Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Czerwiec 2019 (strona 1 z 2)

Ogłoszenia drobne

W naszym mieście odbyło się doroczne uszczelnianie. Do worków na śmieci mieszkańcy wyrzucili kilka ton niezarejestrowanych szczelin, dziur, szczerb i rozpadlin. W ciągu jednego dnia, od rozszczelnienia do uszczelnienia powiek, mieszkańcy wyszukiwali szpary powstałe w wyniku osiadania gruntów, odkształcania się drzwi, rysy biegnące pod presją czasu, dziury wynikłe z korozji, wiatru, ognia, powietrza, wody, wady wzroku, słuchu, dotyku i smaku. Zaklejone zostały otwory powstałe w czasie ewolucji, przejścia pomiędzy budynkami, dziury w zębach, niedomknięte związki i uczucia nienazwane. Wycieki feromonów, melancholii i ulewającej się tęsknoty należy zgłaszać do zakładów kanalizacyjnych bezzwłocznie. Ekipa naprawcza grzeje silnik w garażu.

Dźwięki

Na widowni zapadła cisza. Przez chwilę w powietrzu trwało jeszcze kasłanie, szuranie i szeptanie publiczności. Choć ucichła, jej odgłosy trwały w pamięci. Pół człowiek pół jeż każdy dźwięk przyjmował z wdzięcznością i niepokojem. Wdzięczność nie wymaga tłumaczenia. Dźwięki stwarzały mu świat. Do tamtej chwili, pewny był tego, nikt nie stwarzał świata samymi dźwiękami. Słowem, obrazem, obrazem i słowem, piaskiem, wodą, ogniem, lodem, a nawet siekierą, ale nikt nie użył jako budulca samego dźwięku. A teraz świat miał powstać tylko w oparciu o niego. Niepokój pół człowieka pół jeża nie miał odpowiednika w brzmieniu, bo był jeszcze niestworzony. Ciszę przerwało tupnięcie dyrygenta. Krzesła skrzypnęły, gdy orkiestra wstała. Rozległy się oklaski. Pół człowiek pół jeż słyszał kolejne etapy wydobywania się z nicości. Widzieć wciąż nie mógł. Jego oczy nie były przypisane do żadnej nuty. Czekał na swoją kolej, na swoją chwilę stwarzania. Dyrygent uniósł batutę. „To już!”, pół człowiek pół jeż chciał krzyknąć. Zamiast tego zapadła cisza. Musiał stracić przytomność. Gdy się ocknął, bolała go głowa. Rozcierał guz na głowie i słuchał dobiegającej ze wszystkich zakamarków powstałego dopiero co wszechświata melodyjnej opowieści o pół człowieku pół jeżu, z którego nie wydobył się żaden dźwięk pod uderzeniem pałeczki cymbalisty. A zatem pół człowiek pół jeż był już stworzony, choć nie takiego brzmienia się spodziewał.

Ilustracja: Wassily Kandinsky. Ściana A, 1922.

Półksiężyc

To pół przylegało niesymetrycznie. Już dawno przesunęło się czarnym półokręgiem. Najpierw na kole pojawiła się rysa. Od wnętrza przybiegała zygzakiem do krawędzi i czarny półksiężyc odsunął się. Mógłby odsunąć się w różne miejsca. Przed nim otwarte stały czarne przestrzenie. Mógłby się po nich wznieść, mógłby dryfować, dać się zepchnąć do narożnika, wepchnąć w kąt jakiejś sile, jednej czy drugiej. Mógłby dążyć, zdążyć, spóźnić się. Zniknąć też. I mógłby spaść. Niech tam. Niech będzie, że nawet na Ziemię. Albo prawie. Na parapet mógłby, gdzie leżałby w ciszy kontemplując stan zawieszenia pomiędzy niebem a chodnikiem. Mógłby spaść na sposób pozytywistyczny. Zostać czarnym dachem chroniącym przed słońcem lub deszczem. Mógłby wpasować się w życie biologiczne planety i zająć miejsce czarnego kapelusza na odnodze grzybni. Zamiast tego opadł półkolistym obcasem tuż pod moją stopę. Jedną nogą sięgam teraz Ziemi a drugą księżyca.

Smutek mamuta w Dwójce

Na antenie Dwójki, patrona medialnego książki, Smutek mamuta. Prawie wszystkie mity świata, Wydawnictwa Nisza, o mitach opowiadałam tak, co można nie tylko usłyszeć, ale także zobaczyć .

W Domu nad Łąkami

Pamięć o tym wyjątkowym dniu chowam do szuflady z najpiękniejszymi widokami. A właściwie nie tyle pamięć, co spojrzenie Zofii Nałkowskiej. Bo tego dnia ona, we własnej osobie, ze ściany Muzeum im. Nałkowskich, gdzie miałam zaszczyt opowiadać o książce „W cieniu sławy”, słuchała mojej opowieści o zapomnianych rodzeństwach. Nie umiem wyrazić jak bardzo jestem wdzięczna za zaproszenie do Domu nad Łąkami, kiedyś rodzinnego domu Zofii Nałkowskiej a dziś muzeum. Radość, miłość, wzruszenie!

Doładuj haiku

Gniazdo ptaka po
słusznie rozśpiewał się do
zgonu baterii.

Haiku o świcie

Porwało ciało
rozszerzoną źrenicą
ze snu bibułkę,

Ballada o lataniu

Nie będzie to opowieść o balonie. Że balon powinien latać, on sam wiedział. Że nie powinien siedzieć zamknięty w szufladzie, dobrze rozumiał swoim gumowym zmysłem. Gumowy zmysł balona jest nader rozciągliwy. Rozciąga się na samą myśl. Myśl balona stawała się coraz intensywniejsza. Siedział w dusznej szufladzie od zbyt wielu balonowych lat. Pamiętał, gdy jasność zaczęła zawężać się z koła do kwadratu, z kwadratu do prostokąta aż stała się cienka jak nitka i znikła. Balon patrzył w miejsce, w którym znikła i czekał. Gumowe oczy przywykły do ciemności. Zmiażdżony pod brakiem światła balon leżał płaski. Tylko, że to wcale nie jest opowieść o nim. Balon miał nader rozciągliwy zmysł. Jego zmysł wypełniał się potrzebą coraz bardziej aż stał się zbyt pękaty dla szuflady biurka. Biurko, bo to o nim jest ta opowieść, zmysły miało drewniane, oszlifowane, pomalowane bejcą i polakierowane. Zmysły biurka otwierały się, uchylały, skrzypiały, stukały i choć bardzo się starały, elastyczne nie były.
– To nic – powiedział balon i rósł.
Im był okrąglejszy, tym biurko stawało się bardziej rozciągliwe. Powyrzucało z wnętrza szuflady. Pootwierało drzwi, żeby balon mógł w nim rosnąć. Balon więc rósł i gdy oderwał się od podłogi, razem z nim oderwało się biurko. Gdzież oni razem nie latali?

Obraz autorstwa Jędrzeja Jałochowskiego

Łąka

To miejsce, w którym dziś stoję, jest pomiędzy. Jedna ścieżka biegnie górą po skosie od prawej do lewej. Druga styka się z nią po prawej i rozchodzi dołem na lewo. Trzecia ścieżka pędzi z dołu na górę przecinając tamte dwie. Pomiędzy trzema zakreślonymi ścieżkami jest miejsce, przez które nie przebiega ani aleja, ani ulica, żadna polna droga. Jest tam łąka a na łące ja. Łąka rośnie wysoko. Spoza niej nie widać nic. Ani mnie ani patyka. Pochylam się, chwytam go i rzucam. Patyk unosi się. Widzę, jak go gonię, jak chwytam w zęby i jak biegnę z powrotem. Układam patyk przed swoimi stopami i głaszczę się po głowie. Dobra ja.
– Pobawisz się jeszcze? – pytam siebie.
– Pobawię – odpowiadam sobie.
Patyk leci ponad łąką, bo rzucam go ponownie i czekam, aż do niego podbiegnę i sobie sama przyniosę. Wyciągam do siebie rękę i gdy do niej podbiegam, udaję, że nie chcę wcale patyka oddać. Przez chwilę się mocujemy. Ja ze sobą. I w końcu ja wygrywam. Jednocześnie po łące biegnę jeszcze trzecia ja. Ta, która także wyruszam za patykiem. Ale ta ja go wcale posłusznie nie przynoszę. Chowam się z nim przed sobą i sama nie umiem siebie w wysokiej trawie odnaleźć.

Sen

Pół człowiek pół jeż wszedł na schody. Śnił. Do tej pory śnienie zdarzało mu się jedynie w czasie snu. Teraz jednak miał pewność, że sen pojawił się, gdy otworzył drzwi, w środku dnia. Pół człowiek pół jeż nie mógłby odpowiedzieć na pytanie, skąd wiedział, że to, co znajduje się za drzwiami jest snem, a to, co przed drzwiami, nim nie jest. Zanim zdecydował się wejść, przez kilka chwil trzymał stopę ponad progiem. Wprowadzał ją w sen powoli, delikatnie. Nie zmieniła się gęstość powietrza. Na dworze było tylko bardziej rześko a za drzwiami brakowało wilgoci klombów po zmierzchu. Ciśnienie krwi Pół człowieka pół jeża, smak w ustach, meble we wnętrzu domu, schody, na które wchodził, były wciąż takie same. Drewniane i ciemne prowadziły na piętra i z pięter z powrotem na dół. Pół człowiek pół jeż wszedł po nich i zszedł, tak dla sprawdzenia. We śnie nie zaburzyły się prawa fizyki. Stopnie wspinały się w górę i zstępowały na dół. Doprowadziły go na piętro pierwsze, drugie a potem z niezaburzoną logiką odprowadziły prosto do drzwi. Pół człowiek pół jeż nacisnął klamkę. Zwykle gubił się, gdy nie wiedział, że śni. Dziś zagubił się w niezagubieniu. I już wiedział, że rządzi nim tylko sen.

Starsze wpisy

© 2019 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial