Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Listopad 2018

Piękne słowo demokracja

– Demokracja jest najlepszym sposobem rządzenia. Dzięki niej wszyscy obywatele mają prawo głosu i mogą czuć się równi. Ale i demokracja nie jest sposobem idealnym. Dam wam przykład. Potrzebny jest mi bardzo zły pomysł. Czy ktoś z was taki ma?
Dzieci są zdziwione. Zaczynają wymieniać złe pomysły. Bez śmiałości jednak. Jeden z chłopców podnosi rękę do góry.
– Ja mam! – woła – Zamkniemy panią w szafie.
Wszyscy się śmieją. Dzieci patrzą na mnie i sprawdzają, czy nie będę zła. Nie jestem. Wtedy rękę podnosi dziewczynka:
– Wrzucimy kogoś do studni.
– O, tak. Ten pomysł jest naprawdę zły. – przyznaję – A teraz wyobraźcie sobie, że większość go przegłosowuje.
– Nigdy! – krzyczą do mnie dzieci – nie będziemy za tym głosować!
– A gdyby ktoś rozdał wyborcom pieniądze, żeby zagłosowali na taki zły pomysł? – pytam.
Jeden z chłopców zrywa się z miejsca.
– Nigdy bym ich nie wziął!
– To ci się bardzo chwali. Ale gdyby inni je wzięli i go przegłosowali? Co wtedy?
Zapada cisza. Dzieci nie wiedzą, co powiedzieć. Wreszcie odzywa się ten sam chłopiec:
– Krzyczałbym głośno, że się nie zgadzam.
– I dobrze byś zrobił. – mówię – Bo, żeby demokracja była uczciwa i działała, wszyscy musimy w niej uczestniczyć. Demokracja to rządy wspólnoty. Wszyscy jesteśmy jej częścią i wszyscy musimy o nią dbać.

Wczoraj miałam nie tylko zaszczyt, ale i gigantyczną frajdę poprowadzić warsztaty dla dzieci klas szóstych w Bibliotece w Czerwionce, a także warsztaty w Bibliotece w Rybniku, dla laureatów konkursu plastycznego z okazji 100-lecia odzyskania Niepodległości. Ja opowiedziałam dzieciom o historii demokracji i o tym, czemu demokracja jest słowem pięknym, ale trudnym zarazem. A dzieci opracowały ze mną dwa projekty konstytucji, które sprawiają, że wszyscy obywatele czują się równi a ojczyzna zadbana.
Bibliotece w Rybniku i Bibliotece w Czerwionce gorąco dziękuję za zaproszenie, za życzliwość i opiekę w ciągu całego pięknego i niezapomnianego dnia. A ten dzień był możliwy dzięki wspaniałej Agencji Zetzet. Dziękuję!

Zdjęcie: Rynek w Rybniku.
Autor: Hons084 / Wikimedia Commons

Wieczór stulecia

Wieczór stulecia. Święto. Wczoraj. Wracam metrem do domu i zastanawiam się, kto był na Marszu Niepodległości. Widziałam jego uczestników, bo stałam z kontrmanifestacją Obywateli RP. Białą różę, symbol pokojowego protestu i niezgody na ideologię nienawiści, schowałam już do plecaka. Boję się pokazać ją w tłumie. Metro wypełniają ludzie a ja nie wiem, kto z nich był i na jakim marszu. Może obok mnie stoi ktoś, kto, idąc w dwustutysięcznym tłumie, krzyczał do nas, dwustu Obywateli RP, ustawionych w pokojowej kontrdemonstracji z plakatami konstytucji:
– Cała Polska z was się śmieje, komuniści i złodzieje!
Albo:
– O co walczycie, pajace? Pajace, o co walczycie?
Może mężczyźni, którzy stoją przy drzwiach wyjściowych, rzucili w nas jedną z kilkudziesięciu rac. Wprawdzie nie zrobiły nam krzywdy, ale jedynie dzięki refleksowi policji. Może w wagonie obok jedzie mężczyzna, który podszedł dziś do chroniącego nas policjanta i zapytał wskazując na nas:
– To śmieci, dlaczego pan ich broni? Niech pan mnie do nich przepuści. W ciągu minuty zrobię z nimi porządek. Przecież to ja bronię Polski.
A może z boku ociera się o mnie łokciem jeden z grupy nacjonalistów, która oderwała się od marszu i biegła w naszą stronę, ale szczęśliwie nie zdołała przedrzeć się przez kordon policji.
Albo może ktoś z pasażerów, którzy tłoczą się ze mną w metrze, ma w plecaku symbol falangi albo krzyż celtycki, symbol białej rasy. A może nie ma w torbie żadnych symboli nacjonalistycznych ani faszystowskich, ale szedł w Marszu Niepodległości wspólnie z włoskim ruchem Forza Nuova, bo nie przeszkadzała mu obecność zagranicznych faszystów tuż obok. Dopóki to oni hajlują a nie ja, nie ma problemu, myślał. A zresztą wcale ich nie widziałem, byli w innej części marszu, z przodu, z tyłu, więc się nie liczy.
A może w metrze są nie tylko ci, którzy byli na Marszu Niepodległości, ale są też inni. Jak ten w niebieskiej kurtce, mężczyzna, który podszedł do manifestujących Obywateli, żeby powiedzieć, że niedaleko ma mieszkanie, w którym jest toaleta. Jest w nim też kuchnia, więc gdyby ktoś chciał zrobić sobie herbatę albo skorzystać z łazienki, to on serdecznie zaprasza.
Albo jadą też ci, którzy poszli na marsz antyfaszystowski, albo ci, którzy martwili się, dopytywali, czy wszystko w porządku, trzymali kciuki, prosili, żeby na siebie uważać, dzwonili wcześniej, uprzedzali, że to niebezpieczne. Może oni też jadą ze mną metrem?
Wyciągam białą różę i wysiadam na stacji. Jest pusta. Myślę o sobie. Ja ten dzień spędziłam tak, jak chciałam. Zrobiłam to, co sobie zamierzyłam i byłam w miejscu i z ludźmi, z którymi chciałam być. A co z tymi, którzy 11 listopada nie byli na żadnym marszu ani na kontrmanifestacji, ani w kinie, ani nawet na spacerze, bo nie mogli wyjść tego dnia z domu? Co Hindusami, z Arabami, z mieszkającymi w Polsce Afro-Polakami, co z ich dziećmi, które przez cały dzień ukrywały się w domach, bo stały się więźniami polskiego nacjonalizmu, głupoty i nietolerancji? Oni z domu wyjść nie mogli, w polskie Święto Niepodległości, na ulice wypełnione hasłami białej Europy i czystej krwi, bo mogliby z ulic Warszawy tego dnia do domu wcale nie wrócić. O nich myślę.

Przed nami

Jędrek wyłania się ze smogu i mgły. Wraca ze szkoły. Na ustach ma maseczkę, na sercu kotylion.
– O, kotylion – dziwię się. Pamiętam rozmowę sprzed kilku dni, gdy Jędrek niósł do szkoły białe i czerwone kartki.
– Według mnie to całkiem fajne, że będziecie robić kotyliony – mówię wtedy. Ale Jędrek jest znacznie bardziej sceptyczny:
– Będziemy robić, ale ich nie zrobimy. Nasza pani nie potrafi zorganizować lekcji. Będzie dużo mówić, nie pokaże nam jak kotyliony wykonać a potem będzie miała pretensję, że ich nie zrobiliśmy.
Tamtego dnia Jędrek wraca do domu bez kotylionu.
– Mówiłem ci, że tak będzie. Pani tłumaczyła nam, jak zrobić kotylion od końca, więc nikt go nie zrobił, bo nikt nic nie zrozumiał.
W głowie brzmią mi jeszcze słowa tamtej rozmowy, gdy staje przede mną Jędrek w czarnych spodniach, w białej koszuli i wpiętym w nią biało-czerwonym kotylionem.
– Zrobiłem go w domu wczoraj wieczorem – uśmiecha się niepewnie – ale wiesz, musiałem go wymyślić sam.
Idziemy razem ulicami stolicy. Mijamy dwie kobiety z krzesłem. Młodsza je przytrzymuje, podczas, gdy starsza, stojąc na nim, stara się umieścić biało-czerwoną flagę w metalowym uchwycie nad drzwiami. Pnie się w górę z mozołem, staje na palcach i wyciąga ramię. Odwracamy się, żeby sprawdzić, czy jej się wreszcie udało. Za nami sto lat. Przed nami widać niewiele. Tylko smog i mgła.

Zły sen Piżmowca

Wczoraj, po raz pierwszy od lat kilkunastu, poszłam do sklepu kupić sobie spodnie. Zwykle kupowałam je w sieci, żeby było taniej i żeby były używane, dopasowane, wychodzone, wygniecione i powypychane to tu, to tam. Takie lubię najbardziej, dlatego nie zdziwiłam się nawet, gdy w czasie wczorajszych zakupów usłyszałam w głowie głos Włóczykija. On przecież także nie lubi spodni nowych. Woli swoje stare, dobrze do niego ułożone. Tylko, że ja nie jestem wcale Włóczykijem, pomyślałam mierząc pierwszą parę znalezioną w dziale damskim. Jestem Panną Migotką. Lubię, gdy ładnie ułoży się grzywka, gdy but jest lakierowany. Ponad nim noszę bransoletkę. Tak, pomyślałam odkładając spodnie i przechodząc przez bramę następnego sklepu. Zdecydowanie jestem Panną Migotką. Tylko, że im więcej par przymierzyłam, im więcej sklepów opuściłam, tym bardziej stawałam się Małą Mi. Nawet nie starałam się ukryć złości zadając pytanie o spodnie odpowiednie dla mnie. Wiedziałam, że spodni dla mnie nie ma. Te, które były, należały do innego, obcego mi świata. Prawie żadna kobieta nie będzie w nich wyglądała dobrze. Zbyt obcisłe, zwężane, wydobywały łydki i uda a biodra, poprzez wysoki stan, czyniły główną częścią mojego niewysokiego ciała pozbawiając je kobiecości. Po ich założeniu zupełnie niepotrzebna wydawała się mała głowa, jakby nieudolnie doklejona do bioder, pełna za to przekrzykujących się i wzburzonych tą sytuacją głosów.
– Ja też się trochę niepokoję – dodała Filifionka i nerwowo zaplotła dłonie. Mama Muminka z torebką na kolanach przycupnęła na ławce. Miejsce przy niej zajął Tatuś Muminka. Aby uczynić cylinder mniej widocznym, położył go na podłodze i oparł o niego stopę.
– Ja bym wziął te spodnie z doszytymi błyszczącymi koralika… – zaczął szeptać Ryjek zerkając na Muminka, ale zamilkł, bo ten odwrócił się i wyszedł.
W czasie dwugodzinnych zakupów miałam ich wszystkich w głowie i każdy z nich poczuł się rozczarowany. Ale nie dlatego, że nie kupiłam odpowiednich spodni ani dla siebie, ani dla nich. Tylko dlatego, że spodnie do kupienia były jedne i w jednym, jedynym fasonie. Zawsze tym samym, niezależnie od sklepu.
– Jakie to smutne. Zagubiła nam się idea różnorodności. Bez niej przed nami już tylko katastrofa – powiedział Piżmowiec i odszedł.

Kokon

Ciemność jest jedna. Pół człowiek pół jeż widzi tylko ją. Nie ma znaczenia, ile lat ją budował i z czego. Ile piasku potrzebował, ile gałęzi, sznurków, kłaczków, ptasich piór, starych ubrań zabranych na śmietniku, psiej sierści, wysuszonych owadów, które wytrzepywał z książek i wymiatał z kątów, skruszonych muszli ślimaków, miłych i niemiłych dźwięków i sprutych swetrów. Pół człowiek pół jeż zwijał je w kłębki i tkał z nich kokon. Zaplatając go zastanawiał się w co zostanie odmieniony. W co sam się odmieni. Rozważał korzyści z posiadania skrzydeł, nóg, rąk, rąk zamiast skrzydeł, ogona zamiast nóg, skrzydeł beżowych lub kolorowych, nóg długich lub krótkich, głowy jednej lub kilku, odnóży zamiast nóg i szczękoczułek zamiast ust. Ale gdy ciemność związała wokół niego nitkę w ostatni supeł, pół człowiek pół jeż widział już tylko ją. Widzi tylko ją. Kokon pęka. Pół człowiek pół jeż wychodzi niezmieniony i niepewny, czy to, że się nie zmienił, zmieniło go, czy dopiero zmieni.

Zdjęcie przedstawia performance Josepha Beuysa, „I Like America and America Likes Me”, Nowy Jork, 1974 rok. Pochodzi ze strony The painter’s keys.

Koralik

Koralik. Ale koralik nie może być jeden, bo koraliki się ze sobą łączą. Nitką, sznurkiem, rzemykiem, na bransoletce, na wisiorku, na skojarzeniu. Nie skojarzyłam, że pomiędzy kostkami brukowymi leży jeden. Jeden koralik nie może leżeć. Ten leżał. Okrągły, niebieski i sam, przebity na wskroś brakiem powiązania. Zobaczyłam przez niego niebo. Niebo znikło. Koralik wysunął się z palców. Mężczyzna potrącił mnie ramieniem. Nie zdążył koralika złapać. Ja klęczałam bez powodzenia. Z zaciśniętymi na szyi dłońmi wydłubywania nie polecam. Od męskich dłoni uwolniła mnie kobieta. Na ręku poczułam ukłucie jej obcasa. Za łydki chwycił ją inny mężczyzna. Zadudniło ciało uderzeniem. Kobieta otarła uchem o kamień. Siwa staruszka spieszyła, żeby zdążyć. Wcisnęła laskę pomiędzy kostki. Laska pękła w dwóch miejscach od buta. Nastolatek wyjął z dresowej kurtki scyzoryk i rozciął koralik na pół. Pomiędzy kostkami leżały teraz dwa koraliki. My leżeliśmy połączeni nad nimi.

Strach

Strach ma wielkie oczy, bo nosi plusy. Jest astygmatykiem i dalekowidzem. W jego soczewkach mrówka klimatu umiarkowanego staje się mrówką tropików. Pies sąsiada należy do Baskerville’ów, kot zamienia się w tygrysa a dziewczynka w bluzie z czerwonym kapturem, ta z bloku obok, na jego widok uśmiecha się krzywo. Strach ma wielkie uszy, dlatego zanim usłyszy pukanie myśliwego, rozpoznaje jego kroki w lesie. Myśliwego Strach zna bardzo dobrze. Sam ma wielkie zęby i rozumie, co stanie się, gdy je zewrze. Posiadanie ich wcale go nie uspokaja. Przeciwnie. Że na obiad zjadł Czerwonego Kapturka, sprawia, że Strach boi się siebie jeszcze bardziej.

Haiku zaduszne

oczko uciekło
pomiędzy palcami cień
nitka pęknięta

W cieniu sławy

A taką fajną okładkę będzie miała moja książka, co jest wielką zasługą cudownej i niezastąpionej redaktorki prowadzącej, Urszuli Lewandowskiej z Wydawnictwa Muza, która natrudziła się nie tylko nad całą książką i ilustracjami, ale i nade mną, za co gorąco dziękuję. Książka w księgarniach od 21 listopada 2018 roku.

„W cieniu sławy. Zapomniane rodzeństwa sławnych Polaków”, Wydawnictwo Muza, 2018.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial