Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Luty 2019

Słucham sobie innej piosenki

Słucham piosenki zespołu Solala. Trzech mężczyzn i jedna kobieta. Żadnych instrumentów. Słucham i myślę o kuchni. Gdy słońce ukośnie pada na parapet, przez okno widać lato z Toskanii. W oknie staje Emily Dickinson i zasłaniała światło.
– To nie jest kuchnia z mojego wiersza. – mówi i okręca szyję chłodnym szalikiem.
– Może zrobię ci herbaty? – proponuję – Powinnaś uważać na nerki.
Emily wzrokiem gasi ogień pod czajnikiem. Nie będzie pisać wierszy o nerkach. Woli zostawić na śniegu ślad delikatniejszy. Dopóki więc patrzy przez okno, trwa zima.
– Ktoś puka – mówię zadowolona, że Emily pójdzie otworzyć. Gdy wychodzi, toskańskie lato czerwieni ściany. Nareszcie mi ciepło. Słucham piosenki w słonecznej kuchni z zamkniętymi oczami i bez otwierania wiem, kiedy wraca Emily. Niebieszczą się powidoki.
– Kto przyszedł? – pytam patrząc na nie.
– Listonosz. Przyniósł brak wiadomości dla ciebie.
– Odsłonisz zasłony? – nie wiem, po co proszę Emily. Ona wcale mnie nie słucha. Wyjmuje z kieszeni podręczny zmierzch i w kuchni nakłada cienie.

Słucham sobie piosenki

Słucham sobie Nuru Kane, „Goree”, i myślę o dźwiękach strun. Tak się zaczyna piosenka. Nastrojowa gitara akustyczna. Jak on miał na imię? Nuru? On czy ona? A jednak on. Ładny głos męski. Miękki głos, omszały. Omszałe kamienie. Skały i mech. Mech w dole a skały nad nim. Skały są wilgotne a mech miękki. Głęboko pod nim żyją dżdżownice pachnące grzybami. Wspinam się po skałach. Rytmicznie się wspinam, tak jak śpiewa Nuru. W jakim języku śpiewa Nuru? W języku francuskim. Skojarzenie językowe zrzuca mnie ze skały. Spadam na mech. Dobrze, że głęboki. Język francuski otwiera nowe możliwości na mchu. Leży na nim kobieta i rozwiera uda. Słuchając Nuru Kane myślę o rytmie. Senegalczyk śpiewa rytmicznie. Mech ugina się pod kobietą, która spadła ze skały. Ramy. Jest zamknięta w złoconych ramach. Drewniana podłoga muzeum pachnie pastą. Dlaczego słuchając piosenki Nuru Kane musiałam pomyśleć o obrazie Gustava Courbeta? Rytm ucichł. Piosenka skończona. Jutro znowu czegoś wspólnie posłuchamy.

Drzwi na lewo

W informacji powiedzieli, że do końca świata ostatnie drzwi na lewo. Sala była jasna i czysta. Oświetlenie sztuczne. Okien zarejestrowałam brak. Weszłam do niej pierwsza. W kilkoro czekaliśmy na następnych. W pomieszczeniu mieściło się nas coraz więcej. Czekaliśmy polegując. Relacje się zacieśniały. Mimowolnie ocieraliśmy się o siebie.
– O, przepraszam. Stanąłem pani na nodze?.
– Czy pani wie, że to pani ramię?
– Proszę wybaczyć, bo to akurat było moje kolano.
– Pan mnie łokciem odrobinę w bok, ale nie szkodzi.
– Moje najszczersze uszanowanie, że w pani szczękę.
Gdy stłoczeni staliśmy razem, pojawiła się w ścianie szczelina, droga do nowego świata. Sala opustoszała. Ci, którzy przeszli stali się nieobecni. Szłam przez pustą salę słuchając własnych kroków. Wokół było biało. W bieli wąski otwór. Odnaleźć go i przekroczyć. Ponownie znaleźć się na początku. Tylko co stanie się wtedy z końcem? Czy zdoła się wydarzyć bez świadka?

Rozmowa z Kajtkiem

Jak zaczyna się książka? Od rozmowy z Kajtkiem. O czym? Oczywiście o sztuce. „Historia sztuki dla dzieci i rodziców” nie jest zwykłym podręcznikiem. Owszem zawiera wiedzę i jeśli ktoś jej szuka nie rozczaruje się. Zawiera jednak coś więcej niż tylko wykłady o sztuce. Także spojrzenie dziecka, które nie boi się pytać, oceniać i się nie zgadzać, gdy mu się w sztuce coś nie podoba. A nie podoba mu się bardzo wiele. Powyższy film reklamował pierwsze wydanie książki, w roku 2012. Tymczasem do księgarni właśnie trafiło wydanie trzecie!

Historia sztuki dla dzieci i rodziców. Rozmowy z Kajtkiem, Wydawnictwo Bukowy Las.

Jest po raz trzeci

A przed chwilą dzwonek do drzwi i w drzwiach staje kurier z Wydawnictwa Bukowy Las z paczką nowiutkich trzecich wydań, „Historii sztuki dla dzieci i rodziców. Rozmowy z Kajtkiem”. Cieszę się i serdecznie dziękuję Wydawnictwu!

Sroka

To był bardzo dziwny dzień. Dziwny i tak naprawdę wcale się nie skończył. Nie mam pewności, czy kiedykolwiek się skończy. Ale, po kolei. Zaczęło się od pukania w szybę. Ktoś pukał w okno na tyłach domu. Podeszłam, uchyliłam. Na parapecie stała sroka.
– O, sroka złodziejka – powiedziałam.
– I od razu to napiętnowanie. Od razu schematy. – Sroka pokręciła zniechęcona głową. – Czy ja ci coś osobistego zrobiłam? Okradłam cię? Przecież pukam grzecznie.
Zrobiło mi się wstyd, bo rzeczywiście moje pretensje były nieuzasadnione. Przeprosiłam, zaprosiłam srokę na parapet wewnętrzny. Przyniosłam filiżankę z kawą i mleko w kartonie, na wypadek, gdyby sroka piła kawę z mlekiem. Po kilku neutralnych tematach dotyczących pogody, sytuacji politycznej w kraju i zmian klimatycznych, zapytałam, co srokę sprowadza. Ta zanurzyła dziób w granatowych piórach ogona i wyciągnęła śliczny, błękitny guzik. Tak błękitny jak najjaśniejsze niebo, jak światło, jak świeżość.
– Jakiż on piękny! – Wzruszyłam się i wyciągnęłam rękę. Sroczka cofnęła pazurem guzik w swoją stronę.
– Twój? – zapytała – Szukam właściciela.
Chciałam skłamać, coś świerzbiło mnie, korciło mnie w sprawie guzika.
– Nie mój! – Wykrzyknęłam, bo sroczka z guzikiem w dziobie już była w drodze na gałąź sąsiadującego z moim domem drzewa.
– Daj mi go! – Zawołałam – Zaopiekuję się nim! U mnie będzie bezpieczny!
Sroczka jednak mnie nie słuchała. Jej biały brzuch, granatowe pióra i błękitny guzik odcinały się od zasnutego chmurami nieba. Z każdą chwilą była coraz wyżej. Z każdą coraz dalej. Nie mogłam czekać. Otworzyłam szerzej okno i skoczyłam za sroczką. Z gałęzi na gałąź, przez parkan wspięłam się na dach domu.
– Poczekaj! – krzyczałam i biegłam po wąskiej krawędzi dachu. Padał deszcz, było ślisko. Sroczka unosiła się kilka metrów przede mną. Rzuciłam się na nią. Złapałam za szyję i obie uniosłyśmy się górę. Palcami sprawdzałam jej skrzydła. Szukałam guzika. Był! Ukryła go pod piórami. Wysunęłam go, lecz wtedy sroka obciążona moim ciałem zaczęła spadać. Chwyciłam ją mocniej. Błękitny jak tubka farby guzik wypadł, spadł na ulicę i potoczył się wprost do kałuży. A my obie, bijąc się i szarpiąc, miałyśmy wpaść do wody tuż za nim. Leciałyśmy w dół. Jeszcze kilka sekund. Zacisnęłam oczy bojąc się uderzenia. Uderzenia nie było. Leciałam dalej, opadałam raczej. Uchyliłam powieki. Wokół było niebiesko. Opadałam niebieskimi dłońmi ściskając niebieskie pióra niebieskiej sroczki. Obie wylądowałyśmy na dnie błękitnej krainy. Ponad nami, wysoko na niebie, przeświecały czterema smugami jasnego światła cztery dziurki wycięte w niebieskim niebie guzika. Sroczka spojrzała na nie. Potem spojrzała na mnie. Zatrzepotała skrzydłami, poprawiła je dziobem i wzbiła się do lotu.
– Czy nie tego chciałaś? – zapytała z góry z politowaniem.

Ilustracja przedstawia obraz autorstwa Paula Klee, Blue Bird Pumpkin, 1939, Metropolitan Museum of Art.

Rysunek

Musisz tylko iść trochę wolniej, napisali w instrukcji obsługi. Węgiel musisz wyprowadzić z kąta ostrożnie, prowadzić pod rękę, żeby się nie przewrócił ciągnięty wielokrotnie. Niech się skruszy, ociera, osypuje śladem, uciskiem, dotykiem, obecnością, która zadrapuje kształt. Ona węgiel ciągnie powoli, wielokrotnie, od góry do dołu, lekko w bok, mocniej, a teraz delikatniej, krótką kreską, linią, rozrywając, kalecząc, określając głębokość spojrzenia, czasu, przestrzeni nieistniejącej po bezkres ograniczony palcem w oku. Obie przestrzenie związane są obecnością podwójną, liniami papilarnymi węgla w martwej źrenicy. Teraz już możesz uchylić kapelusz.

Oczekiwanie

Oczekiwanie stoi na podwórku i rozgląda się niepewnie, choć jest jasno. Nie wie, czy będzie Oczekiwaniem spełnionym, niespełnionym czy zawiedzionym. Drapie się butem po łydce nogi, która wrosła w asfalt. Wrosła, bo Oczekiwanie jej na to pozwoliło. Teraz nie pozwala. Podnosi stopę. Wyrywa świeże pędy z chodnika i osypuje grudki ziemi. Do przejścia ma kilkanaście metrów. Mieszkanie jest tuż. Ponad podwórkiem rozciągnięte są ciężkie konary. Zrywają się z nich wrony i w locie wyrywają włosom Oczekiwania zielone pąki. Odrzucone na trawnik już nie zakwitną. Oczekiwanie dotarło. Chwyta za klamkę, ale kolce na dłoni nie pozwalają uruchomić drzwi. Oczekiwanie czuje się spełnione. Nabrało pewności.

Nawzajem

Bo pół człowiek pół jeż zanikał. Choć nie zanikał konsekwentnie aż po zniknięcie, raz a dobrze, zniknięcie widoczne w niewidoczności. On zanikał kapryśnie. Jego zanikanie było pół na pół, czasem na trzy czwarte, na trzy ćwierci, czasem tylko do pełna, przeważnie na pół gwizdka. Z zanikaniem pojawiał się kłopot z niepewnością. Pół człowiek pół jeż nie miał pewności, czy zaniknął. Nie mógł więc mieć świadomości, czy nie zaniknął. Był i nie był jednocześnie. Czasem zanikał w pół kroku, w pół słowa, w pół zdania, w pół obrocie. Gdy kichał albo. Zdarzało się wtedy także, że. Najtrudniejsze były dla człowieka pół powroty. Dla wszystkich świadomych jego zanikania, powracał, podczas, gdy on ani na chwilę nie odchodził, czasem tylko zanikał. Z niepewnej obecności stracił całkiem rachubę, czy bycie różni się czymkolwiek od niebycia. Jednak nie to dręczyło go najbardziej. Pół człowiek pół jeż chciał tylko wiedzieć, czy poza nim zanikają też inni i czy będą obecni z nim po zaniknięciu, czy po zaniknięciu wszyscy znikną dla siebie nawzajem.

© 2019 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial