Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Październik 2018

Rozbijalnia Szklanych Sufitów

To jest niesamowity moment. Ta chwila, gdy wkraczasz na scenę. A ze sceny wszystko widać inaczej. Widownia jest daleko i tonie w mroku. Źrenice walczą ze światłem. Płynie głos, który nie należy do mnie, choć ja podpowiadam mu słowa. Pomiędzy słowami czas płynie inaczej a świat widziany ze sceny zostaje zniekształcony. Jak to dobrze, że znika w momencie zejścia z niej. Gdy szóstego października zeszłam ze sceny, odnalazłam się w świecie najcudowniejszym, bo kobiecego ciepła, mocy i wsparcia uczestniczek i uczestników Konferencji Rozbijalnia Szklanych Sufitów VI.

Wspaniałym organizatorkom Konferencji w Oleśnicy i Bibliotece w Długołęce gorąco dziękuję za możliwość opowiedzenia o artystkach walczących o prawo do tworzenia. Jednak przede wszystkim chciałabym podziękować nie za to, że mogłam mówić, ale za to, że mogłam słuchać i poznać historie wspaniałych kobiet, które swych działaniem przywracają wiarę w sens.
Oczywiście bez mężczyzny też by się nie udało. Za pomoc pięknie dziękuję Agencji Zetzet.

Sklep

Sklep papierniczy. Za ladą kobieta po czterdziestce. Ma włosy jasne, cerę lśniącą i uśmiech.
– Wie, pani – zagaduje mnie pakując zielony atrament. – Zastanawiam się, skąd to się bierze, że ciągle zapominam.
– Może stres? – podpowiadam, bo ja też ciągle zapominam i też zastanawiam się dlaczego.
Kobieta porzuca na blacie atrament, unosi dłonie i połączone kładzie na piersi.
– Stres – mówi z zadumą – ale ja nie mam się czym martwić. Praca w sklepie jest spokojna a moje życie… Moje życie jest szczęśliwe. Od lat jest mi tak dobrze, tak spokojnie, tak wygodnie, że… że….
Twarz kobiety rozjaśnia się. Spojrzenie wędruje daleko, poza zeszyty, temperówki i pióra wieczne. Trwa tak przez kilka chwil, po których jej usta zaciskają się, mięśnie twarzy się kurczą. Kobieta spogląda na mnie zdziwiona:
– że… że panicznie się boję. Wie, pani, tyle szczęścia musi się kiedyś skończyć.

Ilustracja: Paul Klee, 1939.

Olej

Żółte krople kapały do zlewu. Olej nie spływał. To znaczy trochę, ale nie za bardzo. Patelnia lśniła od tłustej warstwy i gorący strumień nie potrafił pomóc. Potarłam gąbką wnętrze czarnego koła. Pod okrężnym ruchem zapieniły się krawędzie. Po oleju ślizgała się gąbka. Przycisnęłam mocniej. Jeszcze mocniej, aż wystąpiło tarcie. Zapach oleju wcale nie znikał. Znikała patelnia. W dłoni pozostał mi tylko uchwyt. Bez patelni po co mi uchwyt? Machnęłam gąbką. Trochę zbyt gwałtownie. Z uchwytem wymyłam rękę do samego łokcia. Podniosłam kikut, żeby poprawić na nosie okulary. Zaczęły się zsuwać, podtrzymałam ręką, tą drugą, tą z gąbką. I po okularach. Nosa też już nie ma. Tyle dobrego, że zapach oleju zniknął. Ale z nim wszystko inne. Sama nie wiem. Coś mi się zdaje, że z tym zmywaniem należało poczekać aż obraz wyschnie.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial