Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Wrzesień 2019

W rocznicę

Po Paryżu wiadomość musiała rozejść się błyskawicznie, ale z Paryża do Prowansji był spory kawałek. Wieść wędrowała pewnie przez kilka dni i jest całkiem możliwe, że gdy dotarła do drzwi frontowych, Paula nie było w domu. Stał ze sztalugami gdzieś na polu i nakładał na płótno pomarańczową farbę. Tak czy owak nie mógł dowiedzieć się dwudziestego dziewiątego września 1902 roku, w dniu śmierci Zoli, że ten właśnie zmarł. Dowiedział się kilka dni później. Na stole przed nim leżała gazeta. Cézanne wstał bez słowa, włożył do kieszeni szkicownik i węgiel, a może wcale ich od wczoraj nie wyjmował, i ruszył przed siebie. Owszem, możemy a nawet powinniśmy zapytać, co czuł dowiedziawszy się o śmierci przyjaciela z dzieciństwa. Zola był przecież kimś, kogo malarz kochał, kto był świadkiem jego dojrzewania, kto zresztą sam także na oczach Cézanne’a się rozwijał, aż obaj stali się gigantami równymi jedynie olbrzymowi z chińskiej baśni, Panku, z którego ciała powstał nowy świat. Z pary oczu Słońce i Księżyc, z włosów lasy, z ciała ziemia, z krwi rzeki. Tak samo Paul Cézanne i Émile Zola dali początek nowej wrażliwości. Ten pierwszy wrażliwości intelektualnej w malarstwie. Ten drugi społecznej w literaturze. Może żaden z nich nie zostałby sobą, gdyby nie spotkali się w wieku lat dziesięciu w jednej klasie i po szkole nie biegali codziennie włóczyć się ścieżkami za miastem.
Émile Zola nie zdążył pomyśleć przed śmiercią o dawnym przyjacielu. Może myślał o nim wcześniej, może nawet każdego dnia, dwudziestego dziewiątego września rano, jednak w chwili śmierci nie. Zaskoczyła go. Nie wiedział, że mu się przydarzy i ona, i nieszczelny piecyk gazowy. Ktoś chyba chciał, żeby umarł. Nawet nie jeden. Zola, socjalista i antyklerykał, który oskarżył rząd francuski o antysemityzm, miał wielu wrogów. Być może jednak największym był jego ukochany przyjaciel z dzieciństwa, Paul Cézanne, który kilkanaście lat wcześniej przeczytawszy napisaną przez Zolę książkę o niemocy artysty malarza, uznał, że jest pierwowzorem bohatera a Zola deprecjonuje impresjonizm i malarstwo awangardowe, z którym Cézanne się przecież utożsamiał. Więcej się do Zoli w swoim ani jego życiu nie odezwał.
Co czuł wędrując szesnaście lat później, na przełomie września i października 1902 roku, piaszczystą drogą i niosąc ze sobą myśl o śmierci dawnego przyjaciela? Też uważam, że dobrze byłoby to wiedzieć. Najbardziej ciekawy byłby zapewne sam Paul Cézanne. On nie miał pojęcia, co powinien myśleć. Co powiedzieć, owszem, jak bardzo mu żal. Co napisać, oczywiście, że niepowetowana szkoda. Ale co myśleć? Czy umiałby sam przed sobą się do myśli przyznać? Może miał nadzieje, że śmierć zatrze urażoną ambicję i poczucie zdrady. A może dobrze wiedział, że nawet jej rzadko się to udaje.

Niedziela

Ile razy patrzę w niebo, widzę samolot. Naprawdę, wcale nie żartuję. Poniedziałek o świcie, podnoszę głowę, na niebie samolot. We wtorek obudziłam się później. Wychodzę, zerkam na niebo. Jest. Od razu, leci bez chwili wahania. Środa. Postanowiłam zrobić eksperyment. Przez wiele godzin nie patrzyłam w niebo. Gwizdałam dla niepoznaki. Nagle, już. Broda, oko, rozwieram powieki. Samolot. Znowu. W czwartek pomyślałam, że nie wyjdę. A co tam, najwyżej go nie zobaczę, ale szczekał pies sąsiada. Podeszłam do okna, żeby spojrzeć na balkon bloku naprzeciwko. I znowu to samo. Oko powędrowało wysoko i sylwetka biała, skrzydła ułożone posłusznie, dziób skoncentrowany, ogon zadarty. Przeleciał. W piątek było ładne słońce. Wracałam ze sklepu z pełnymi siatkami, coś jednak było w powietrzu takiego, że zatrzymałam się w pół drogi. Oparłam plecy o murek na podwórku i wystawiłam twarz do ogrzania. Od razu je zobaczyłam. Je, bo nie jeden, lecz dwa samoloty, każdy w inną stronę. Białe komary na niebie. W sobotę też były, bo stałam długo w kolejce i co kilka minut z nudów zadzierałam głowę. Do góry i samolot. Do góry i to samo. Ze cztery naliczyłam. W niedzielę to mi się w ogóle nie chciało wychodzić z domu. Siedziałam na kanapie i myślałam, że przez cały tydzień wystarczajaco się namęczyłam. Zasłużyłam na odpoczynek. Gdy raz nie poleci, nic się przecież nikomu nie stanie.

Był zbyt

Urósł. Stanął pod framugą i zaznaczył kreską wzrost. Był za wysoki, zbyt obszerny. Nie mieścił się sam w sobie z drugą połówką. Cisnęła go. Ona też urosła. Zawadzała, wpijała się w bok. Razem nie mieścili się w drzwiach. Przykucnął więc i poczekał aż połówka przeciśnie się i wypełni przestrzeń. Wśliznął się pomiędzy nią i ścianę a potem odwrócił. Dlaczego miałby na nią patrzeć? Dlaczego miałby patrzeć na siebie i być świadomym? Wolał nie być. Rozmiar i przestrzeń a w nich on, w połowie człowiek, w połowie jeż. Połówki wydarzały się bez jego udziału. Patrzyli na nie inni, a skoro tak, on mógł pozwolić sobie na nieobecność.

Zmiana

Ona wcale nie ma dużych stóp. A nawet gdyby miała, to bez znaczenia, bo stoi na palcach. Chciałaby wyjść po cichu, żebyś się nie obudził. Buty wsadziła w kieszenie kurtki. W dwie strony sterczą obcasy. Miło z jej strony, prawda, że jest niezmiennie delikatna? Wie, że nie zostanie na śniadaniu, lecz przy kolacji o tym nie wspomina. Po co miałbyś się denerwować, ona dla ciebie tego nie chce. Przemierza więc przedpokój omijając ruchomą klepkę, dlatego nie budzisz się. Wstajesz, ale nie przez nią. Przez sen odnajdujesz drogę do toalety i dopiero wtedy dostrzegasz ją przy drzwiach wyjściowych. Niby od wczoraj wiedziała, że wyjdzie i niby nie chciała cię denerwować, a jednak wolała poczekać aż wstaniesz i przyłapiesz ją na gorącym uczynku. Dlatego Zmiana nie ma dużych stóp, bo ona nigdzie się nie wybiera.

Ilustracja: Henri Matisse.

Listonoszu

Listonoszu wieczornej mgły, który nosisz pocałunek pod znaczkiem na kopercie, a w kieszeni dojrzewa ci kulisty piorun wiśni, wytrząśnij z buta odcisk piasku i przynieś paczkę wyrosłą trawami. Słońce w niej zachodzi i ja.

Na ścianie

Gdyby przywiązano mnie za nogę lub palec, nie byłoby problemu. Zdołałabym odkręcić ramię, powyciągać stawy, odczepić paznokcie. Obie stopy ułożyłabym w pudełku zwracając je podeszwami na zewnątrz. Rozłączone kolana nasmarowałabym olejem. Z piersi wypuściła powietrze. Zwinięte w rulony leżałyby w szczelnym pokrowcu tuż obok oczu. Zwilżonych, żeby nie wyschły. Narządy wewnętrzne od dawna zamknięte byłyby w walizce. Rozłożona czekałabym w szafie z dłońmi na wierzchu, tuż obok narzędzi gotowych na wypadek nakazu montażu. Gdyby więc przywiązano mnie za nogę lub palec, uwolniłabym się z łatwością. Nawet, jeśli drugi koniec nitki zaplątałby się w gałęzie. Lecz przywiązana do zajączka na ścianie nie zdołam się uwolnić.

© 2019 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial