Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Styczeń 2020

Syn

Nie chciałam mieć córki. Nie pamiętam takiej myśli, nawet z najwcześniejszego dziewczęcego dzieciństwa. Nie pamiętam, żeby moje dzieciństwo było dziewczęce. Granie w piłkę, łażenie po strychach, palenie niby-skrętów, wykradanie tacie papierosów, gencjana, góry, obozy, lasy.
Dość szybko wiedziałam, jak moi synowie będą mieli na imię. Pierwszy po wujku Michale, który mówił do mnie:
– I jak tam Kajtek Srajtek się dziś miewasz?
Śmiał się przy tym dudniąco i ściskał mnie z taką serdecznością, że jego nazwisko łączone z najpoważniejszą komunistyczną cenzurą, jak to w polskim suple dziejowym, musi dla mnie oznaczać także ciepło dzieciństwa.
Drugi syn po dwóch Jędrkach, pierwszym o witalności i energii muzycznej tak wielkiej, że do dziś widzę go, jak w wieku lat ośmiu podskakuje przy pianinie. Drugi Jędrek o nie mniejszej energii muzyczno – literacko – słownej. Każda minuta spędzona z nim pozostaje.
– Ma pani synów? – słyszałam nie jeden już raz. – Dwóch synów? Nie, no to trzeba teraz córkę. Syn to nie to samo. Wiadomo. Córka wrażliwa, syn tego, co córka nie da.
Albo:
– A, to współczuję. Taki to nic w domu nie zrobi i na starość o pani zapomni. Córka, to co innego, zatroszczy się, ugotuje, a syn jest do niczego. Wie pani, co mam na myśli?
Stoję, patrzę na chłopaków i nie wiem. Robią właśnie sok w kuchni. Starszy trze jabłka na tarce a młodszy je obiera. O, a teraz się zamieniają. Starszy podaje tarkę młodszemu i mówi:
– Tylko uważaj na opuszki.

Ołówek

Każdego dnia zostawiam się za sobą. Oddzielam się po kawałku. Jest mnie coraz mniej, więc poza mną jest mnie coraz więcej. Zostawiam ślad bliski i obcy, jestem nim i go nie rozumiem. Nie czytam znaków, nie jest skojarzeniem. Zanikając przemieniam się w co tylko mnie zetrzesz. Naprawdę jestem tylko pomiędzy tobą, mną i kartką.

Smutek mamuta w Nowych Książkach!

Hip hip hurra! Cieszę się podskakując, bo w styczniowym numerze miesięcznika Nowe Książki jest! Jolanta Kossakowska napisała recenzję „Smutku mamuta” Wydawnictwa Nisza. Co tu dużo gadać, radość i wdzięczność. Dziękuję!

Jeśli jeśli

Drzewo brzoskwini nie jest proste. Nie mogłoby iść do wojska. Nie nadaje się na żołnierza określonego mundurem stąd dotąd. Jest niewielkie. Konary ma jak fale. Rozchodzą się od grubszych, po cieńsze, jak kręgi na wodzie. Trochę, jakby tańczyły. To dlatego drzewa brzoskwini nie da się ująć w pudełko. Tak jak emocji. Emocje są jak drzewo brzoskwini. Rosną na nim liście, gałęzie, a czasem wyrastają z niego owoce, które można rozgniatać i zlizywać z dłoni sok.
Chciałabym żyć w kulturze, w której na uczucia patrzy się jak na drzewo brzoskwini. Są złożone z wielu gałęzi, liści, korzeni i owoców. Wiele różnych uczuć, które sobie nie przeczą, lecz stanowią jedność. Ale w mojej kulturze uczucia pakuje się do osobnych pudełek, więc każde przybiera kształt określonego opakowania. Kultura jeśli – jeśli. Tak ją sobie nazwałam. Jeśli mnie kochasz, nie kochasz nikogo innego. Jeśli mnie kochasz, nie pójdziesz z nim na kawę, nie spojrzysz na nią z czułością, nie popłynie ci po udzie sok brzoskwini, gdy pomyślisz o kimś innym niż ja. Kultura jeśli – jeśli jest sekatorem, który obcina gałęzie, jest pudełkiem, które nadaje kształt czemuś, czemu kształtu nadać się nie da, bo gdy kształt uczucia określa się z góry, nie pozwala mu się przybrać kształtu takiego, do jakiego zdolne byłoby dorosnąć samodzielnie. Samodzielność jest słowem, które w kulturze jeśli – jeśli nie powinno występować. Nie jest lubiane. Podobnie jak: dojrzeć, poczekać, nie spieszyć się, mijać, patrzeć, pozwolić sobie, nie karać się, akceptować. W mojej kulturze jeśli – jeśli karanie jest częścią tradycji. Karzemy się sami. Najpierw nazywając masturbację samogwałem. Potem karze nas współpartner lub współpartnerka, za nielojalność, za czułość dla innych, za liść, za brzoskwinię, za gałąź. Nie można mieć do nich pretensji, kontynuują tylko dzieło zaczęte przez ojca i matkę, bo przycinanie i manipulowanie emocjami zaczyna się jeszcze w dziecięcym pokoju, od określania, kto będzie dobrym partnerem, jak powinna wyglądać relacja, co powinno się czuć. Od zgody bądź niezgody, kpiny i ironii, ośmieszania emocji. W mojej kulturze jeśli-jeśli wcześnie zaczyna się obrywać liście i łamać gałęzie. W tej kulturze powstają związki bonsai oparte na strachu i nieznajomości siebie. Wystarczy przecież znać oczekiwania narzucone przez kulturę. W kulturze jeśli – jeśli hodowanie spojrzeń, półspojrzeń i westchnień jest złem. Są też słowa nieme, otoczone milczeniem albo zamienione w przekleństwa. Im bardziej soczyste słowo, im cieplejsze i umiejscowione głębiej w ciele, tym bardziej jest przez moją kulturę ośmieszone i wykpione. Pragnienie tych słów jest złem. Ich potrzeba jest dewiacją. W mojej kulturze dobrem jest ostra krawędź nie do przekroczenia, opakowanie, kłódka, zamknięcie, samokontrola, wstyd. Jeśli mnie kochasz, nie powinieneś, nie wolno ci, nie należy, nie jest wskazane, musisz, bo jeśli nie.
Ukształtowała mnie kultura szantażu. Ułożyłam się do pudełka, ale ciasno mi i duszę się. Drzewo brzoskwini rośnie w ogrodzie. Czuję je nawet teraz.

Ilustracja: Vincent van Gogh, Kwitnące różowe drzewo brzoskwiniowe, 1888, Kröller-Müller Museum. Źródło: wikipedia.

Janek Kolejarz

Poranek. Śniadanie już zjedzone, ale my jeszcze siedzimy przy stole. Niewyschnięta kropla kawy, gazety, radio informacyjne brzęczy w tle.
– A myśmy mieli w Lublinie takie lodowisko – mówi mąż – na które chodziło się, nie żeby pojeździć, bo nikt nie miał na to pieniędzy, ale żeby porozmawiać. Zbierały się tam dzieciaki z okolicznych osiedli a wśród nich Janek Kolejarz.
Mąż patrzy na mnie pytająco.
– Słyszałaś o Janku Kolejarzu?
Kręcę głową na znak, że nie, do tej pory nigdy.
– Taki niesamowity chłopak – mąż zapala się – znał cały rozkład jazdy, wszystkich pociągów, w całej Polsce.
– Serio?
– Naprawdę! – mąż aż pochyla się nad stołem – można go było zapytać o każde miejsce. Od razu podawał godzinę odjazdu i przyjazdu. Wszystkie trasy znał na pamięć.
– I wyście mu wierzyli?
– No pewnie! – mąż odpowiada bezzwłocznie. – Przecież to był Janek Kolejarz! Człowiek legenda!
– Ale mógł was oszukiwać?
Mąż opiera się z powrotem o fotel i pochyla głowę. Przez dłuższą chwilę trwa w milczeniu. Wreszcie odzywa się, ale mówi znacznie ciszej i nie patrzy na mnie:
– Myśmy tam, na Wschodzie sobie ufali. Proszę, nie niszcz mojego dzieciństwa.

Schodek

Dzień jak co dzień. Sucho w gardle o poranku, prześcieradło jak papier ścierny. Wysuwam się spod kołdry. Niezdarnie zagarniam płytki podłogowe. Nieskoordynowane ruchy prowadzą do kranu. Otrząsam płetwy. Pod stołem kuchennym składam jajko. Przez pół godziny nie potrafię obrócić skorupy na brzuch. Udaje mi się, więc ocieram o ścianę skórę swędzącą futrem. Mija południe i w garnku mieszam patykiem zwisając na ogonie. Po południu wychodzę z domu i na schodach spotykam sąsiada. Walę się w piersi, że naprawdę, cały ten schodek należy do mnie.
– Tylko do mnie!
On uważa inaczej. Przepuszczam sąsiada dopiero późnym popołudniem. Odkładamy oszczepy i dzielimy się złapanym w piwnicy szczurem. Wtedy z mieszkania na parterze wychodzi trzeci sąsiad i podaje nam zapalniczkę. Pieczony szczur smakuje wyśmienicie. Wracam do domu. Nie rozumiem, skąd wziął się pod stołem żółw. Jest wieczór i na kartce stawiam ostrożnie litery. Zasypiam czytając, co dziś napisałam z poczuciem, że jutro trzeba będzie zacząć wszystko od nowa.

Ilustracja: Petroglify, Wyoming, źródło: pinterest

Jedź

Nie pamiętam, kiedy się zorientowałam, ile miałam wtedy lat. Niewiele. Cztery, może pięć. Stałam przed drzwiami i one rozsunęły się. Same, szklane drzwi rozstąpiły się przede mną. Nie mogłam uwierzyć, że to potrafię. A potem się przyzwyczaiłam. Autobus, tramwaj, wszystkie otwierały się przede mną same podobnie jak windy. Schody ruchome jechały w górę albo w dół, zawsze tam, gdzie chciałam. Nauczyłam się szeptać zaklęcia po cichu. Nie ruszać ustami. Nie prowokować reakcji, bo ludzie nie uwierzą. Raz wymówiłam jakieś słowo głośniej, chyba w pociągu. Powiedziałam: jedź. I pojechał. Przez całą drogę patrzono na mnie dziwnie, odsuwano się, odwracano, kpiono.
– Opluwajcie – mówiłam – upokorzenie nic tu nie zmieni.
Ktoś krzyczał mi do ucha, że to nie moja zasługa, że maszynista, konduktor i silnik. Głupi. Ludzie nie chcą uwierzyć a ja tam wiem swoje. Na potwierdzenie mam zresztą dowód. Prawdziwy, nie żadne wygłupy. Mój syn też tak potrafi. Staje przed drzwiami metra i one się przed nim same rozsuwają. I co? Nie mówiłam? To jest dziedziczne.

Józef Czapski, Pociąg podmiejski, 1967

Koło

Zaczyna się od płaskiej formy. Koło, kwadrat, prostokąt, obrys stóp, który rośnie. Wzmacniany warstwą ściółki, trawy, trzciny, piasku sosnowego młodniaka, szyszek, gliny, wody, ognia. Cegły przylegają ciasno do łydek, kolan, pośladków, bioder, brzucha, łokci, piersi, łopatek, policzków, uszu. Aż po krańce rzęs rozciąga się step. Źrenice czarnoziemu, zasypane zatoki, nieprzejezdne kanały. Lawina błotna owinęła małżowinę. Biała fuga horyzontu. Oddech się pyli. Ustał młoteczek i bębenka nie słychać.

© 2020 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial