Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Październik 2018

Kredki

Najpierw zrywam się z łóżka. Potem wiem, że zaspałam. Spóźniona jestem, więc chciałabym biec, jednak się nie ruszam. Biegnie mnie. Tornister się chwyta, płaszcz się zarzuca, buty wciskają się na palce a sznurówki wiążą. W ustach czuje mi się smak masła i chleba. Słońce świeci. Trawa rośnie. Płot stoi na niej prosto. Tylko ja się przewracam. Potykam się o pudełko kredek. Kredki mnie potykają. Zapomniałam zebrać je wieczorem i schować do pudełka. Rozrzuciły się same po podłodze, gdy kolorowałam rysunek. Narysowałam słońce, trawę, płot, dach, ściany. Masło i chleb na stole, tornister, płaszcz i buty w kącie pokoju. Z każdej strony murowanego domu wykreśliłam okna, ale drzwi tylko z jednej. Za oknem stoją ludzie. Pukają. Zaglądają przez szyby. Narysowałam psa w budzie, który dawno zjadł narysowaną mu kość, więc zasnął i na ludzi, którzy wchodzą do domu przez rozbite szyby nie szczeka. Śpi, gdy zabierają masło, zjadają chleb, z tornistra wyrzucają moje zeszyty, odrywają od mojego płaszcza rękawy i kopniakiem rozbijają stół. Butami rozgniatają kredki. Zdziwieni patrzą na puste wnętrze. Ja także jestem zdziwiona. Przecież wcale ich nie narysowałam. Szczęśliwa jestem, że siebie nie narysowałam także.

Forma

Rok 1656. Marie Meurdrac, francuska chemiczka, dorzuca drewno do pieca. Ma czterdzieści sześć lat. Opatula się wełnianym szalem i wraca do pracy. Stopą zawadza o szklaną menzurkę. Ta szczęśliwie nie pęka, lecz toczy się pod stół, na którym Marie pisze właśnie wstęp do swego największego dzieła, traktatu chemicznego „Przydatna i łatwa chemia dla dobra kobiet”. Jest z niego bardzo dumna. Pierwsze wydanie z wielu, bo będą następne i nie tylko we Francji, także w Niemczech i we Włoszech. Marie więc siedzi i myśli. We wstępie powinna napisać coś, co spełni oczekiwania mężczyzn. Od nich przecież zależy, czy ona zostanie uznana. Zaczyna pisać. Pióro zatacza koła coraz śmielsze. Marie zna oczekiwania. Powinna być milcząca, słuchająca i ucząca się, bez pokazywania wiedzy. Przerywa zdanie i unosi pióro. Ten moment jest najciekawszy. Chwila wahania albo raczej podjęcia decyzji, zrozumienia, kim się jest, kim się chce być. Marie nie chce być więcej wtłaczana w ciasną formę, która uczyni ją niemą i nieobecną. Nie pozwoli na to, więc gdy jej pióro ponownie dotyka papieru, ona jest już innym człowiekiem. Jest świadomą kobietą. Dlatego ze spokojem pisze dalej, że byłoby grzechem, gdyby kobiety ukryły wiedzę, którą bóg im dał, a która może być korzystna dla świata. I tu Marie stawia kropkę. Nic więcej nie ma do dodania. Najważniejsze już padło. Musiałaby być bardzo zdziwiona dziś, po prawie czterystu latach, że kobiety wciąż muszą szarpać się z tą samą ciasną formą. A może akurat ona wcale by się nie dziwiła.

Rozbijalnia Szklanych Sufitów

To jest niesamowity moment. Ta chwila, gdy wkraczasz na scenę. A ze sceny wszystko widać inaczej. Widownia jest daleko i tonie w mroku. Źrenice walczą ze światłem. Płynie głos, który nie należy do mnie, choć ja podpowiadam mu słowa. Pomiędzy słowami czas płynie inaczej a świat widziany ze sceny zostaje zniekształcony. Jak to dobrze, że znika w momencie zejścia z niej. Gdy szóstego października zeszłam ze sceny, odnalazłam się w świecie najcudowniejszym, bo kobiecego ciepła, mocy i wsparcia uczestniczek i uczestników Konferencji Rozbijalnia Szklanych Sufitów VI.

Wspaniałym organizatorkom Konferencji w Oleśnicy i Bibliotece w Długołęce gorąco dziękuję za możliwość opowiedzenia o artystkach walczących o prawo do tworzenia. Jednak przede wszystkim chciałabym podziękować nie za to, że mogłam mówić, ale za to, że mogłam słuchać i poznać historie wspaniałych kobiet, które swych działaniem przywracają wiarę w sens.
Oczywiście bez mężczyzny też by się nie udało. Za pomoc pięknie dziękuję Agencji Zetzet.

Sklep

Sklep papierniczy. Za ladą kobieta po czterdziestce. Ma włosy jasne, cerę lśniącą i uśmiech.
– Wie, pani – zagaduje mnie pakując zielony atrament. – Zastanawiam się, skąd to się bierze, że ciągle zapominam.
– Może stres? – podpowiadam, bo ja też ciągle zapominam i też zastanawiam się dlaczego.
Kobieta porzuca na blacie atrament, unosi dłonie i połączone kładzie na piersi.
– Stres – mówi z zadumą – ale ja nie mam się czym martwić. Praca w sklepie jest spokojna a moje życie… Moje życie jest szczęśliwe. Od lat jest mi tak dobrze, tak spokojnie, tak wygodnie, że… że….
Twarz kobiety rozjaśnia się. Spojrzenie wędruje daleko, poza zeszyty, temperówki i pióra wieczne. Trwa tak przez kilka chwil, po których jej usta zaciskają się, mięśnie twarzy się kurczą. Kobieta spogląda na mnie zdziwiona:
– że… że panicznie się boję. Wie, pani, tyle szczęścia musi się kiedyś skończyć.

Ilustracja: Paul Klee, 1939.

Olej

Żółte krople kapały do zlewu. Olej nie spływał. To znaczy trochę, ale nie za bardzo. Patelnia lśniła od tłustej warstwy i gorący strumień nie potrafił pomóc. Potarłam gąbką wnętrze czarnego koła. Pod okrężnym ruchem zapieniły się krawędzie. Po oleju ślizgała się gąbka. Przycisnęłam mocniej. Jeszcze mocniej, aż wystąpiło tarcie. Zapach oleju wcale nie znikał. Znikała patelnia. W dłoni pozostał mi tylko uchwyt. Bez patelni po co mi uchwyt? Machnęłam gąbką. Trochę zbyt gwałtownie. Z uchwytem wymyłam rękę do samego łokcia. Podniosłam kikut, żeby poprawić na nosie okulary. Zaczęły się zsuwać, podtrzymałam ręką, tą drugą, tą z gąbką. I po okularach. Nosa też już nie ma. Tyle dobrego, że zapach oleju zniknął. Ale z nim wszystko inne. Sama nie wiem. Coś mi się zdaje, że z tym zmywaniem należało poczekać aż obraz wyschnie.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial