Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Kwiecień 2019 (strona 1 z 2)

Smutek mamuta w Niszy

Tę oto przepiękną okładkę zaprojektował Ryszard Kajzer, wybitny artysta plastyk. Książka, Smutek mamuta. Prawie wszystkie mity świata. Rozmowy z Jędrkiem, właśnie teraz, w tej chwili ukazuje się nakładem wspaniałego Wydawnictwa Nisza. Radość i wzruszenie!

„Smutek mamuta” jest!

Jest! „Smutek mamuta” jest! Nieopisana radość i wzruszenie. Bo ta książka miała być, i mam nadzieje jest, pochwałą różnorodności. Jestem szczęśliwa, że się ukazała i w dodatku w wymarzonym Wydawnictwie Nisza, z wymarzoną redaktorką, Krystyną Bratkowską, która ideę mamuta wcieliła i pielęgnowała, z wymarzonym artystą, Ryszardem Kajzerem, który mamuta uczynił pięknym, z wymarzonym autorem recenzentem, Grzegorzem Kasdepke, który o „Smutku mamuta” na okładce napisał:

„Przekonanie, że tylko starożytni Grecy stworzyli mity jest mitem – oczywiście w potocznym tego słowa rozumieniu. Wszędzie, gdzie rodzili się ludzie, mity także się rodziły, bo wszędzie ludzie próbowali zrozumieć i opisać świat. Zawsze pojawiał się jakiś Jędrek, który zadawał pytania o początek wszystkiego… A że nasza malutka planeta niestrudzenie kręci się wokół własnej osi, mity łączą i mieszają się ze sobą. Pewnie dlatego współczesna cywilizacja coraz bardziej przypomina danie jednogarnkowe. Ale lubimy takie, prawda? Wiele składników tworzących jeden, niepowtarzalny smak!”

A na zdjęciu znalazł się wymarzony ilustrator, Jędrek Jałochowski.
Dziękuję, takiego dnia, jak dzisiejszy się nie zapomina!

Rodzeństwa w Bielsku Podlaskim

Czy wiecie, jakie piękne jest Podlasie? A wiecie, jacy wspaniali ludzie mieszkają na Podlasiu? Ja wiem i dlatego 9 maja wybieram się do Bielska Podlaskiego, gdzie będę opowiadała o zapomnianych rodzeństwach sławnych Polaków. A wszystko dzięki wspaniałej Iwonie Bieleckiej-Włodzimirow z bielskiej Biblioteki Publicznej, która z tej okazji przygotowała też taki oto fajny plakat. Bardzo cieszę się na to spotkanie. Chodźmy razem do Bielska!

Banan Miziołka

Na polskie niebo wzeszło nie słońce, lecz banan. Z jednej strony bawi mnie bananowa akcja, bo jest słuszna, śmieszna, w ważnej sprawie, więc ją popieram. Tak jak inni jestem oburzona wykluczeniem pracy Natalii LL z kolekcji Muzeum Narodowego. Bardzo lubię jej twórczość. Przy tej wczesnej czuję się oczywiście niezręcznie i nieswojo. I bardzo dobrze. Powinnam tak się czuć. Przecież celem artystki było postawienie odbiorcy wobec jego zażenowania. A ponieważ ja stanęłam wobec moich własnych zahamowań związanych z seksem i cielesnością, nie chcę widzieć w twórczości Natalii LL bananów, lecz to, czym banany miały być. Widzę sztukę ciała, związany z nią feminizm, ale nie tylko, widzę rewolucję seksualną lat sześćdziesiątych, bo te bananowe prace Natalii LL powstały kilka lat później. Widzę więc staranie o zwiększenie świadomości, o zlikwidowanie zahamowań i zwrócenie uwagi na seksualność. I nie chcę tego zamysłu pokrywać bananem. Chcę myśleć o społecznym problemie z ciałem i naturalnymi potrzebami ciała, które zostały ukryte pod etykietką „grzechu” i wciąż zbyt często są społecznie karane. Chcę myśleć o problemie z mówieniem o seksie, o problemie z akceptowaniem różnorodności w seksualności, o braku wychowania seksualnego, o milczeniu, które zastępuje nam porządną i szczerą rozmowę. Bo że źle jest z seksualnością w Polsce, to słychać nawet w języku. Miłość francuska, z którą kojarzy się banan, nie jest przecież, trzeba przyznać to szczerze, powszechnie używanym terminem. Znacznie bardziej popularne są inne. Wszystkim świetnie znane. Mogłabym darować sobie ich wymienianie, ale wtedy zrobiłabym to samo. Zasłoniła się bananem, umknęła otwartości a według mnie istotą prac Natalii LL jest nieuciekanie przed ciałem, lecz doświadczanie go, zgoda na potrzeby seksualne i odrzucenie wstydu. Dlatego wymienię terminy używane do opisania miłości francuskiej: obciąganie laski, ciągnięcie druta, robienie loda. Pal sześć ubogie i wulgarne słownictwo, zresztą widomy znak problemu. Dopóki jednak robimy sobie tego przysłowiowego loda, nie jest aż źle. Ale wciąż nie umiemy o nim mówić. Ulegamy obyczajowości narzuconej kiedyś i wciąż narzucanej przez kościół i sami pielęgnujemy poczucie grzechu, który czeka za onanizowanie się i odczuwanie przyjemności. Zamiast zjeść więc zastępczego banana, wolałabym go użyć do masturbowania się. Bo uważam, że jedzenie banana w sprawie Natalii LL odciąga od sprawy poważniejszej, o której artystka swoją sztuką chciała opowiadać, czyli od potrzeby pokonywania wstydu związanego z ciałem i akceptowania naturalnych potrzeb seksualnych.

Natalia Lach-Lachowicz, Sztuka postkonsumpcyjna, (fragment, 1975), fot. Dom Aukcyjny DESA Unicum.

Znam ją

Miłość? Znam ją. Widuję codziennie. Chodzi tu, o, tuż obok. Postać ma niewielką. Stawia drobne kroki. Każdego ranka sfruwa na parapet okna, za którym mieszka mój mąż. Ląduje, przechadza się a potem dziobem puka w szybę. Mąż wstaje i podciąga granatową roletę. W ten sposób on także mówi jej dzień dobry. I do kolejnego poranka Miłość znika spełniona. Co to za Miłość, zapytacie? Przecież to zwykła sroka. O, nie! Wcale nie. Żadna tam sroka. Mąż wyjechał tydzień temu. Od tego czasu sroka, jak zwykle, każdego poranka staje na parapecie. Ona puka a ja, zamiast męża, podciągam granatową roletę. Rytuał dokonany. Okno odsłonięte. Zwykła sroka by odleciała. Ale ta nie. Nawet się nie rusza. To znaczy rusza się. Od tygodnia wali dziobem w szybę. Co pół godziny, co godzinę. Puka i czeka. Puka i nasłuchuje. Podfruwa i sprawdza przez okno, kto jest wewnątrz a raczej, kogo w mieszkaniu nie ma. Podchodzę. Może ja mogłabym z nią porozmawiać. Nie, nie mogłabym. Sroka nie chce. Zaraz płoszy się. Bo to nie jest sroka. To jest Miłość. I to jest Miłość nie do mnie.

haiku nocą

słowo nie ciało
też wilgotnym by chciało
w nawias strumienie

Noc ku haiku

Westchnienie uszło,
mięknie księżyc na niebie.
Masz może pompkę?

Ilustracja: René Magritte, The Monumental Shadow, 1932.

Chciałabym się

Chciałabym się przed Wami otworzyć. Opowiedzieć o lęku, przeżyciach ostatnich lat. Traumy, których doświadczałam obiektywnie nie były duże. Niepozorne, drobne niedogodności, kamyki w bucie, piasek niesiony wiatrem, zatarta powieka, zawrót głowy, ciasne spodnie jestestwa, odklejona podeszwa bytu dla wszechświata jest bez znaczenia. Lecz pojedyncze życie ludzkie może uczynić koszmarem. Chciałabym się przed Wami otworzyć i pokazać ciepłe mięso mojego istnienia. Niestety nie mogę. Dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Przeciwko Wiwisekcji.

Ilustracja: Dorothea Tanning, Birthday, 1942, Philadelphia Museum of Art.

Co powie sernik

Nie pozostał żaden inny. Ten kawałek był już ostatni. Wokół niego leżały okruszki z poprzednich ciast, tych cenionych przez rodzinę najwyżej, bo najsłodszych. One znikały jako pierwsze. Nad stołem pojawił się cień i niewielkich rozmiarów palec porwał z obrusa duży okruszek. Sernika nie tknął. Sernik pozostał na koniec, na moment po okruszkach, gdy już nic lepszego na stole nie leży. Nie, nie na ten pierwszy koniec. Gdy wokół stołu panuje jeszcze zgiełk i z zapachem ciast miesza się zapach perfum. Lecz na ten koniec ostatni z ostatnich, cichy koniec, gdy górne światło gaśnie. Pokój oświetla już tylko boczna lampka. Sernik czuje dla niej czułość i wzruszenie. Ją włącza się tylko po to, by zatopić pokój w samotności. Takiej samotności z ciemnawą lampką i ostatnim, nieforemnym i pozbawionym polewy kawałkiem ciasta. Wysoki głos ciotki w przedpokoju cichnie i przestaje opowiadać o bardzo ważnych kwestiach ubezpieczenia. Także za nią zatrzaskują się drzwi. Mężczyzna stęka, pochyla się. Bezkarnie może już odsłonić zmęczenie. Przekręca zamek i wsparty dłonią o ścianę zdejmuje lśniące i eleganckie, lecz zbyt ciasne skórzane buty. Szuranie kapci niesie się po mieszkaniu. Ogień i czajnik zaczynają współpracę w kuchni. Silnym strumieniem płynie woda w toalecie. Sernik z nadzieją patrzy na zarys framugi. Czeka. Musi przyjść wreszcie jego kolej. Przy słabym świetle lampki myśli o własnym szczęściu po sernikowemu, zwojami białego sera i połączeniami rodzynek. Będzie mógł posiedzieć z mężczyzną sam na sam. Świąteczny stół będzie jego królestwem a on jego niepodzielnym władcą. Gdy zagwiżdże czajnik, mężczyzna przyniesie w szklance mętna herbatę. Zamiesza ją łyżeczką a potem tą samą łyżeczką przeniesie sernik na ozdobny talerzyk po babci. Przepis na sernik również pochodzi od niej. Na myśl o niej mężczyzna przeczesze siwe włosy. Jeszcze nie dotknie ciasta. Najpierw pomyśli z tęsknotą o zmarłej żonie, ona sernik piekła znacznie lepiej. Ucieszy się, że syn z rodziną odwiezie do domu za głośną ciotkę. Weźmie do ręki gazetę. Może włączy na krótką chwilę telewizor. Kawałek sernika rozjarzy się fioletowym światłem. Będą tylko we dwóch, sernik i jego pan.
– Czasem dobrze jest – powie wtedy sernik – być tym ostatnim kawałkiem.

Haiku na dobranoc

Winda powolnie
ruchem snu kołysana
opadła szyja.

Starsze wpisy

© 2019 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial