przez właściciela w cieniu sklepu, mrówką faraona w szczelinie, szczurem niewychodzącym z rury albo meduzą w morzu, którego już nie ma. Otwieram tubkę i już jestem. Gdybym teraz, na zakończenie napisała, że na wysokości skrzyżowania, przy śmietniku znalazłam tubkę z czarną farbą, nagle wszystko stałoby się proste. Dlatego nie napiszę.

Minuty

Różnica między nami mierzona jest w blisko i w daleko. Twoje oko oparte rzęsą. Moje oko oddalone do wtedy. Między nami jest kilka przeźroczystych liter. Ty spoza nich widzisz mnie inaczej niż ja widzę siebie a ja ciebie widzę inaczej, niż tobie się zdaje, że cię dostrzegam. Jestem dla ciebie niewyraźny, ale uchwytny. Trzymasz mnie poprzez minuty i nie rozumiesz, że minuty istnieją tylko dla ciebie. Mnie w bursztynie już nie ma, a ty jeszcze się drapiesz.

Ilustracja: Paul Klee.

© 2020 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial